Przymierzam się do opisania w krócaku przygód rodzicielskich Olka oraz Mojej Durnej Siostry. Ale zanim to jeszcze nastąpi – mały konkurs. Jak Waszym zdaniem nazwali oni swoje niedawno narodzone dziecię płci żeńskiej? Kto trafi w dychę – stawiam skrzynkę dżeka. Kto trafi w choć jedno z finałowej ósemki imion branych pod rozwagę – stawiam kratę heinekena. Ale zaprawdę powiadam Wam – nie macie żadnych szans.

Podpowiem tylko, że nie Dąbrówka.

Jestem psychicznie chora. Ale po kolei. Poszłam dzisiaj na basen. W sumie publiczny, ale mało uczęszczany. A już na pewno nie w sobotę na dwudziestą drugą. Były tam w sumie jakieś niedobitki, jakieś dziewoje… Ale szybko poszły.

I został tylko taki chłopaczyna. Super ciacho. Mimo że cały czas miał od pływania taką durną grzywkę. Tak płasko i na dupkę. Natomiast reszta sensacyjnie piękna. Aż dostałam lekkiego świądu interesownego. Wiecie, o co chodzi. A on to niby na mnie nie zwracał uwagi, ale jednak pary razy w moją stronę  łypnął. Ale nie o tym.

I jakoś tak razem skończyliśmy pływanie. I poszliśmy do przebieralni. Które są po sąsiedzku. Chłopska i babska przez ścianę. Mogłabym Was w sumie teraz ściemnić, że się na przykład w pewnej chwili przekradł do mojej szatni i była jakaś dzicz pod prysznicem. Tak jak Wam kiedyś wcisnęłam kita, że się stukałam w samolocie w kiblu. No, ale dosyć kłamania. Dzisiaj nie było żadnej akcji na wieszakach albo za szafkami.

On poszedł pod swój prysznic, a ja pod swój. W sumie to tak fizykalnie byliśmy z pół metra od siebie w linii prostej. Nawet ściana nie była tak do samego sufitu. I tak mi to zadziałało na wyobraźnię, że sobie strzeliłam pod tym prysznicem gola. Dwa razy. No, jestem chora.

Nic nie poradzę.

Po pierwsze, jak niektórzy zauważyli, miałam niedawno urodziny, nieprawdaż.
Chciałabym z tego miejsca wyrazić serdeczne podziękowania wszystkim, którzy pamiętali.
- Jak na taką megierę, to dostałaś całkiem sporo życzeń – stwierdziła Jadwinia z uznaniem.
I na tym wątek urodzinowy zakończymy.
Sprawa druga.
Spotykam ja się jednak z tym podziaranym.
Zarzekała się żaba wody, czy tam błota, wiem.
Ale jakoś tak wyszło.
Bo początkowo, gdy tylko zobaczyłam te jego rysunki, tośmy jednostronnie zerwali wszelkie stosunki dyplomatyczne.
Ale potem jakoś tak przez dłuższy czas nic nie mogłam ustrzelić.
Już się ze mnie w pewnym momencie taka parkieciara zrobiła, że aż strach.
No i w końcu sholowałam go z powrotem na chatę.
Fajne ma te tatuaże, chociaż tak za bardzo to się aż nie przyglądałam .
Ja chyba byłam trochę uprzedzona, tak na zaś.
Zresztą nie o dziary przecież chodzi, tylko o towarzyską dyspozycyjność.
Żeby nie powiedzieć łupu cupu.
A poza tym, gdy idę do łóżka, to zazwyczaj jestem już taka nastukana, że mi żadne dziary nie robią różnicy.
Ani kolczyki, ani inna biżuteria.
Byle nie bumił spod pachy.
A reszta to już ganz egal.
No, taka jest smutna prawda.

tatuju

23 komentarzy
Ten Karol to nie od początku był wytatuowany.
To znaczy nic nie było widać.
Spryciarz.
Tak się kończy nie chodzenie do łóżka na pierwszej randce.
Oraz zimowe romanse.
Tak się kończą.
Jakby się od razu zabrał do roboty, to by się wszystko okazało.
I by była jasność.
A przez takie zwody, spacerki i pensjonarskie randeczki, to tylko sprawy pokomplikował.
Wszystko się rypło czysto przypadkowo.
Bo mu się niechcący rękaw od blezera podwinął.
A tam jakieś wężowiska.
Oczy mi się zrobiły jak spodki, ale chwilowo przemilczałam.
Jakoś tak zaraz potem zakładał kozaki.
Patrzę ja, a na nodze to samo.
Tylko w kolorze.
Normalnie myślałam przez chwilę, że to jakieś podkolanówki.
Albo kalesony.
Potem nastąpiło małe nieporozumienie.
Bo ja coś tam skomentowałam.
A on chyba uznał, że mi się podoba.
I dawaj rozpinać koszulę.
A tam na klacie jakiś Jezus.
Czy inna Maryja w płomieniach.
Więc się spytałam, lekko już osłabiona, czy to koniec.
A on, że gdzie tam.
I że jeszcze ma gotykiem napis na brzuchu.
Oraz smoka na plecach.
Jak to smoka?
Przecież to wieś i sraka kompletna.
A napis…
Co sobie można napisać gotykiem na brzuchu?
Zamroczyło mnie.
Jakoś dokończyłam to spotkanie.
A on już w sumie, to i tak wychodził.
Bo ja to mam do tatuaży stosunek niechętny.
Co tu kryć.
Do woli można mi gadać, zachęcać, pokazywać na zdjęciach.
Nie rusza.
Nie moja bajka.
Przeciwnie.
O ludziach z dziarami jestem jak najgorszego zdania.
Margines, melina i brudasostwo.
No, sory.
Za dzieciaka chodziliśmy do takiego Wujka Edka, kuzyna ojca.
I Wujek Edek miał jakiegoś takiego komboja na nodze.
Czy tam rycerza.
Nie pamiętam.
Ale tak jedną kreską, na niebiesko.
Ten wujek miał też babę na ramieniu.
Opowiadał, że razem z tym kombojem zrobił ją sobie we wojsku.
Tylko że jakaś zbiórka zaraz miała być.
Czy inna musztra.
No i tej baby nigdy mu nie dokończyli.
Nosa zabrakło.
I potem, jak gdzieś wychodzili w miejsce publiczne, to ciotka jej ten nos dorysowywała długopisem.
Powaga.
Nie wiem, jak teraz, ale latami trwała taka jazda.
A jeszcze taki mam uraz.
Gdzieś tak w połowie studiów to mogło być.
Ryje takie studenckie pamiętam w każdym razie.
No i pojechaliśmy sobie nad jeziorko.
Koc, karty, krzyżówki, jakieś piwo.
Weekendzik.
Nieopodal we wodzie po kolana stał grubas.
W samych kąpielówkach.
Tombakowy kajdan, saszetka (sic!)…
I jakaś taka niepodobna Myszka Miki na nodze.
A na całe plery napis:
W POLSCE PANUJE TERROR I OBŁUDA.
Wymiękłam.
Jestem zacofana?
Skołtuniała?
Wali mnie to.
Nie przekonam się.
Chodzę na spacery z takim jednym wytatuowanym.
Ale przynudza chłopak.
Chyba się mnie boi.
Nie mam zdrowia ani lat do nieśmiałych.
Nie będę im przyspieszać fermentacji.
Zasadniczo, to nie uważam tego święta. Bom się do niego już we wczesnym dziewczęctwie zraziła dość skutecznie. Poza tym, żaden z moich dotychczasowych absztyfikantów nie stanął na wysokości zadania.
I odstawiali taką chałturę, że zęby bolały.
Ale cóż.
Życie nas nie pieści, więc pieśćmy się sami.
Będąc wschodzącą business woman oraz kobietą sukcesu na własnym rozrachunku, zdecydowałam, że już się w tym tygodniu napracowałam. I że stać mnie na triduum paschalne z wiadomej okazji.
Wczora z wieczora pobrałam więc Jadwinię, w towarzystwie której udałam się do zaprzyjaźnionej restauracji.
Ażeby wigilię dnia świętego uświęcić, a przy okazji uderzyć w puchara jak przysłowiowy Pan Bóg przykazał.
Ale po kolei.
Branie miałyśmy gwarantowane, bo wiadomo.
Jadwinia po remoncie kapitalnym.
I w ogóle w nowej budzie.
Ja zaś z natury powabna, cicha i piękna jak wiosna.
Toteż nie dziwota, że długo same nie posiedziałyśmy.
Chłopacy się zachowali profesjonalnie.
Przywitali, przedstawili i tak dalej.
Nawet kwiat jakiś okolicznościowy zorganizowali naprędce.
Imiona mi co prawda umkły, ale biorąc pod uwagę dalszy przebieg wieczoru, można to uznać za okoliczność zrozumiałą i ze wszech miar wybaczalną.
Problem w tym, że Jadwinia chyba dawno nie gulała, bo narzuciła straszne tempo.
Stwierdziła bowiem, że nic a nic jej ta wódka nie robi.
I że to moja wina, bo proponuję jakieś wynalazki.
Zamiast użyć substancji sprawdzonych i skutecznych.
Mi tam prywatnie ta wódka robiła robotę.
Grey Goose, nowość na liście, trzy razy droższa od normalnej.
Za to podobnież krystalicznie czysta.
Taka, co to nie plami honoru ani ubrania.
I ponoć nie powoduje komplikacji życiowych dla spożywców.
Może by i nie powodowała, gdybyśmy na niej poprzestały.
Ale jeden z naszych kompanów okazał się bardziej nierozważny i romantyczny, niż to by się mogło pierwotnie wydawać. I w pewnej chwili oświadczył, że ma w plecaku flachę śliwowicy własnej produkcji działkowej.
Na takie diktum, trochę się zacukałyśmy, ale po krótkiej naradzie zdecydowałyśmy stawić czoła wyzwaniu.
Szczególnie Jadwinia, która nagle się ożywiła i powiedziała, że nareszcie jakiś ludzki napój.
I że ona raczej się skusi.
Kolektywnie uznaliśmy, że w tak eleganckiej restauracji nie wypada pić swojej gorzały spod stołu. Ale z powodzeniem można się udać do pobliskiej skryjówy, znanej i cenionej przez lokalnych konsumentów, zwyczajowo rekrutujących się z dość zróżnicowanych warstw społecznych oraz grup demograficznych.
Czyli pod schody kina Feniks.
Rzut beretem od jednostki macierzystej.
Nawet nie trzeba było niczego zabierać ze sobą.
Ewentualnie kurtki, chociaż kto by sobie w taką czarowną noc zawracał głowę pierdołami.
Chłopacy okazali się doskonali przygotowani do Operacji Sutjeska. Zabezpieczyli nawet osławione kieliszki turystyczne z blachy ocynkowanej, nieprawdaż.
Na moment pojawił się lekki problem z zapitką.
W końcu Jadwinia pobrała z baru szklankę koli, którą ostrożnie, w pozycji względnie pionowej wyniosła w torebce.
I super.
Przyjęliśmy taki system, że po trzy szybkie i powrót do stolika.
Do drugiego kursu wszystko szło jak po maśle.
Mówię za siebie.
Bo ta śliwowica, to trzeba przyznać, że moc przepisową posiadała. Czyli jakie osiemdziesiąt pięć koni.
I w pewnej chwili zarysowały mi się lekkie problemy z orientacją czasoprzestrzenną.
Bardzo fajne uczucie.
Na początku.
Stwierdziłam jednak, że na dłuższą metę nie lubię ja tracić kontroli nad sytuacją. Tak więc zaprzestałam kursowania pod schody. I się okopałam przy stoliku. Gdzie sobie zamówiłam małego heinekena, którego popijałam małymi łyczkami, żywiąc cichą nadzieję, że mi ten miks jogurtowy ujdzie na sucho.
Pozostała trójka, wliczając w to oczywiście Jadwinię, dzielnie walczyła do ostatniego naboju. O dziwo, wykończywszy butelkę, wszyscy biesiadnicy w komplecie powrócili do bazy. Nawet nie aż tak bardzo zdewastowani.
Po czym Jadwinia zaczęła z tym od śliwowicy odstawiać przy stoliku takie seksy, że jeszcze mi wstyd.
Po czym się oddalili w nieustalonym kierunku.
Zostałam z tym drugim.
Który był nudny jak flaki z olejem, ale przyznać muszę, że do pewnego momentu się starał.
Niestety, potem zaczął tak pierdolić, że aż się zdziwiłam.
No, bo jakże można posuwać takie dołki?
Że na przykład wyciska sto czterdzieści na klatę.
Oraz że jeździ golfem dwójką, a jak mu kolega pożyczy to nawet trójką stiuningowaną i ze spojlerem.
I że zna jednego dilera, ale on nie zawsze może załatwić.
Ale że jakby co, to zna, nie?
I że ma paszport tefałenu.
A, co najlepsze, to zna tutaj kolesia, który zna kolesia, który ma brata, a on z kolei zna kolesia, który zna barmana tutaj.
I że ostatnio był na pizzy w Rafaello.
I w kinie na filmie takim.  
Te klimaty.
Jak z joe monster.
Tylko że ten mój towarzysz, to się z każdą chwilą pogrążał sto razy bardziej.
I chyba go podczas tej opowieści trochę rozebrało.
Bo nawet nie zauważył, kiedy wyszłam.
I tyle.
Obudziłam się później, niż zwykle.
Posnułam się po domu.
Zaspokoiłam kota.
Pod względem emocjonalno – towarzysko – żywieniowym, ma się rozumieć.
A że jeszcze młoda godzina, to może skoczę do Belga.
Kupię taką Szarą Gąskę i pójdę obadać, co tam u Jadwini.
Najlepszego, dziewczęta.
I chłopcy.
Ahoj.

Wyczytałam kiedyś, że jeśli tylko mężczyźni posiadają dość wad, kobiety gotowe są im wszystko wybaczyć – nawet ich ogromny intelekt. Oczywiście, ale niekoniecznie. Owszem, przyznaję, trochę mnie zabolała niegdysiejsza decyzja Waldka. Oraz to że ponad dolce vita u mojego boku wybrał bliżej nieokreśloną wolność.

Ale okej, załatwił sprawę po żołniersku, bez krętactw i gówniarskich zagrywek. Tedy gotowa byłam wybaczyć mu wszystko. I wady, i intelekt. Ale nigdy nie wybaczam bycia cipą. A doszły mnie takie słuchy, że razu pewnego, nie tak dawno temu, w okolicznościach restauracyjnych, upiwszy się wódką, robił sobie Waldi ze mnie podśmiechujki. Oraz opowiadał szczegóły naszego pożycia. Intymnego mniej lub bardziej. Więc sorry, ale wojna, Puchatku.

Przepraszam Szanownych Czytelników za pikantne szczegóły, które teraz nastąpią, ale cóż, all is fair in love and war… Zacznijmy od tego, że jaka ja jestem? Nieromantyczna? Trzymajcie mnie. A kto mnie, średnio co dwa dni witał w drzwiach okrzykiem Yo, madafaka? Może to jest śmieszne i cool, ale nie w mojej grupie demograficznej.

A kto potrafił leżeć przed telewizorem obsypany okruchami i umazany keczupem od brody po pępek? Ja rozumiem relaks i wyciszenie, ale bez chlewu. A kto wiecznie zapominał, że ma drinka postawionego na oparciu fotela? Więc tego drinka permanentnie zrzucał łokciem na glebę. Już pomijam, że się wódka marnuje. Ale potem się przez trzy dni podłoga przyklejała do kapci, bo się tej koli niczym, kurwa, nie dawało zneutralizować.

Szczyt pochamówy i lenistwa nastąpił pewnego dnia, kiedy mu się ten drink zwalił nie na podłogę, ale do środka fotela, pod dupę. Tak go cierpliwie obserwowałam i czekałam, kiedy wstanie, pójdzie po ścierę i zrobi porządek. Nie wstał przez pół godziny. Ale się potem tłumaczył, że celowo tak zwlekał, żeby wszystko wsiąkło w dresy i majtki. To będzie mniej wycierania…

Tak na pierwszy raz może wystarczy. A jak będzie fikał, to zasunę jeszcze inne historie.

Bo mam ich milion.

Biję się w moją bujną pierś i przyznaję, że haniebnie zaniedbałam działalność sprawozdawczą. Ale już nadrabiam zaległości, dobra? Może więc tytułem wstępu przedstawię pokrótce, co się wydarzyło w tak zwanym międzyczasie.
Po pierwsze primo, Waldemar ode mnie odszedł. Tak. Samowładnie i dobrowolnie spakował się i poszedł w pizdu. Chętnie bym Was tutaj pościemniała, że to ja go wygnałam, nakopałam do dupy, sprałam po pysku i poszczułam psami. Ale nie. Pewnego pięknego dnia Waldi zebrał się na odwagę i powiedział, że przykro mu, ale arrivederci. A właściwie to nawet żegnaj. Gdyż, uwaga, jestem nieromantyczna, wulgarna, niestabilna emocjonalnie i w ogóle nie do życia. A poza tym on znowu zapragnął być singlem, gdyż wspólne mieszkanie z inną osobą przytłacza go i krępuje. A, właśnie, powiedział mi też, że ja go ograniczam.

Z tego co pamiętam, to jeszcze nikt mnie nigdy nie rzucił. Zazwyczaj to ja kończyłam współpracę i nie było że boli. Odporna byłam na wszelkie sceny rozpaczy, płacze oraz zgrzytania zębów. A tu proszę. Nic mi innego nie pozostaje jak tylko wyznać nieszczerze, że szanuję jego decyzję oraz cenię sobie dżentelmeński sposób załatwienia przezeń sprawy. Nieważne.

Po wtóre, od prawie pół roku nie pracuję już w resorcie, bo Komisja W Składzie ostatecznie stwierdziła, że ponieważ cieszyłam się dużym zaufaniem oraz poparciem Who-is-the-kinga, tedy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że moje działania na terenie kraju oraz placówek zagranicznych nosiły znamiona działalności przestępczej. I że na razie, profilaktycznie oraz w celu zapobieżenia ewentualnym matactwom, zostaję zawieszona w czynnościach. Zanim jednak zostanę przywrócona do pracy, co jest mało prawdopodobne aczkolwiek niewykluczone, musi zostać przeprowadzone drobiazgowe postępowanie wyjaśniające.

Na takie dictum powiedziałam tej Komisji żeby mnie cmoknęła, po czym się udałam do kadr, gdzie pierdyknęłam podaniem o zwolnienie. W trybie natychmiastowym i na amen. Bo co za dużo, to i pies wyrzyga. Dość już miałam tych wszystkich układów, bossów, delegacji, stresów, podchodów i oślizgłych współpracowników, z moimi koleżaneczkami na czele.

Uwolniwszy się z tego Babilonu, prawie na biegu założyłam własny biznes i póki co nie narzekam. Jako że czasy są coraz bardziej kapitalistyczne, to roboty mam huk, w związku z czym kasa się sypie jak kartofle. A i na głupoty oraz występy artystyczne czasu jakby mniej. No, nuda i chała, można by rzec, ale krzywdy nie mam, nieprawdaż…

Jedynym mankamentem (a może błogosławieństwem, trudno to ocenić) tego mojego rozstania z firmą jest całkowity zastój w działalności naszej niegdysiejszej paczki. Wyszło na to, że chyba wspólna robota silnie cementowała nasze szeregi, a poza tym najlepsze pomysły strategiczne lęgły się właśnie tam. Owocując stosownymi działaniami plenerowymi, ma się rozumieć. Ale wzięło i zdechło. Toteż kompletnie urwała mi się jakakolwiek więź z dziewczynami. Nawet z Jadwinią, która co prawda wkurwiała mnie ostatnimi czasy straszliwie, ale gdy jej zabrakło w pobliżu, to trochę odczułam. No, co się będziemy ściemniać.

W sumie to też trochę moja wina, bo jak wspomniałam, rzuciłam się w wir pracy zarobkowej. A Jadwinia, jak to Jadwinia – stara czekistka, która na dupie nie umie usiedzieć kilku dni. Więc raz mnie zaatakowała w jakiś piątek co by gdzieś się udać na melanż. Ale mi akurat nie pasowało, bo robiłam terminową wycenę.

Potem, drugi raz mnie chciała pobrać na jakieś balety. I znowu, kurde, źle trafiła, bo akurat wyjeżdżałam w celu wyświadczenia usług dla ludności zamiejscowej. Potem, dla odmiany mnie zaprosiła do siebie na jakąś wódkę, ale szczęśliwie się zgadało, że będzie tam również pewien osobnik, z którym moje ścieżki skrzyżować się po raz kolejny nie miały prawa. Więc znowu nie poszłam. Czwarty raz już nie przyatakowała. I tak nam w rozłące zleciało kilka miesięcy. Aż tu wtem nagle…

Jechałam sobie przedwczoraj pomalutku od takiego mojego najnowszego klienta, gdy nagle, na Zentralplatz ujrzałam znajomego granatowego grandwojadżera. Która to marka, co prawda, nieco się ostatnimi czasy upowszechnia, nie do tego jednak stopnia, by jej nie wyłowić z tłumu. Tym bardziej że obok fury stała właścicielka, czyli oczywiście Jadwinia, która przeglądając się w bocznym lusterku, poprawiała makijaż. Albo coś w ten deseń.

Podjechałam i wysiadłam, po czym wysłuchałam kilku opowieści niesamowitych traktujących o osobnikach jakby mi znajomych. Nie bez satysfakcji zaczęła Jadwinia od Who-is-the-kinga, którego sytuacja życiowo – prawna skomplikowała się do tego stopnia, że zastosowano wobec niego środek zapobiegawczy w postaci kolejnych trzech miesięcy pozbawienia wolności. Bo im tam wyszły na jaw nowe okoliczności, a poza tym komisarzy doszły słuchy, jakoby Who-is-the-king rozglądał się ostatnimi czasy za biletem lotniczym do miejscowości Mexico City. Toteż ptaki ćwierkają, że posiedzi do sprawy.

Wirdżinia okazała skruchę, poza tym wydatnie współpracuje z organami ścigania, na rozprawach się stawia w terminie i o czasie, w związku z czym trochę jej poluzowali i może nawet będzie odpowiadać z wolnej stopy. Siedzi więc w domu i szydełkuje, nie biorąc zbyt ożywionego udziału w życiu publicznym. Prywatnie jej się nie dziwię, bo specjalnych powodów do chwały nie ma, a poza tym znam kilka osób, które by jej najchętniej nakładły po gębie. Za te premie świąteczne chociażby, co je zawinęła do własnej kieszeni. Niby dawno to było, ale gdy o pieniądze się rozchodzi, to cierń tkwi głęboko.

Co zaś się tyczy niegdysiejszych członkiń naszej paczki, to, zgodnie z moimi przypuszczeniami, bez rewelacji tam u nich oraz nadzwyczajnych zmian. Jolanda się zawinęła z firmy zaraz po mnie, a następnie w towarzystwie Tajemniczego Nieznajomego opuściła kraj. Foty, regularnie pomieszczane na naszej klasie wskazują na to, że osiadła w głębi Niemiec, gdzie głównym jej zajęciem stał się udział w Oktoberfestach i chodzenie na mecze FC Nurnberg w towarzystwie zażywnego mężczyzny o sympatycznym, choć helmutowskim do bólu wyrazie twarzy.

Karolina podobnież zatęskniła za Waldemarem i nawet przypuściła zmasowany szturm na jego posterunki, błagając o powrót do starych układów sprzed jej niezapomnianego manewru z ukrytą kamerą. Jeśli wierzyć doniesieniom agencyjnym, Waldi ją jednakowoż odegnał. Karolina płaszczyła się około miesiąca, po czym zaprzestała. Na chwilę obecną prowadzi się ponoć jak Ferrari i, jak za starych czasów, przemierza okolicznych parkietów przestrzeń, budząc zrozumiałe oraz zasłużone politowanie.

Co mnie natomiast zaciekawiło dużo bardziej, o fakt, że nareszcie wyszła na jaw prawda o tamtym, prehistorycznym zdarzeniu firmowym, kiedy to za sprawą rzekomej pomyłki Karoliny, z kasy firmy wyparowało trzydzieści pięć tysiaków. Piękna to historia i jakże pouczająca. Otóż była to finezyjna ustawka, w której udział wzięli: Karola, Who-is-the-king oraz tak zwany słup, potrzebny ażeby transakcja posiadała stosowną podkładkę.

Karolina się wówczas machnęła w obliczeniach, a słup zainkasował nienależną mu nadwyżkę dewizową. Who-is-the-king, niby rozmiękczony żalami i szczerą skruchą naszej koleżanki całą tę sprawę zwekslował i wpuścił w straty firmowe, po czym się wszystkie postaci dramatu podzieliły łupem i każdy poszedł w swoją stronę. Cudo. Sprawa była finezyjna i w zasadzie trudna do wykrycia, toteż z braku stosownych dowodów Karolina nadal buja się po wolności, ale podobnież nieźle robi w portki.

Stachurski poczuł się najwidoczniej zwolniony ze złożonych niegdyś w naszej obecności przyrzeczeń i znowu rozrabia. Natomiast Bogu-nie-miła bierze to wszystko do siebie i cierpi w milczeniu, starając się być jeszcze lepszą żoną. No, przypadek nieuleczalny, ale już mi to wisi oraz powiewa.

Nowinki na swój własny temat Jadwinia dyplomatycznie przemilczała, ja zaś nie naciskałam, bo mi to do szczęścia raczej niepotrzebne. Zrewanżowałam się natomiast krótkim serwisem na temat mojej bliższej oraz dalszej rodziny, gdzie niusem numer jeden bez wątpienia stał się fakt zajścia Mojej Durnej Siostry w upragnioną ciążę, co uregulowało szereg dotychczasowych spraw, tudzież bolączek.

Olo się bowiem w zaistniałej sytuacji trochę odstresował, gdyż Gosiaczek większość czasu spędza teraz w domu obstawiony baterią podręczników na temat chowu niemowląt i się niniejszym intensywnie przygotowuje do cudu narodzin z dawna wyczekiwanego potomka. Ma to – poza samym faktem przebywania w stanie błogosławionym – kilka ubocznych plusów dodatnich. Bo, po pierwsze, nie pali już ona tych swoich wkurwiających irysów, po wtóre zaś, przestała Olkowi robić wstyd, gdyż się w ogóle nie upublicznia. Poza oczywiście imprezami rodzinnymi, ale te się nie liczą.

No, tośmy się rozliczyli z przeszłością, a jutro postaram się przedstawić trochę nowsze nowinki.

Stay tuned.

 

Haneczkę ktoś musiał poinstruować, że z takim zestawem akcesoriów, to marnuje się ona w sektorze budżetowym. I że powinna spróbować swoich sił w sprzedaży bezpośredniej. Tak czy inaczej, porzuciła ona posadę w naszej firmie i rozpoczęła karierę w salonie oferującym nowobogackie wyposażenie wnętrz, a konkretniej ultranowoczesne kuchnie oraz łazienki.
I chyba się w tej nowej rzeczywistości ekonomicznej odnalazła, bo wczoraj, podczas małego babskiego wieczoru w zaprzyjaźnionej restauracji zasłyszałam jej rozmowę z Jadwinią. Całego haneczkowego expose nie przytoczę ze względów technicznych, gdyż trochę się mimowolnie zbombardowałam, co z kolei wpłynęło na lekki cud niepamięci. Ale jeden fragment wrył mi się szczególnie, a szło to mniej więcej tak:
- Jak się ma dobre cycki, to MOŻNA zaśpiewać tyle, ile facet MA.  A jak się ma cycki słabe, to TRZEBA zaśpiewać tyle, ile facet DA.
Kurwa, ja jednak jestem z innej planety.

ne do zadku

10 komentarzy


Ja, jak powszechnie wiadomo, mam do pornografii stosunek niechętny. Ale w wersji humorystycznej to czemu nie. Poza tym czeskie porno, to tak jak ruskie westerny albo polskie sajens fikszyn. Zgrywy, siermięga i nic więcej. Ale po kolei.


Waldemar, który ma zainteresownia tyleż szerokie, co dyskusyjne, zaprezentował mi w zeszły weekend taki dość niezwyczajny serial dokumentalny zatytułowany Czech girls do everything for money. W czołówce każdego odcinka twórcy zapewniają widza, że to zero scenariusza i czysta akcja oraz kompletna improwizacja. Niechaj i tak będzie. Dla mnie to śmierdzi ustawką, ale nie ma sprawy, bo com się uśmiała to moje.


Każdy bezscenariuszowy odcinek przebiega mniej więcej tak, że reżyser-kamerzysta zaczepia niewinne dziewczę. Na ulicy, przystanku, ewentualnie w jakimś punkcie gastronomicznym. I najpierw się zapoznaje, krzywo zapina, stawia lemoniadę tudzież drinka, po czym, bez wstępów oferuje harmonię czeskich korun. Za pokazanie majtek albo podniesienie bluzki. 


Dziewczęta się wzbraniają, ale na poziomie dziesięciu tysięcy są już skłonne. Udają się więc na półpiętro, do piwnicy, toalety, względnie za śmietnik, tudzież w krzaczory, gdzie dochodzi do krótkiej szamotaniny oraz defragmentacji odzienia. Wtedy prowadzący akcję podwaja stawkę i zachęca do przejścia na wyższy poziom zażyłości.


Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na kręcone z ręki ujęcia dalszego ciągu, czyli nieporadnych i do bólu aseksualnych robótek ręcznych. Ręce i nogi (oraz reszta) opadają, ale na otarcie łez zawsze jeszcze pozostają rozkoszne, oryginalne dialogi…


Po zapoznaniu się z kilkunastoma odcinkami tego jakże frapującego cyklu, na zdecydowane prowadzenie w moim prywatnym rankingu wysuwają się dwa motywy, które muszę tu przytoczyć, bo w przeciwnym razie coś mi pęknie.


Motyw pierwszy, czyli trochę już napita Lenka, która z fajką w kąciku ust grymasi i krzywi się na ofertę piętnastu tysięcy korun.

- Weź – kusi kamerzysta – to kupa forsy. Pojedziesz se na fajne wakacje, na przykład do Tunezji…

- Byłam siedem razy – czkając odpowiada Lenka, po czym zeskakuje z sedesu (bo akcja toczy się w łazience), kompletuje odzież, wymija kamerzystę i wraca na parkiet.


Motyw drugi, plenerowy urywa się w najlepszym momencie, bowiem nasi filmowcy raczej skłaniają się ku softowej i niezdecydowanej wersji zdarzeń, toteż wielki finał pozostawiają wyobraźni i pomysłowości zgromadzonej przed komputerami publiczności. Tak czy inaczej, Petra rozrzuca na trawniku kilka chwilowo zbędnych sztuk garderoby, po czym opiera się o murek śmietnika, przyjmuje postawę zasadniczą i mówi do reżysera:
Miláčku, ale ne do zadku…




Kurtyna.





  • RSS