- Ostatni raz – powiedziałam stanowczo, siadając naprzeciwko Jadwini, która w oczekiwaniu na mnie zdążyła już wytrąbić prawie całego Carlsberga.

- Co ostatni raz? – beztrosko spytała Jadwinia, jak gdyby nigdy nic.

- Słuchaj, narobiłaś strasznego syfu i jak zwykle ja musiałam wszystko po tobie sprzątać. Musiałam stawać na rzęsach i płaszczyć się przed takimi kutafonami, z którymi już nie zamierzałam w życiu rozmawiać. W chuj znajomości trzymanych na najczarniejszą godzinę uruchomiłam, bo tobie się zachciało rozbijać w restauracji…  A ty mi jeszcze kibel robiłaś w tym szpitalu i się w najlepsze zabawiałaś, podczas gdy ja zapierdalałam z językiem na brodzie, żeby cię z tego szajsu wyczyścić…

- Nie przesadzaj, Lolka… – żachnęła się Jadwinia. – Nie pierwszy nasz numer i nie ostatni…

- Nasz? – przerwałam jej. – Nasz, kurwa? Kiedy ostatni raz się za mnie musiałaś wstydzić? Kiedy mnie wyciągałaś z policyjnego dołka? Kiedy mnie po znajomości pakowałaś na internę, żeby mnie psiarnia nie dorwała? Nie rozpędziłaś się czasami? Wszystko chcesz zniszczyć…? Nawet mnie nie wpieniaj. Jeszcze coś w tym mieście możemy, jeszcze się nie zeszmaciłyśmy do końca, ale jak ty mnie zmuszasz, żebym ja szukała pomocy u zbójów, żeby twoja królewska dupa nie poszła siedzieć, to wybacz, ale ja się wypisuję. Bo przez twoją ułańską fantazję niedługo nie będę miała za co żyć. A jestem za stara żeby jeździć na zmywak do Irlandii albo na jakieś kurestwo we Włoszech.

- A idź ty w ogóle na rentę, już się taka piczka zasadniczka zrobiłaś, że nie mogę cię słuchać – stwierdziła Jadwinia, po czym jednym haustem dokończyła piwo i nie żegnając się wyszła z mojego mieszkania…

Zadzwoniła po godzinie i powiedziała, że wszystko przemyślała, że chyba jej się w głowie poprzewracało, że oczywiście docenia to wszystko, co zrobiłam, bardzo mi dziękuje i tak dalej. I spytała, czy może przyjść, by sprawę do końca rozgadać.

***

- Wiesz, czego się najbardziej bałam? – powiedziała wkrótce potem, dużo już pokorniejszym tonem… – Że się do  tamtego  dogrzebią.

- Dogrzebali – oznajmiłam lodowato. – Gdy ty się bawiłaś w szpital, to dotarłam do jednego ziutka, który się dowiedział, jakie są na ciebie kwity. A poza tym dożywotnio jesteś na bębnie i nie wiem, jakim cudem to miało nie wyjść…

- Nie piernicz – Jadwinię aż zatkało. – Przecież to było za kajtka, ile ja miałam wtedy lat? Ze trzynaście?

- No i co z tego? – przerwałam. – Pomogłoby ci to teraz, czy zaszkodziło, jak ci się zdaje? Bo po mojemu, to byś na milion procent poszła do pierdla albo wariatkowa z taką historią na koncie.

- Ale co? Wszystko tam było w tych papierach? Kompletnie? Że usiłowanie?

- Oczywiście – odparłam z zimną satysfakcją. – A dlaczego by ci mieli w międzyczasie zmienić kwalifikację? Za dobre sprawowanie niby? No, bądź realistką.

- Fak, Lolka ja chyba muszę spoważnieć i wyhamować, bo to się, kurde, dla wszystkich źle skończy – stwierdziła Jadwinia, trochę jakby przybita.

- No, zwolnij trochę – przyznałam. – Albo wyrywaj z miasta.

I na tym zakończymy.

 

Nie, nie przetrzymujemy Mirelki w altance na działce, jak zasugerował ktoś w komentarzach. I nie wyciągamy z niej zeznań na drodze przypalania lutownicą, tudzież żelazkiem. Sama wszystko opowiedziała po względnej dobroci, w przyzwoitych warunkach mieszkaniowych. Inna sprawa, że co dziewucha przeżyła to już jej. Mam jednak nadzieję, że czegoś ją to nauczy i nie będzie na przyszłość składać fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Ale po kolei.

Nie brałam udziału we wszystkich sesjach rozmów na szczycie, ale z relacji organu prowadzącego wyłania się następujący obraz:

Owszem, w czasie naszej sławetnej niedzielnej wizyty zgodziła się Mirelka odstąpić od ścigania sprawców ubiegłowieczornego zajścia. Ale po naszym wyjściu zmieniła zdanie. Gdyż, po pierwsze – nadal miała subiektywne poczucie krzywdy. Po drugie – nie spodobała jej się postawa Jadwini, która, zamiast skruchy okazała Mirelce wrogość oraz niechęć. Po trzecie – podobnież uraziłam ją do żywego swoją propozycją finansową, która ją, cytuję: poniżyła oraz skurwiła. Po czwarte – oburzyło ją, że, cytuję:  niektórym wszystko uchodzi na sucho, podczas gdy inni muszą ponosić konsekwencje swoich czynów. I wreszcie po piąte – postanowiła się na Jadwini odegrać za niewierność Arturka.

W związku z powyższym, postanowiła co następuje: po pierwsze – przy najbliższej okazji oddać forsę i zerwać układ, po drugie – udać się na obdukcję i dostarczyć na komisariat materiały dociążające Jadwinię, po trzecie zaś – wtrącić winowajczynię do lochu, licząc na to, że jeszcze jakiś czas pojedzie na historyjce o mitycznym chłopaku w legii cudzoziemskiej czy innej misji w Iraku. I nikt jej w związku z tym nie ruszy.

I teraz prawdziwy hicior, który nas nieco zaskoczył i schłodził, bo już nawet byłyśmy gotowe zrobić lekarzowi koło pióra za emitowanie fałszywych zaświadczeń. Otóż obdukcja Mirelki przebiegła zgodnie z wszelkimi procedurami, a objawy były prawdziwe. Tyle, że jakby innego pochodzenia, niż zwarcie z Jadwinią.

Mirelka uznała bowiem, że w istocie niewiele jej dolega, toteż przed wizytą u lekarza sobie poprawiła. Niecodzienna to postawa tak się samookaleczać, ale podobnież Mirelka była zbulwersowana, zdesperowana i generalnie gotowa na wszystko. Toteż, według jej zeznań – pociągnęła się centralnie encyklopedią i już miała złamany nos. Łuk brwiowy to bułka z masłem, a rozwaliła go sobie o framugę okna. Zęby już dawno były w stanie opłakanym, toteż nie potrzebowały dodatkowej ingerencji z zewnątrz, by dowolnie wskazany specjalista uznał, że wymagane są rozległe prace stomatologiczno – protetyczne.

Nie wiem, co zrobiła, by mieć podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Pewnie nic.  Takie numery przerabialiśmy w pierwszej klasie – wystarczy się u lekarza poskarżyć na nudności, osłabienie, kłopoty z pamięcią, jakieś bóle oraz zawroty głowy… i gotowe. A jak jeszcze ktoś ma w ustawieniach fabrycznych tętno żółwia z Galapagos, to bez trudu wciśnie lekarzowi bradykardię. I jest wstrząs mózgu.

W każdym razie dziś rano Mirelka zmaterializowała się na komendzie, gdzie dała to wszystko na papier i wyjaśniła całą sytuację, oczyszczając tym samym Jadwinię z wszelkich zarzutów. Mam potwierdzenie z komisariatu, że tym razem bez pudła.

Stan zdrowia Jadwini poprawił się na tyle, że popołudniową porą legalnie opuściła oddział szpitalny. Ma odpoczywać, unikać stresu, wysiłku, alkoholu oraz zabaw hucznych, buahaha. Ponieważ coś mnie tknęło, tak to ustawiłam, żeby wypis był dopiero w poniedziałek. Na wszelki słuczaj.

Tymczasem Jadwinia od trzech godzin jest już w domu, gdzie się myje, czesze, maluje i generalnie odsmradza po tym szpitalu. A kole dwudziestej pierwszej wbija do mnie na małe dwuosobowe party. Jest okazja? Jest. Bo strasznie był to wyczerpujący tydzień i potworna nerwówa.

Trza nam odreagować.

Z Bożą pomocą cały ten ambaras skrystalizuje się przed weekendem. Czyli lada moment. Bo się Mirelka cudownie odnalazła i obecnie trwa mozolny proces ustalania prawdziwej wersji zdarzeń. Prowadzone są też intensywne czynności, mające na celu zdiagnozowanie faktycznego stanu jej zdrowia. Szczegóły niebawem.

Natomiast Jadwini podtruwać nie trzeba, gdyż się sama uspokoiła. Mój fortel był prosty jak konstrukcja cepa. Żeby nie rzec prostacki. Powiedziałam mianowicie ordynatorowi, żeby powiedział Jadwini, że się policja o nią dopytuje i że chcieli ją wstępnie przesłuchać na oddziele, ale on im nie dał wjazdu, gdyż Jadwiniowy stan zdrowia jeszcze na takie wzruszenia nie pozwala.

Zadziałało natychmiastowo. Skończyły się papieroski, telefony, internety i wypady do szpitalnego sklepu. Oraz na pobliski bazarek, bo i tam Jadwinię widywano w gustownym dresiku z frotki. Ale koniec tego dobrego. Siedzi w sali jak rencistka, rozwiązuje krzyżówki i udaje ciężko chorą. Długo nie pochoruje, bo chcemy ją wyjąć z tego szpitala może tak kole soboty. Musimy mieć jednak całkowitą pewność, że na zewnątrz sprawa jest skutecznie i bezapelacyjnie wyczyszczona.

A na to się zanosi.

Jadwinia jest nienormalna. I kompletnie nie chce zrozumieć grozy sytuacji. Ordynator mówi, że w ogóle nie współpracuje i robi sobie bekę z całego tego szpitala, badań oraz zabiegów. Tam jacyś ludzie leżą pod urządzeniami, tona aparatury precyzyjnej burczy na każdej sali, a Jadwinia w najlepsze napierdala sobie przez komórę, choć ją milion razy prosili, żeby zaprzestała albo przynajmniej wychodziła na korytarz. Nie dość że nie wychodzi, to sobie naniosła jakichś laptopów, tabletów, modemów wifi i innego złomu. Bo jej się nudzi. No, co za pała durna.

A jakie ma życzenia… Siedzę sobie dziś w pracy, nie wiem w co ręce włożyć, bo przez tę akcję z Mirelką, to zaległości mi się narobiło od kociej fujary…  A Jadwinia dzwoni i mówi, żeby jej przynieść marlboro w miękkim, bo w szpitalnym kiosku nie ma. Oraz żołądkową. Dwie ćwiartki, bo flacha za duża i się nie zmieści w szafce. No chyba ją pojebało kompletnie.

Z kolei wczoraj na wieczornej wizycie spytała mnie, co by było, gdyby ona sobie na nockę bryknęła do domu. Już nie wspominam, że bez przerwy mnie karmi opowieściami, jak to dorwie Mirelkę i się z nią policzy. Tłumaczę jej, że na razie nie ma takiej opcji i że nawet jak ją na ulicy spotka, to ma być powietrze oraz zero reakcji. Że trzeba odczekać, bo jak się pospieszy, to tylko spieprzy cały mój misterny plan. I pójdzie kiblować… Ale nie robią na niej te moje przemowy żadnego wrażenia.

Ręce mi opadają.

No więc, na chwilę obecną sytuacja przedstawia się następująco. Jadwinia, wskutek przebytego stresu, doznała czegoś w rodzaju stanu przedzawałowego i aktualnie przebywa na oddziale wewnętrznym Specjalistycznego Szpitala Zespolonego im. Róży Luksemburg. Wyniki niezbędnych badań przeprowadzonych skoro świt pozwalają stwierdzić, że największe zagrożenie już minęło, ale bezwzględnie wskazana jest kilkudniowa hospitalizacja oraz obserwacja pacjentki, nieprawdaż.

Ordynator drogi jest upiornie, ale powiedział, że tak z tydzień to da radę fisiować. Czyli mamy kilka dni, żeby sprawę odkręcić. W pierwszej kolejności należy zlokalizować Mirelkę, która – pomimo rozległych obrażeń i wskazania do wypoczynku w pozycji leżącej – nie przebywa pod żadnym znanym nam adresem. Czyli się gdzieś kitra. No ale, to ja już nie będę jej szukać.

Przekazuję sprawę do innego departamentu.


Mamy lekki problem, bo Mirelka nas koncertowo wychujała. Z przeproszeniem. Wzięła pieniądze, po czym nie dość, że nie wycofała zażalenia, to jeszcze dołożyła do niego taką obdukcję, jakby wpadła pod pędzącego tira. Wiem, bo dotarłam do tajnych służb i miałam okazję rzucić okiem. No, straszne te kwity. W międzyczasie sprawa nabrała mocy i dziś Jadwinia dostała wezwanie na komendę. A jakby z rańca była w domu, to by ją w ogóle powieźli radiowozem. Są świadki, że byli po nią dwa razy.

Nie za bardzo wiem, co tu zrobić w zaistniałej sytuacji, bo jak by na sprawę nie patrzeć, to kroi się straszny kibel. Będą jej robić pobicie ze średnio ciężkim uszkodzeniem ciała plus spowodowanie niezdolności do pracy powyżej dni siedmiu. Kurde, strasznie mało mamy czasu na jakiś manewr, a powiedziała mi jedna kolesina, że przy takim ciężarze gatunkowym, to może się i tak zdarzyć, że jutro przesłuchają Jadwinię i ją sobie zostawią na cztery osiem. A jak prokurator uzna za stosowne przedłużyć sankcje to już pa.

Gdyż Mirelka nas przechytrzyła i sobie zorganizowała imponujący zestaw obrażeń.  Na milion procent lipnych, bo przecież w niedzielę ją widziałam i nic jej nie dolegało. Ale do rzeczy. Jest grubo: pęknięta przegroda nosowa, zszyty łuk brwiowy, podejrzenie wstrząśnienia mózgu oraz konieczność wykonania zaawansowanych prac stomatologiczno – protetycznych.

A okoliczności łagodzących chwilowo jakby brak. Oraz jakiejkolwiek, choćby mizernej linii obrony. Co – zdaniem ekspertów – skutkować może poważnymi komplikacjami życiowymi dla Jadwini. Czyli niedługą, ale jednak odsiadką. Do czego, ma się rozumieć, dopuścić nie możemy.

Nie ułatwia nam roboty fakt, że Jadwinia jest trochę jakby notowana. Co prawda stare są to sprawy, zleżałe, odfajkowane i ze wszech miar nieaktualne, ale jak się ktoś temu przyjrzy w szerszym obrazku, to wychodzi niefajnie. W dziewięćdziesiątym ósmym miała prawko zatrzymane na dwa lata za jazdę pod wpływem i cudem skończyło się to na samych lejcach, bo pamiętam, że sędzia miał szczerą i nieprzymuszoną wolę wsadzenia jej wtedy do paki. Taka akurat była akcja znicz  i ogólna nagonka na pijanych kierowców. A Jadwinia nawalona była podczas zajścia jak autobus przegubowy. Ale się upiekło i skończyło na kosmicznej grzywnie.

Jakoś tak zaraz potem Jadwinia wzięła udział w dżentelmeńskim i nad wyraz honorowym pobiciu takiego jednego frajera (coś w ten deseń, ale mniej ideowe), co było ironią o tyle, że współsprawcy, w ramach zaostrzenia kary zabrali ofierze dokumenty i kluczyki od mietka. Nie z pobudek rabunkowych, Boże broń, bo to ekipa z zasadami, a tylko w celach wychowawczych. O czym Jadwinia nie miała pojęcia.

Dowiedziała się, gdy jej postawili zarzut dziesiony, czyli napaści rabunkowej z uszkodzeniem ciała. Co to była wtedy za gimnastyka, żeby ją z tego wyciągnąć, matko święta… Ale śmy dorwały taką gwiazdę adwokatury, która przeprowadziła misterną akcję z orzeczeniem niepoczytalności, jakimiś pomrocznościami jasnymi i na koniec z wnioskiem o samoukaranie. Prawie półtora roku się ta sprawa srała i już traciłyśmy nadzieję. Adwokatka wzięła jak za rodzoną matkę, ale przynajmniej Jadwinia nie pierdziała w pasiak ani jednego dnia i odpowiadała z wolnej stopy. Liczyła się jednak z taką perspektywą, że może będzie mogła musieć pójść siedzieć. Ale, kuźwa, udało się.

Jednak tym razem to przypuszczam, że wątpię. Jak to wszystko zbiorą do kupy, to leżymy. I będę jej paczki wozić do Krzywańca. Albo innego Grudziądza. Takie są widoki. Zakończyło się tu u mnie niedawno konsylium i zdania są podzielone. Jedna taka znajoma kosa uważa, że z samego rana trzeba wbijać do szpitala na jakiś zawał. Druga z kolei twierdzi, że tylko po zgodzie mamy szansę – stawić się na wezwanie, nie spóźnić, nie pyskować, złożyć wyjaśnienia i grzecznie się ze sprawy wywekslować.

Ja się prywatnie skłaniam ku pierwszej opcji, bo mam niedobre przeczucie, że wjazd na komendę to może być w Jadwini przypadku droga w jedną stronę. Tymczasowo, ale jednak. Toteż trzeba w te pędy znaleźć u pacjentki jakieś szmery albo zapalenie wsierdzia.

Tudzież inne migotanie komór.

 

 

Straszna renta w tę Wielkanoc. I wszystkie plany mi się skiepściły. Miałam pomysła, żeby pojechać do jakiegoś Karpacza, ale po pierwsze – coś mi się Jadwinia w tym roku usztywniała, a po drugie – powiedział nam kolega drogowiec, że dojazd może być koszmarny, więc odradza.

Potem mi się Jadwinia wypisała całkowicie, bo oświadczyła, że taki jest układ, iż musi pobyć z rodziną, bo ktoś tam ma dni policzone i wypada z nim pobyć w ten szczególny czas. Tym bardziej, że jakiś tam spadek się kroi i Jadwinia pragnęłaby zostać uwzględniona.

Była opcja żeby pójść do starych, ale perspektywa spędzenia wielu godzin w towarzystwie Mojej Durnej Siostry oraz Esmeraldy skutecznie mnie od tego pomysłu odwiodła. Powiedziałam im więc, że jednak jadę do tego Karpacza i się odpimpali.

Powyłączałam zatem wszystkie telefony, nie pokazuję się na fejsbuniu, tylko sobie siedzę w domu, piję napoje i gram w gry.

Bardzo mnie się to podoba.

A więc tak. Po tej całej akcji Jadwinia u mnie została na noc. Wolałam ją mieć na oku, nieprawdaż, bo misja nas czekała poważna i chciałam uniknąć nieprzewidzianych okoliczności. A poza tym Jadwinia była mi nazajutrz potrzebna jako eksponat w dobrym stanie wizualnym. Nieważne. Jeszcze się trochę dopiła i tak kole czwartej zgasła. Oczywiście rano nie było mowy o dobudzeniu jej. Zero kontaktu. Dopiero, kiedy jej trzy razy powtórzyłam, że jest poszukiwana przez policję i trzeba czem prędzej działać, to tak trochę jakby zaskoczyła, zerwała się z barłogu, by się w ciągu niecałej godziny doprowadzić do stanu względnej używalności.

A ponieważ w godzinach nocnych fortelem pozyskałam dane teleadresowe naszej drugiej bohaterki, tedy pocisnęłyśmy do niej jak po sznurku. Troszkę się co prawda obawiałam, że Mirelka może pomieszkiwać w jakiejś złożonej konfiguracji kadrowej, ale się uspokoiłam, gdy sobie przypomniałam słowa, którymi w knajpie kusiła Arturka: możesz do mnie przyjść jutro, albo od razu zaraz… Czyli raczej chata wolna. I chyba żadnych rodziców ani koleżaneczek – sublokatorek.

Jadwinia jeszcze chciała po drodze machnąć jakieś piwo reanimacyjne, ale jej powiedziałam, że nie ma takiej opcji. I że po wykonaniu zadania to owszem, ale do tego czasu ma być dyscyplina i powściągliwe zachowanie. Bo mi jeszcze, psiakrew, brakowało na akcji pijanej Jadwini. I bardzo rozważnie uczyniłam zabraniając jej spożycia. Bardzo rozważnie. Bo i bez picia była dostatecznie wyrywna. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Do mirelkowego bloku dotarłyśmy w samiutkie południe. Akurat jakiś miły pan wychodził z pieskiem, więc nie było potrzeby zajawiać swojej wizyty przy pomocy domofonu. Pan grzecznie przepuścił dwie super laski (czyli nas), przytrzymał drzwi i nawet uchylił kapelusza. Ech, stara szkoła. Gdzie tym dzisiejszym chłystkom do prawdziwych dżentelmenów. Ale do rzeczy.

Mirelka leniwie odemkła wrota i chyba mnie nawet początkowo nie poznała. Ale kiedy przedstawiłam cel naszej wizyty, nagle się ożywiła i usiłowała nam przed nosem zatrzasnąć drzwi, grożąc przy okazji wezwaniem policji.

- To ja jestem policja – posłużyłam się moim ulubionym cytatem filmowym, po czym naparłam z barku i wbiłyśmy na pokoje.

Straszny burdel ta Mirelka miała w domu – to pierwsze, co mnie się rzuciło na oczy. Jak można być taką fleją? – pomyślałam.  Toż to nawet babie nie przystoi mieszkać w takim chlewie. Ale do rzeczy. Ha. Jedna sprawa zaniepokoiła mnie szczególnie. A mianowicie zdałam sobie sprawę, że sytuacji ogólnej nie poprawia fakt, że w mieszkaniu Mirelki znajdował się… na w pół roznegliżowany Arturek.

Jadwinia w kamień zwarła dłoń i gdybym jej nie osadziła w miejscu, to byśmy się znowu znalazły w punkcie wyjścia. Jeśli nie głębiej w dupie. Przybyłyśmy tam w końcu z misją pokojową, więc nie można było dopuścić do kolejnej mordoplastyki.  Tak czy inaczej, musiałam zadziałać salomonowo, żeby mnie się ta koza, kapusta oraz wilk nie spotkali w jednej czasoprzestrzeni. Że się taką tu frazą kwiecistą posłużę.

W tym celu najpierw z pomocą Jadwini sprawdziłam, czy kwadrat czysty, po czym wyekspediowałam Arturka do kuchni, pobierając uprzednio w depozyt jego komórkę. Żeby mi przypadkiem nie dzwonił pod jakieś głupie numery. Następnie, cały czas mając Jadwinię w blind spocie, powróciłam do salonu, gdzie lekko acz przyjaźnie popchnęłam Mirelkę na kanapę.

Zasiadłszy naprzeciwko niej, bez wstępów spytałam, czy byłaby tak dobra i wycofała z policji oskarżenie przeciwko obecnej tu Jadwini, która poprzedniej nocy troszkę się zagalopowała, ale teraz serdecznie żałuje i prosi o naznaczenie jej zbawiennej, lecz rozsądnej pokuty oraz  stosownego rozgrzeszenia.

- Bo? – spytała Mirelka niezbyt grzecznie, a już na pewno szalenie nierozważnie.

- Bo cię kumpela ładnie prosi – odparłam z najsłodszym uśmiechem, na jaki mnie było stać.

- Nie ma mowy – zacięła się Mirelka. – Przez nią mam pękniętą koronkę, która mnie kosztowała kupę forsy.

Wtedy jej powiedziałam, że jak mnie dalej będzie wkurwiać, to zaraz, przy niedzieli pojedziemy do mojej dentystki, która stwierdzi ponad wszelką wątpliwość oraz da na papier, że z jej zębami jest wszystko w porządku.

- Okej, ale mi jeszcze złamała nos – stwierdziła Mirelka.

Pochyliłam się wtedy szybko i ją w ten nos lekko pstryknęłam. Zaskoczona, nie powiedziała nic, tylko się żachnęła i szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia… No jasne. Jakby ten nos był naprawdę złamany, to by się w powietrzu zesrała z bólu. Czyli znowu ściema.

W tym momencie Jadwinia postąpiła o krok do przodu, a jej intencje były nad wyraz oczywiste.

- Noga – warknęłam. – Nie zapominaj, że wciąż jest sprawa założona na policji. A do Mirelki znowu się uśmiechnęłam i ją spytałam, na ile wycenia zaistniałą szkodę. I czy jest skłonna załatwić sprawę po dżentelmeńsku, czy też mam jej życie zamienić w senny koszmar, gdzie nie będzie znała dnia ani godziny, gdzie będzie się bała wejść do klatki schodowej i lękała swojego cienia…

- Możesz mi possać – przerwała mój wywód Mirelka. – Mój chłopak zna takich gości, że już obie nie żyjecie…

- Który chłopak? – zainteresowałam się. – Ta pizdeczka, która siedzi zamknięta w kuchni? No, nie rozśmieszaj mnie, hans

- Nie ten – Mirelka podniosła głos, a w jej oczach pojawił się dziwny błysk. – Inny facet, żołnierz. Teraz jest na misji, ale jak wróci to ręka, noga…

- Dlaczego mi to robisz? – powiedziałam łagodnie, siadając obok Mirelki na tapczanie i otaczając ją ramieniem. – Mało masz trosk, zmartwień? Za mało to życie popieprzone, żebyśmy same sobie jeszcze smrodu dodawały w luksus? No, powiedz sama… A wiesz, co ja dzisiaj miałam robić? – ciągnęłam spokojnym, matczynym tonem. - Miałam iść z siostrzenicą na sanki, wiesz? A co zamiast tego robię przy niedzieli? Śledzę cię, kurwa, ścigam, przegaduję się z Tobą, proszę jak kogo dobrego, namawiam do drobnej niekłopotliwej przysługi. A Ty co? Czego się tak usztywniasz? Jesteś bez winy? No, nie jesteś. To czego nie współpracujesz? Mirela, no weź ochłoń i przestań odtrącać moją pomocną dłoń… – przerwałam, czując, że chyba przeszarżowałam.

Ale, na dźwięk swojego imienia Mirelka jakby drgnęła, po czym się zamyśliła, a następnie rzekła:

- Dobra, nie pójdę na obdukcję, a w poniedziałek wycofam skargę, ale…

- Łaski nam, kurwa, nie rób! – krzyknęła nagle Jadwinia, odrywając się od ściany z wyrazem poirytowania, a zarazem nieopisanego cierpienia na twarzy. Wiem, że morderczy kac doprowadzał ją już na krawędź szaleństwa, ale właśnie o mało co zrypałaby moją misterną intrygę, toteż syknęłam, żeby się natychmiast zamknęła, sama zaś powróciłam do rozmowy z Mirelką:

- Świetnie, kochana, zaczynamy dotykać jądra, ale coś chciałaś dodać…

- No, nie mogę z takim ryjem iść do pracy – odparła Mirelka trochę już normalniejszym głosem.

- Oj, nie demonizuj - przerwałam jej łagodnie. – Widzę tylko lekkie limo i rozciętą wargę. Ale oczywiście masz rację – dama nie może się pokazywać publicznie w takiej kondycji. Pozwól więc, że zaproponuję ci tydzień urlopu płatnego. Jakie są twoje oczekiwania?

Żeby skrócić męki Szanownych Czytelników, to tylko powiem, że Mirelka przystała na pięć stówek w gotówce, co by stanowiło czwartą część jej comiesięcznych poborów, jako że – co wyznała w trakcie rozmowy – zatrudniona jest w pewnym barze, gdzie wraz z napiwkami wyciąga dwójkę na rękę.

Jeszcze mi tylko Mirelka podpisała czytelnie dwa kwity, pod względem prawnym nadające się do podtarcia sobie dupy, ale mam nadzieję, że o tym nie wiedziała. W każdym razie potraktowała je z powagą i pietyzmem typowym dla ludzi nieprzesadnie wykształconych…

I to już finał całej historii. Wychodząc, poklepałam jeszcze Mirelkę przyjaźnie po ramieniu i powiedziałam, że gdyby czegoś potrzebowała, to niech do mnie zawsze dzwoni.

- Poważnie? – zdziwiła się kompletnie już ogłupiała Mirelka.

- Nie – odparłam. – Poza tym nie masz numeru. No, to do widzenia się z państwem – rzuciłam na koniec i wyszłam na klatkę schodową.

- Ej, Lolka, no byłaś rewelacyjna – zaśmiała się chrapliwie Jadwinia. – Jak cię znam od kajtka, to mnie normalnie dzisiaj zaskoczyłaś… Zapraszam z tej okazji na browarka…

- Pięćset złotych mi należysz - przerwałam jej brutalnie. – Po drugie, prosiłam cię milion razy, nie mów do mnie Lolka. Poza tym mam na jakiś czas dosyć twojego towarzystwa, więc idź sama i wypij moje zdrowie. I nie wpierdol się w coś znowu, bo ja cię następny raz już nie będę z gówna wyciągać…

- Nie no, spoko, wszystko będzie elegancko – wesoło odrzekła Jadwinia, ale litość mnie zbierała, gdy widziałam, jak ją strasznie smaży. – No i dzięki jeszcze raz – zawołała do mnie już z pewnej odległości.

A nie ma za co.


Ta Jadwinia, to się na starość robi niebezpieczna. I zaczyna mnie poważnie niepokoić. Bo miał być normalny, fajny, spokojny wieczór, a tu ona taką zadymę nakręciła, że o mało co, a może mogłybyśmy musieć pójść siedzieć. Przynajmniej jedna z nas. Ale po kolei.

Poszłyśmy sobie do zaprzyjaźnionej restauracji  na wigilię Saint Patrick’s Day. Ja oczywiście pomna ostatnich doświadczeń oświadczyłam Jadwini, że jeśli tylko wypowiem słowo karaoke, to ona ma mnie zdzielić w pysk, buch do taksówki i wio do domu. I ona chyba tę moją prośbę trochę opacznie lub też fragmentarycznie zrozumiała. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

W każdym razie postawiłam sobie za punkt honoru się nie schlać i prawie mi się udało. O czym może świadczyć choćby niniejsza moja działalność, bo opisuję zdarzenia niemal w czasie rzeczywistym, nieprawdaż. Dobiega mianowicie trzecia, a jeszcze dwie godziny temu byłyśmy na pierwszej linii frontu. Ale do rzeczy.

Był miły wieczór. Ja sobie wyjątkowo odpuściłam amory, bo apriorycznie uznałam, że nie ma w lokalu ani jednej leszczyny zasługującej na moją uwagę. Zajęłam się tedy niespieszną konsumpcją, poprosiwszy uprzednio barmana, żeby pod żadnym pozorem nie lał mi więcej niż setę na godzinę.

Zbynio jest solidna firma i każdorazowo, gdy się do niego z podobną sprawą zwrócę, wywiązuje się koncertowo. Z zegarkiem w ręku. Dzisiaj było podobnie. Trzymałam się więc o jednym majonezie na godzinę, czas umilając sobie luźnymi rozmowami ze znajomymi. Oraz rozlicznymi nieznajomymi. A pogadać było z kim, bo się w ten przeddzień świętego Patryka zebrał w naszym lokalu ferajny kwiat.

Jadwinia sobie oczywiście przygruchała jakiegoś absztyfikanta, z którym, przez dobre dwie godziny przemierzała parkietu przestrzeń. Nasze trajektorie spotkały się dopiero kole północy przy barze. Ja już troszkę zagazowana, ale jeszcze w służbie narodu. Jadwinia dosyć już trafiona, ale za to wytańczona, więc może i trochę procentów po drodze zgubiła. Taką miałam nadzieję.

U Jadwiniowego boku oczywiście – z przerwami na wizyty w tualecie – trwał Arturek, czyli mojej psiapsióły najnowsza zdobycz. No i kiedyśmy tak sobie siedzieli we trójkę na tym barze, podżeglowała do nas jakaś taka fruzia w trudnym do określenia wieku, ale tak z dychacza ode mnie młodsza. I do tego Arturka mówi coś w stylu: długo się nie odzywasz, misiu, ale ja nadal czekam na telefon, więc możesz do mnie przyjść jutro, albo od razu dzisiaj, a w ogóle to czekam przed lokalem. A do nas nic, ani cześć, ani pocałujcie mnie w dupę… No, powietrze. Po czym odeszła, zaszczyciwszy nas na koniec pogardliwym spojrzeniem.

Ja tam luz, bo mnie sytuacja bezpośrednio nie dotyczyła, ale Jadwini na moment szczękę zmarmurzyło. Po czym wstała chwiejnie ze stołka, dogoniła dziewczę i… od tego momentu wersje się różnią. Bo na policji Jadwinia zeznała, że w chwili gniewu i wzburzenia tamtą lekko spoliczkowała, ale zaraz tego pożałowała.

Natomiast ja widziałam na własne oczy, że na zimno pociągnęła ją dwa razy z łokcia i jeszcze by poprawiła z laćka, ale się zrobił straszny rejwach, a zza baru wybiegł właściciel, który zaczął wrzeszczeć, panikować, machać komórką i tak dalej. Kompletnie facet nie zna życia nocnego wraz z jego rozlicznymi, nieuniknionymi meandrami.

Ten poprzedni zawiadowca restauracji, to miał jaja ze stali. Jakby się taka akcja zdarzyła za jego kadencji, to by się skończyło na szybkiej mediacji, paru dobrych argumentach oraz dwóch krótkich strzałach na zgodę. A po piętnastu minutach obie zwaśnione strony by przy barze zgodnie waliły drinki, nie pamiętając o całym ambarasie.

A ten nowy pizduś, zanim pomyślał, to już wezwał psiarnię, straż miejską i ambulans. Dobrze, że strażaki nie przyjechali pożarne… No i już nie było odwrotu. Ta małolata, co od Jadwini wyłapała, to się chyba znała na procedurach, bo się zaraz tą krwią z nosa umazała od stóp do głowy. A jak tylko policję zobaczyła, to się zaczęła słaniać, mdleć i mówić, że jej słabo i ciemno w oczach, czyli taki  program podstawowy.

W tej sytuacji Jadwinię niestety powieźli kibitką w nieznanym kierunku, ale jeszcze jej zdążyłam powiedzieć, żeby się nie martwiła, bo ja będę w swoim domu czekać pod komórą i że jakby jakiś większy smród się kroił, to niech dzwoni o każdej porze, a niezwłocznie zacznę coś działać.

Nie było jednak takiej potrzeby, bo przyjechała do mnie przed drugą, załomotała kolbą w drzwi, a następnie zasiadła, z radością przyjęła szklanę dżeka, po czym stwierdziła, że ją spisali i wypuścili, ale szału raczej nie ma. Bo tamta laska zamierza ją skarżyć, gdyż doznała złamania nosa i podobnież urypał się jej mostek, co go sobie niedawno zainstalowała w górnej klapie. Dowiedziałam się też, że gnojówa obdukcji jeszcze nie ma, ale jutro ma mieć.

Na takie dictum, chwilę pomyślałam, po czym wykonałam telefon do dyżurnego oficera dzielnicowej komendy policji, gdzie głosem najsłodszym z możliwych przedstawiłam się z imienia, nazwiska oraz wszystkich posiadanych tytułów. Profesji szczegółowej nie podałam, więc mogło powstać uzasadnione wrażenie, że trudnię się na przykład adwokaturą.

I, tonem w zasadzie nie znoszącym sprzeciwu, spytałam, czy w drodze wyjątku nie mogłabym otrzymać danych osobowych poszkodowanej z takiej a takiej akcji, gdyż moja klientka, działająca uprzednio w afekcie oraz wódczanej malignie, pragnie czem prędzej naprawić szkodę oraz zadbać  o stosowne zadośćuczynienie. Dodałam, że za wszelką cenę chcemy uniknąć komplikacji życiowych dla sprawczyni zajścia, a tym samym oszczędzić fatygi szanownej policji, i tak już nadmiernie przeciążonej ogromem spraw oraz zadań spoczywających na jej barkach.

Oficer dyżurny się najpierw trochę jakby zacukał, ale potem stwierdził, że ten ostatni argument, to w sumie do niego przemawia, a poza tym znana jest w kodeksach taka forma samoukarania oraz kompensacji strat. I że on, jako zwolennik nowoczesnych form sprawowania władzy, może nam poza protokołem powiedzieć, że gościówa się nazywa tak i tak, zamieszkała tu i tu, a jeszcze przypadkiem dysponuje on numerem komórczaka poszkodowanej. Zuch chłopak.

Znakiem tego, pewnie uda nam się sprawę zwekslować na poziomie mieszkaniowym. Tym bardziej że przy niedzieli zarówno psiarnia, jak i lekarze nie będą się zbytnio palić do rozmaitych obdukcji, tudzież zakładania akt sprawy. Ale profilaktycznie zadziałać musimy, żeby nam się z rąk przypadkiem co nie wymkło.

Chociaż nie sądzę, żeby do jakiejś sprawy sądowej czy innych perypetii prawnych doszło. Jest bowiem taka stara zasada, która tutaj znajduje, moim skromnym zdaniem, szczególne zastosowanie. A brzmi ona:

Kurwa kurwie łba nie urwie.

Wciąż nie mam czasu, by tu posadzić tę obiecaną notkę o Haneczce, ale nic nie poradzę. Jest to w zamyśle epicka opowieść, której ukończenie wymaga ode mnie sporo pracy oraz przejrzenia materiałów źródłowych. Więc może za dzień albo dwa, dobra? Tymczasem krótki szkic o tym, co mnie się dzisiaj przydarzyło w biurze.

Otóż kole południa przyszedł w charakterze interesanta taki przyjemny pakerek. Nie za młody, nie za stary, a w sam raz. Kulturalny, ułożony, wysłowić się umiał, a na dodatek bardzo przyjemnie waniał. Chyba jakimś Muglerem. No, nieistotne. W try miga zrobiliśmy te jego kwity i się – nie wiedzieć kiedy – zawiązała rozmowa taka jakby prywatna. O stylach życia, sporcie, aktywności fizycznej i takie takie.

I on w pewnej chwili mówi, że zaprasza do siebie na salę, na treningi tekłondo. A gdy mimowolnie parsknęłam, to powiedział, że nic to nie jest śmiesznego, bo poza sekcją regularną, prowadzi on także zajęcia rekreacyjno – ruchowe dla młodzieży starszej, żeby nie powiedzieć – trzeciego wieku. Rozmaite skoki, biegi, pompki i inną gimnastykę, a gdy to komuś odpowiada, to może przejść do tych wszystkich wymyków i kopaniny oraz całej tej nawalanki.

No i spodobał mnie się ten pomysł. Już sobie zaczęłam w głowie komponować odpowiedni strój sportowy i snuć rozmaite fantazje na temat samego trenera. Ale się go jeszcze, tak dla pucu spytałam, czy on naprawdę uważa, że to jest odpowiednia dla mnie dyscyplina. Bo mam w sumie tyle a tyle lat (pięć odjęłam), ze sportem kontakt dość luźny, niewielkie doświadczenie i tak dalej.

A on mi na to z uśmiechem sunie, że ależ oczywiście, że to jest bardzo fajna grupa, zgrana i wyrozumiała. I że ćwiczenia są starannie dobrane i dostosowane do możliwości uczestników. Oraz że atmosfera jest miła i bezstresowa. I że jego dziewczyna chodzi na te treningi od prawie trzech miesięcy i bardzo jej się podoba

No, skoro jego dziewczyna też tam chodzi, to już się, kurwa, rozpędziłam…


  • RSS