(Notkę niniejszą napisałam sobie na brudno w stanie śmierci klinicznej. Parę godzin później, powstawszy z martwych, przeczytałam ją i mi szczęka spadła. Przecież ja mam jakiś sick brain. Wcale się nie dziwię, że jestem uważana za ostatnią parkieciarę i wycierucha. Bo nie wiem, doprawdy, czy ktoś ma mniej wdzięku co ja. Ale do rzeczy. Notkę puszczam prawie w oryginale. Tyle, że złagodziłam paręnaście co grubszych bluzgów. Natomiast dyskretnie zaznaczyłam boldem, gdzie miała miejsce cenzorska ingerencja. To sobie ewentualnie podmienicie…)

Ale miałam zepsuty ten dzień kobiet. Na własną prośbę. Bo przyszła do mnie dzień wcześniej Jadwinia i przyniosła litra jakiejś śliwowicy. Ona zna tych tych wszystkich okolicznych jugoli i mówiła, że dał jej to na dzień kobiet jakiś wujek Vlado. W każdym razie tak się tym upoiłam, że nie mogłam mówić. No, paraliż kompletny.

A jeszcze po drodze miałyśmy takie rozmowy o cierpieniu. Jak ja tego nie znoszę. Boże ale jestem stara. Boże ale jestem gruba. Ale mam celulit, ale mam zmarszczki… Kurczę, obie byśmy na upartego mogły chodzić w ciuchach z liceum. Ryje mamy od tych wszystkich peptydów i kolagenów ponaciągane jak piętnastki. To po cholerę takie pierniczenie?

Zawsze tak uważałam. Ale potem się siada przy flaszce i znowu się włącza jęczybuła mode. Tak samo wczoraj. Ale dobra. Gadałyśmy, gadałyśmy, aż mi w pewnej chwili słowa uwięzły w gardle. Mózg wszystko kumał, myśli w miarę poukładane w zdania, ale z mordy to mi wychodziło tylko jakieś ubbułełe, zamiennie z guguwełłełe.

Natomiast rano to już była prawdziwa masakra. Prosiłam Boga o szybką śmierć, takiego miałam kaca. Leżałam i marzyłam żeby mnie przeszyła seria z cekaemu, albo żeby gaz wybuchł w całej kamienicy, albo żeby mnie jakiś nagły piorun uderzył. Tak, kurczę, cierpiałam. A przecież ja jestem stare wojsko i wiem jak łykać. To skąd taka patologia? Ano chyba stąd, że ja, nie mogąc się doczekać Jadwini, podczas szykowania snaków i innych obrusów, na stojaka sobie skonsumowałam prawie trzy setki żołądkowej. Która, jak widać na załączonym obrazku, ze śliwowicą działkową to się chyba trochę konfliktuje. A na pewno nie wchodzi w związki harmonijne.

Zamknęłam biuro w cholerę i pół dnia przeleżałam. Powiedziałam sekretarce przez telefon, żeby wszyscy klienci odeszli i wrócili po weekendzie. A sama zasłoniłam okna, zorganizowałam sobie plastykową miskę oraz okłady na głowę i cichutko umierałam.

Przychodziły jakieś życzenia na komórkę, ale nie miałam siły przeczytać. Między innymi nagrał się ten ptak – śpiewak z karaoke. Fajnie że się odezwał, bo na moment zapomniałam, że mu się solidny wpiernicz należy. A kurde, tyle teraz mam roboty, że nie wiem w co ręce włożyć. PIT-ów lawina. Ponadto jednemu ziutkowi robię przepierkę paru groszy, bo mu się za dużo zarobiło. A jeszcze piszę parę kwitów rozjemczych dla takiej dziarskiej załogi, która się z fiskusem zapomniała rozliczać od 2010. No, i temu fiutowi trzeba przecież oklep spuścić. Bo ustawowy czas przeminie i jeszcze zapomni za co. A przecież wiadomo za co. W imię zasad.

Skurczybyku.

Wiecie, co? Trochę się przez moment bałam, że Olowie zaczną się mną wyręczać w kwestii bejbistingu przy Esmeraldzie, tfu. No bo niby ja taka jestem dyspozycyjna i podobnież wolna jak taczanka na stepie. Ale nie doceniłam Mojej Durnej Siostry. Gdyż to jest ten typ, co na macierzyńskim siedzi przez trzy lata, a dziecko trzyma przy cycku do podstawówki. Jaki żłobek, jakie przedszkole, jaka nianiusia?  Poza tym, ja mam taką fajną sławę w rodzinie, że mi to by nie powierzyli pod opiekę nawet żółwia. No i super.

A w ogóle, to jak tak sobie patrzę na te obrazki u Olów w domu, to dochodzę do wniosku, że jestem zuch – dziewczyna i że dobrze, nieprawdaż, pokierowałam swoim życiem. Bo, o ile kiedyś tylko nieśmiało uważałam, że raczej nie mam powołania i że powinnam w miarę możliwości unikać macierzyństwa, to od niedawna jestem przekonana na milion procent, że to byłby dla mnie jakiś dizaster i że bym się chyba porżnęła mając dziecko. No, nic nie poradzę.

Nie czuję klimatu i nic nie jest w stanie mnie rozmiękczyć. Powiem więcej – wkurwia mnie ten kult macierzyństwa i w ogóle rodzicielstwa, jakże modny ostatnio w mediach. Co to za jazda słodkopierdząca – pojąć nie mogę. Trochę sobie tego poczytałam, żeby wiedzieć, o czym gadam i wyznam Wam, że tak mnie drażnią te wszystkie tuśki i mamuśki, te projekty matka, bazylki, srazylki i reszta radosnej twórczości, że odpadam. Jak czytam o tych wszystkich dziedzicach, mżonkach, stópkach chlebkach, tatulkach i innych bredniach, to czuję, że zaraz puszczę pawia.

Może jestem jakaś wadliwa, ale nie zamierzam udawać. No i tyle byłoby słów świętych przeznaczonych na uroczystość dzisiejszą. Podejrzewam, że wątek rodzinno – bachorski na moment przyschnie, gdyż mnie się w międzyczasie zarysowały poważne komplikacje natury bandycko – napadalsko – zawodowej.

Jutro Wam powiem, o co detalicznie chodzi.

Bo jeszcze czekam na jeden telefon.

ha

2 komentarzy

Się wyjaśniło poniekąd. Ten ziutek, co tak ze mną brykał na tym karaoke, to pierwotnie jednak zamierzał do mnie jechać i teges. Ale podobnież pod moim domem uznał, że, cytuję:  nie będzie już ze mnie pożytku. Więc mnie pod klatką schodową z taryfy wykiprował i pojechał sobie dalej.

A skąd to wiem? Bo to leszczyna oraz cipa. I wszystko ze szczegółami opowiedział swojemu znajomemu. Który po pierwsze – jest wysoce niedyskretny, po wtóre zaś – to Jadwini koleżka. Więc się sprawa rypła w oka mgnieniu, czyli w jakieś dwa dni.

A to kutas zbolały. To tak się traktuje białogłowę? Bawił się ze mną, chlał za moje (znalazłam rachunek, sama bym tego nie wygrzała w rok), idiotkę ze mnie robił na tym karaoke, a potem stwierdził co? Że już ze mnie nie będzie pożytku?

I co potem zrobił, złamas? Wykiprował mnie z taksówki. Nad ranem, minus dziewięć, no kurwa nie wierzę. Przy krawężniku, w weekend, na pastwę żuli i zboków. O, Houston, mamy wielki problem. Bo tu miasto małe, w nim spędzam życie całe… I nasze drogi muszą się skrzyżować. Raczej prędzej, niż później.

A jakby się przypadkiem uporczywie nie chciały skrzyżować, to ja im pomogę.

War.

Gościowie,

Jest taka sprawa, szczególnie istotna dla nowych czytelników. A mianowicie, mogą się na łamach pojawić jakieś postacie z przeszłości, niekoniecznie Wam znane. Jak kto czyta od niedawna, to się może zamotać. Ale zainstalowałam taki bęben na prawym marginesie. Czyli wyszukiwarkę. Bardzo pomocna, nieprawdaż. Wystarczy tam wrzucić choćby imię albo nicka wziętego z tekstu. I wyskakuje piękna historia delikwenta ujęta w moje strofy.

Może to dla Was żadna sensacja, ale ja – jako techniczny kretino – uważam to za super pomysł. I się jaram. Jak – nie przymierzając – Jadwinia smartfonem. Kupiła sobie niedawno i zaraz potem zniknęła z życia publicznego. Mignęła mi kilka razy w mieście, ale z nosem w ekranie swojego galaksa. Zero kontaktu, nie ma gościówy, chyba mnie nawet nie poznała. Podobnież to symptomatyczne u neofitów. Spróbuję za jakiś miesiąc.

Ja do poziomu technologicznego smartfona powinnam dojść za jakieś dwadzieścia lat. Na razie jestem wierna takiej mojej wysłużonej bułeczce Nokii z klapką. Ale za to wyższy model.

Bo już z kolorowym wyświetlaczem.

Drodzy Moi.

Napiszę to raz, wywieszę, ale za parę godzin zdejmuję i mamy rozgadane, tak?

Rzecz dotyczy komentarzy. Kiedyś było inaczej, zasady były prostsze i komentarz się pojawiał pod notką w ciągu pół sekundy od jego sformułowania i postawienia przez autora kropki oraz naduszenia przycisku „publikuj”. Tera jest inaczej i można rzec, że ja w ogóle nie mam świadomości pojawiania się nowych komentarzy. I prawie nie mam na to wpływu.

Info o nowym komentarzu pojawia się w mailu na mojej skrzynce albo w panelu edytorskim bloga. I każden koment z osobna muszę zatwierdzić do publikacji. Też mi się to nie podoba. Ale zatwierdzałabym, gdybym tylko wiedziała. A żeby wiedzieć, to bym musiała non stop siedzieć na mailu albo w edycji bloga. Co jest raczej niewykonalne. Stąd opóźnienie w publikacji komentów. Stąd Wasze poirytowanie.

Ale nie zrażajcie się. Ja jestem normalną, próżną człowieczką i każdy od Was znak jest mi szczególnie miły. Dlatego jak Wam się tylko chce, to komentujcie. W ciągu paru godzin znajdę ślad o  każdym nowym wpisie. I pchnę go dalej. To tyle.

Buziaczki.

Kurde, nie wiem, jak zacząć. Ale w sumie, jak to z siebie wywalę, to będzie mi lżej, nie? No więc okryłam się wczoraj straszliwą hańbą. Straszliwszą to się tylko okrywałam w czasach tamtych kursów unijnych, gdy w półnegliżu śpiewałam na stole i udawałam Fergie… Ale ja tak od początku czułam, że to nie mój dzień. Ja pitolę. Ale sadza. Kiedyś takie występy szybko umierały w świadomości potomnych oraz ewentualnych świadków, bo nie było kamerek, komórek i smartfonów. Teraz ledwo człowiek pierdnie, kichnie albo się potknie, a już pięćdziesiąt osób kręci to ajfonem albo innym galaksem. Ale do rzeczy.

Wczoraj, przy piątku uwinęłam się szybciej z robotą i tak już kole dziewiętnastej byłam we względnym szyku bojowym. Ciągle tylko pamiętałam, żeby przed pierwszym zwarciem coś solidnego oszamać. Bo przez cały dzień była okrutna gonitwa. Miałam zjeść śniadanie i nie zjadłam. Potem miałam pójść na jakiś lunch, ale mi się ludzie zwalili do biura i śmierdzieli do piątej. To zaraz potem miałam postanowione iść na jakiś obiad, ale w sumie to nie poszłam, bo się zagadałam z Jadwinią przez komórkę i w sumie to już dojechałam do domu. Więc tylko w locie złapałam jakąś kanapkę i postanowiłam, że się porządnie nafutruję już w restoranie.

Ale wiadomo, jak to jest na froncie. Gdy się pojawiłam, to już szedł ostry flow, więc tylko wrzuciłam na ruszt parę kalmarów, jakąś cebulkę marynowaną i buch, od razu wóda, wóda, wóda. Jakby miało zabraknąć, psiamać. Już po paru kielonach byłam tak zajebana, że szkoda słów. A to był dopiero początek, bo jakiś kolega Jadwini urządzał urodziny, więc połączyliśmy stoliki i rozpoczęła się ofensywa w ardenach. A potem piwo, u-boty, łycha i znowu jakaś gąska wjechała na stół, bo się ten koleś od urodzin poczuł zaszczycony, więc zakrzyknął zero siedem. Kuźwa, gąska jest podobno bezkacowa i w ogóle bezpieczna, ale widocznie nie w pomieszaniu z browarem, żubrówką i dżekiem.

No dobra, żeby nie przedłużać. Stało się to, co miało się stać. Bo ja wielu spraw jestem w stanie sobie odmówić, wiele atrakcji potrafię odpuścić, ale nie karaoke. Inna sprawa, że za mikrofon chwytam dopiero kiedy jestem maksymalnie napruta. Ale to tym bardziej się nie powinno.

Podobnież śpiewałam non stop tak z półtorej godziny. To dziwne, bo pamiętam ze trzy piosenki. Jakieś Motylem jestem, potem coś tam Celine Dion i na koniec jakaś Banda i Wanda. I tak, w mojej wersji zdarzeń, to już byłby koniec. Nie uwierzyłabym, że coś tam się jeszcze działo, gdyby mi Jadwinia nie puściła filmów. Bo w ogóle to zaskoczyłam z tych kolesiem od urodzin i zaczęliśmy na tym karaoke odpierdzielać wszystkie dostępne słynne duety. Boże, co to była za kaźń.

Szczyt pohańbienia osiągnęłam, gdyśmy po raz trzeci z rzędu śpiewali Jednym zdaniem, czyli wspólny kawałek Dereszowskiej i Krzywego z De Mono. To ostatnie wykonanie to już było w pozycji półleżącej na parkiecie. To znaczy ja leżałam i byłam takim hendriksem posuwającym niewidzialną gitarę. A ten mój partner wył nade mną w rozkroku, a gdy przypadkiem nie wył, to sobie przykładał mikrofon do rozporka i nim do mnie dziarsko machał. Taki, kurwa, daliśmy szoł w miejscu publicznym. On podobnież jakiś inżynier elektronik, a ja lokalna bizneswoman, ekonomistka, podatkowy rzeczoznawca na poziomie rządowym i dyplomowana księgowa. Powinnam niezwłocznie wyjechać z miasta. Śmierć cywilna razy pentylion.

A żeby było śmieszniej, to Jadwinia mówi, że myśmy się tam z tym gościem strasznie rwali ku sobie i w ogóle, to mieliśmy już postanowione na koniec iść do mnie. Tylko szatniarz chyba jeszcze o tym nie wiedział. I młodsza bufetowa. Bo tak poza tym, to nie omieszkaliśmy poinformować wszystkich współbiesiadników, śmiejąc się przy tym potępieńczo, obściskując, całując i roztaczając przed wszystkimi słuchaczami wizję erotycznych szaleństw,  jakim się oddamy już w progu mojego domostwa. Tak było. Są zdjęcia i filmy. Z dźwiękiem.

Tylko że ja, kuźwa, nic z tego nie pamiętam. Nie pamiętam płacenia, wychodzenia ani drogi do domu. Nie pamiętam nocy, ani żadnych gości. Ocknęłam się na podłodze w łazience, ale to akurat żaden dramat, bo czasami tam śpię, gdyż mam podgrzewane panele. A poza tym to czarna dziura i archiwum X.

Klucze mam, bo jakoś musiałam wejść. Portfel, dokumenty i kasę mam. Wiem, bo mi przed chwilą taksiarz przywiózł sixpaka. Ciuchy tradycyjnie do utylizacji, bo jakże by inaczej. A reszta? Fuk, nie mam pojęcia. Idę zobaczyć, czy mi ktoś w międzyczasie nie opędzlował chaty.

Bo w sumie to jeszcze nie sprawdzałam.

Przeokrutny był wczoraj melanż. I blamaż przy okazji. Jak się trochę ogarnę i przejrzę na oczy, to w ciągu godziny powinnam ubrać to w słowa. Zorganizuję tylko jakieś piwo reanimacyjne i zabieram się do pisania.

Stay tuned.

No więc tak się składa, że nie będę chrzestną, bo chrzciny już dawno były. Nie powiem, brali pod uwagę moją kandydaturę, ale poprosiłam Moją Matkę, żeby poprosiła Moją Durną Siostrę, żeby się ode mnie w tym temacie odpimpała. A Moja Matka, która jest wszechgalaktyczną mistrzynią dyplomacji, powiedziała Gosiaczkowi, że z krwawiącym sercem muszę odmówić, gdyż się nie czuję na tyle silnie osadzona w strukturach wyznaniowych, ażeby przebrnąć przez wszystkie niezbędne procedury towarzyszące przygotowaniom do sakramentu. Że już nie wspomnę o samym zaszczycie i chwale piastowania funkcji chrzestnej matki. I załatwione zostało bez pudła. Drugi raz do mnie nie wystartowali z tym tematem.

A żeby nie było, że przyżydziłami i kierowały mną jedynie względy natury finansowej, tedy w stosownym momencie odpaliłam dziecięciu pięć kolaków. Pod postacią imiennej lokaty wysokooprocentowanej. Przyznam, że wejście miałam z tym kwitem ładne. Bo trochę im szczęki pospadały, jak zobaczyli tyle zer. No i super. Ja takie dzwońce, to noszę w tylnej kieszeni spodni dresowych.

A wracając na moment do imienia, to coś im ta Esmeralda nie zagrała w codziennym życiu i teraz na dziecko wołają Ela. Nie kumam. Skoro mają do niej mówić Ela, to po chuj ją nazwali Esmeralda?

Nigdy nie zakumam torów myślowych tej debilki Mojej Siostry.

Długo myślałam nad tematem notki walentynkowej. Bo ja tak w ogóle, to bardzo się zmieniłam. I chciałam żeby było inaczej. Subtelnie, delikatnie, z wyczuciem. Ale nic mi nie przychodziło do głowy. A jeszcze Jadwinia zadzwoniła i powiedziała, że skoro wszędzie w mieście zakaz urządzania zabaw hucznych i ogólna bryndza, to może ona do mnie przyjdzie z jakimś alkiem i się potem pobawimy w squirting.

Ja tego jej paplania, to w sumie słuchałam tak jednym uchem (bo cały czas myślałam nad tą notką walentynkową), więc machinalnie odparłam, że spoko, zgoda i w takim razie to może kole ósmej. Ale potem coś mnie tknęło, sprawdziłam sobie w necie, o co z tym squirtingiem chodzi i normalnie zdziczałam. Więc do niej oddzwoniłam i powiedziałam, żeby rwała na szczaw z takimi pomysłami. No bo, kurde, bez przesady. Może jeszcze co?

No i znowu zostałam bez planów na wieczór. Uruchomiłam więc ostrą myślówę i tak przez dobre pół godziny kombinowałam, co by tu dzisiaj nagrandzić. Aż w końcu odpuściłam, poszłam sobie na dwudziestą na Drogówkę i tam miałam iluminację. Ale od początku. No więc, film jak film. Bez sensacji. Życie realne, to w sumie i śmieszniejsze jest, i straszniejsze, i bardziej finezyjne.  Ale nie o tym.

Widziałam tam bowiem w kinie piękną akcję. Otóż jeszcze przed seansem przycięłam obok stanowiska z popkornem sympatyczną parę w wieku późnolicealnym. A jak już gasili światła, to oni przyszli i usiedli obok mnie. No i się zaczęło. Bo się prawie od razu strasznie roznamiętnili, w wyniku czego przez większość seansu panna miała rękę zainstalowaną po łokieć w rozporku swojego towarzysza.

Technicznie wyglądało to nadzwyczaj frapująco, bo w prawej dłoni dziewczę przez cały czas dzierżyło dużą kokakolę, podczas gdy lewa, w takich mniej więcej trzyminutowych interwałach czasowych wykonywała program następujący: wynurzenie z rozporka, nur do wiadra z popkornem, napchanie ust po brzegi, wytarcie ręki o fotel i buch, z powrotem do gaci chłopca. I po chwili znowu: popkorn, jama gębowa, fotel, gacie. Taka byłam zaaferowana tym widowiskiem, że nawet nie za bardzo wiem, o co chodziło w tej Drogówce. Ale podobnież niewiele straciłam.

A tak w ogóle, to co to było? Co to za moda? Pytam, bo w moich czasach młodzieńczych też był podobny szał. Ale że niby o co chodziło? Bo jakoś tak z perspektywy czasu nie ogarniam. Dowód miłości? Intymna sceneria? A w chacie za dużo ludzi i matka ciągle wchodzi do pokoju, tak? Musi coś w ten deseń…

A pamiętacie taki film Diner Levinsona? Tam też były podobne klimaty. I Rurka, jako zawodowy podrywacz założył się z chłopakami, że jakaś tam fruzia go w kinie chwyci. A ponieważ ona była taka trochę trudna w obejściu, tedy Rurka musiał się uciec do podstępu. Czyli w dnie wiaderka z popkornem zrobił dziurę, włożył tam co miał włożyć i czekał aż się dziewczę dokopie. Skończyło się to chyba jakąś zadymą i pospieszną ewakuacją z kina. W rezultacie chłopacy mu nie chcieli uznać akcji za zaliczoną. Albo jakoś tak. Nie pamiętam. Muszę to chyba jeszcze raz obejrzeć. Piękny film.

Polecam.

Dobra. Dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Daliście czadu. Niestety nie udało się wyłonić zwycięzcy, gdyż się nawet nie zbliżyliście  na pięć kilometrów do imion, jakie sobie wydumała Moja Durna Siostra. Nie wiem, może miała za dużo czasu, gdyż przeleżała parę tygodni z jakimś zatruciem ciążowym na stosownym oddziale. A tam to już wiadomo, jaka literatura poglądowa krąży. I jaka klientela zalega, tudzież się snuje po korytarzach, dostając pierdolca z nudów. Ale po kolei.

Nie wiem, czy pamiętacie, jakie oni robili cyrki, gdy usiłowali zajść w ciążę. Że wspomnę tylko opuszczanie imprez rodzinnych w samym epicentrum, gdyż był doskonały moment na święty akt poczęcia. I tak milion razy. Aż w końcu zaszli. No i wszystko fajnie, a gdy jeszcze się w odpowiednim czasie okazało, że to będzie dziewczynka, to już wtedy kompletnie sfiksowali.

Tym samym znikło krążące nad rodziną widmo Dżastinków, Alanków i innych Xawierków. Pojawiło się inne widmo, ale o tym za moment. Bo przede wszystkim wspomnieć trzeba o dramatycznie wsiursko-brzmiącym nazwisku, jakie Moja Durna Siostra aktualnie nosi po mężu swym Olku. Bo z domu to mamy piękne, arystokratyczne… Ale kto ma, ten ma, nieprawdaż. Mnie także się w przeszłości zdarzało występować pod cudzymi nazwiskami, które przyjmowałam po mężach, ażeby im nie robić przykrości. Jednakowoż na starość powróciłam do swojego zacnego, rodowego… I niech już tak zostanie.

Bo żeby była jasność – wszystkie znane mi nazwiska to tak naprawdę luz i nie ma wśród nich złych albo dobrych. Rzecz w tym, by z tymi co bardziej swojskimi nie parować jakichś pojechanych, wydumanych imion. Gdyż wychodzi tragedia i śmiech na sali. Że nie wspomnę o obciachu dla dziecka, które potem w szkole płaci za fanaberie durnych rodziców.

Olowie mają nazwisko nieszczególne, którego z powodów oczywistych zdradzić tu nie mogę. Dlatego uznałam, że dobrze będzie jeśli nazwą swoją latorośl jakąś bezpieczną (i powabną zarazem) Zosią, Marysią, tudzież Jankiem czy innym Wojtkiem. Niestety, argumentacja ta nigdy nie trafiała do Gosiaczka, no i stało się, to co miało się stać.

A ja ją ostrzegałam, że powstanie mieszanka wybuchowa w rodzaju: Nikola Kuś, Vivian Piszczyk czy Olimpia Szuwar. Z całym szacunkiem dla wszystkich Nikoli, Vivianów, Olimpii, Kusiów, Szuwarów oraz Piszczyków.

I teraz do rzeczy. Otóż finałowa grupa żelaźniaków przyklepanych przez Moją Durną Siostrę zawierała następujące kandydatury: Afrodyta, Fabienne, Esmeralda, Liwia, Odetta, Fantagiro (powaga, jak to usłyszałam, to upadłam na twarz), Samanta i Mirabella.

And the winner is… Esmeralda.

Esmeralda Bździk.


  • RSS