Jadwinia to jest szybki lopez.
W ciągu czterech godzin zdążyła się napić, obrazić na mnie, wyjść, wrócić i narzygać do mojej niebieskiej miski. Bo dzisiaj to ja byłam sprajt, a Jadwinia pragnienie.
Oczywiście Jadwinia wszystko robiła w zielonym kapelusiku i koszulce Del Pierro. Potem narzuciła na siebie mój szlafrok i zgasła przed telewizorem. A jeszcze wcześniej oglądałyśmy „Oficera” i Jadwinia krzyczała, żeby nie zabijać Granta, bo on jest facetem Magdy M. i ona będzie strasznie płakała i ich zniszczy, tych wszystkich Kruszonów. Oczywiście do tego poleciało tysiąc kurew, chujów i spierdalajów. Jak to Jadwinia.
Teraz śpi. A ja sobie zasiadłam przed kompem jak hrabina i zaraz sobie pożyczę z pudełka Jadwini drugie piwo. Taka jestem.
Ale jutro będę chora…

Na koniec zagadka – co ja mam w tej chwili na głowie?

Pokazałam dziś Jadwini na Świerczewskiego tego Piotrunia, co mnie w piątek poderwał, a potem zanudził na śmierć i porzucił, czyli o mnie zapomniał. Jadwinia powiedziała, że go świetnie zna, tylko w piątek nie poznała, bo wiadomo.
I zdaniem Jadwini, dobrze się stało, że chłopak się wtedy zawiesił, bo to drań i podrywacza kawał. I jakby co do czego przyszło, to by mnie owinął wokół palca i zmarnował mi życie.
Hłehłerechłe. No, przepraszam. Ta Jadwinia to niby jest nowoczesną dziewczyną, która pracuje w nowoczesnej, europejskiej, skomputeryzowanej instytucji, ale teksty to ma czasami jak z Poradnika Domowego.
Zdziwiłby się Piotrunio – gawędziarz, kto by komu życie zmarnował.

A w ogóle to mamy z Jadwinią szatański plan na wieczór. Bo w naszym skrzydle we firmie jest jakieś przeprogramowanie systemu i dostałyśmy Dwa Dni Urlopu. Płatnego, ma się rozumieć. Who-is-the-king przysięgał i bił się w pierś, że płatnego. Więc się dziś u mnie zamierzamy natrąbić.
Ten, jakże oryginalny plan zrodził się w drodze z roboty, kiedy to Jadwinia dostrzegła na statoilu wielgachne pudła heinekena – sześć piw plus kapelusz. Nie wiem czy wypijemy po sześć, ale to chyba oczywiste, że musiałyśmy mieć DWA kapelusze. Więc dwa pudła są już u mnie w kuchni, a Jadwinia pojechała do swoich starszych coś obgadać. Ja wiem co, ale nie jestem plotkarą. Powiem, jak już się samo rypnie.

Jak znam życie, to Jadwinia będzie chciała w tym heinekenowym kapeluszu wracać do domu, ale to nie jest jeszcze najgorsze. Bo mamy dodatkowy projekt, żeby się przebrać w koszulki piłkarskie, które kupiłyśmy sobie w maju na targach w Pradze. Ja – Del Pierro, a Jadwinia – Zidana. I dziś premiera.

Idę sprzątać, bo mam niedobre wrażenie, że kot coś walnął poza kuwetą.

No i wtedy do naszego stolika podżeglował jakiś taki kolega Bogu-nie-miłej, grzecznie się przywitał i coś tam zaczął jej opowiadać. Ale bez przerwy lampił na mnie, no chyba że mi się zdawało.
W tym czasie, na poziomie sztabowym zapadła decyzja, żeby jednak jeszcze gdzieś na jednego pojechać. Gdzieś z tańcami, a ja za tańcami bardzo, tak nawiasem mówiąc. Aż tu wtem nagle, kiedyśmy się już zbierały do odejścia, ten Bogu-nie-miłej koleżka pobrał ze stolika wafelek od heinekena, coś tam szybko napisał i mi wręczył.

Nie jedź z nimi, zostań tu ze mną, potem cię odprowadzę do domu, proszę – przeczytałam na otoku wafelka.
Ja, jak wiadomo, jestem gupia pizda, która takie końskie zaloty łyka bez popitki. I to „proszę” na końcu tak mnie jakoś ujęło. A ponadto, tego wieczoru byłam już taka trochę, hmmm, interesowna. Więc się zgodziłam. I tamte piczki pojechały na dancing, a ja zostałam z Piotrusiem (sic!) przy stoliku.

Co za porażka. Facet w ciągu pół godziny doprowadził się do konsystencji galaretki agrestowej. Co najmniej pięć razy powiedział mi, że takie głosy jak Marka Lanegana to Bóg rozdaje osobiście. Usiłował mi też opowiedzieć swoje nieudane spożycie z byłą żoną, ale mu nie pozwoliłam.
A tak się fajnie zapowiadał. Nie za młody, nie za stary, schludnie zrobiony na chłopaczka z sąsiedztwa. Ale takiego z ambicjami.
A tu taka padaczka. Leszczyna. Po raz kolejny, kurwa, leszczyna.
Uf, skończyłam.

Po odejściu hazardzisty, na kwadrans zrobiło się trochę gęsto i rozgorzała społeczna debata, czy iść dalej w tango, czy też powoli trąbić odwrót.
Mnie to osobiście waliło o tyle, że chwilowo jestem wolna jak taczanka na stepie i poza kotem, nikt na mnie nie czeka. A kotu, przed wyjściem z domu, przemyślnie nawaliłam do miski trzy saszetki jedzenia. I pół kuwety piasku, co jest o tyle bez znaczenia, że jeśli by tylko chciał to i tak by nalał do palmy albo do koszyka z gazetami. Norma.

Tyle ja. Natomiast reszta zaczęła się intensywnie zastanawiać. Bo na Agatę czekał mąż-nie-mąż, do Jolandy wydzwaniał takich jeden upierdliwy, który chciał ażeby ona natychmiast wracała do domu, natomiast Bogu-nie-miła od początku źle się bawiła, pić nie chciała i mnie swoimi humorami zaczynała z wolna podkurwiać. Nazwijmy rzecz po imieniu.

Reasumując, miałam dobrą pozycję startową, bo Jadwinia, choć teoretycznie nieskrępowana matrymonialnie, to na moje niewprawne oko, na ten wieczór miała już dosyć. Więc podejmowałam heroiczne wysiłki żeby Jadwinia nie wprowadzała już kolejnego u-bota, bo to by się mogło skończyć zwyczajową próbą zrobienia striptizu, ściąganiem jej ze stołu, wrzucaniem widłami do taksówki i całonocnym czuwaniem nad Jadwinią rzygającą do żółtej miski.

Przed godziną jedenastą byłyśmy już nawalone w dym. Bo po pierwsze – była ku temu niebywała okazja, po drugie – Jadwinia przypomniała sobie o takim harcerskim wynalazku jak u-boty, a po trzecie – Jadwinia zorganizowała skręta. Jednego na nas pięć, ale wystarczyło i był to przedostatni papiak do naszej zbiorowej trumny.
I wtedy się pojawiła Pierwsza Leszczyna, przyjęta przez pijane baby jak jakiś Mesjasz. Leszczynie było na imię bodajże Łukasz i się ten Łukasz spalił w przedbiegach, bo się dowiedział, że Jadwinia w listopadzie wyjeżdża do Australii i chciał się zakładać, że nigdzie nie pojedzie. Bo on tak zadziała, że nie pojedzie.

Na takie diktum Jadwinia troszkę ochłonęła i jakby przetrzeźwiała, po czym spytała leszczynę, co on tu sobie kurwa wyobraża. I dodała żeby spierdalał w podskokach. Bo to nie jest jakiś targ wielbłądów i że z nią trzeba najpierw pójść do łóżka, a potem proponować kawę, a dopiero potem decydować o jej życiu. Czyli Jadwini ulubiona odzywka.
Zdziczał, po czym się zmył.

Zacznę od końca. Czyli od piątku, który skończył się w sobotę. Koło południa, we firmie wyjaśniła się pewna bardzo ważna dla naszego oddziału sprawa. Otóż dwa tygodnie temu, moja koleżanka Karolina, w pięknym stylu spaprała pewną transakcję, co nas w efekcie trzepnęło na okrągłe trzydzieści pięć tysięcy w nowym polskim złocie.

Who-is-the-king, w pierwszym odruchu oznajmił Karolinie, że zapłaci ona z własnej kieszeni i tak dalej, ale potem skruszał i właśnie w piątek uroczyście ogłosił, że wszystko dobrze, że stratę udało się zminimalizować, że wrzucimy to w koszta, a Karolina musi na przyszłość uważać, bla, bla, bla…

Karolina się nagle poczuła posiadaczką trzydziestu pięciu kawałków z odzysku, toteż zaprosiła naszą pakę na picie z radości. Nieśmiało zaproponowałam, że skoro Who-is-the-king był taki miły i łaskawy, to może by poszedł z nami, ale mnie zabito stadnym śmiechem.
Tośmy poszłe same.

A uprawniona do jeżdżenia po leszczynie czuję się aż nadto. Bo żonata byłam dwa razy, z czego raz krótko. Ponadto bez przerwy się wikłam w różne historie, mniej lub bardziej zobowiązujące. Ale raczej zobowiązujące, bo ja to jestem taka niby cwana, ale jeszcze bardzo nierozważna i romantyczna. I se dużo obiecuję, a potem mi się nagle oczy otwierają.

I może lepiej, że mieszkam w mieście większym, niż Hale (to tam, gdzie Dżulia Roberts ciągle nawiewała sprzed ołtarza), bo też bym pewnie była postrachem spokojnych domostw. I też by o mnie mówili, że odpuszczam tylko koralowcom.

Mam na imię Elka, lat dużo, stałe zatrudnienie w sferze budżetowej, względnie niezależna finansowo. Prawo jazdy – tak, fura – nie. Posiadany lokal mieszkalny wynajmowany, ale niedługo będzie własny. Piję, palę i przeklinam.
Założyłam pamiętnik, bo pragnę do woli pojeździć sobie po LESZCZYNIE.
Czyli facetach.
Przygotujcie się, Siostry i Bracia.


  • RSS