Dobra, już jestem. Trochę mnie zassało, gdyż miałam tu małą sodomię z pogorią. Ale wszystko pochytałam. To teraz do rzeczy. Jadwinia zwala wszystkie telefony od Wczasowego. Stwierdziła, że nie będzie mu ratować małżeństwa, bo ma ważniejsze sprawy na głowie. Gdyż się intensywnie leczy. Ha, trochę od niej ta kuracja wymaga wyrzeczeń. Sami rozumiecie. Przede wszystkim wskazana jest nieprawdaż wstrzemięźliwość, co Jadwini przychodzi najtrudniej, gdyż jest z niej legendarna swędzibrocha, co już Szanowni Czytelnicy niejednokrotnie mieli okazję zaobserwować.

Z początku ją nosiło straszliwie i właściwie to nie nadawała się do życia społecznego, albowiem znajdowała się w stanie permanentnego wkurwu. Po tygodniu poszła jednak do zaprzyjaźnionego szrinka, któremu wyłuszczyła złożoność swojej sytuacji i poprosiła o wyznaczenie pokuty oraz rozgrzeszenia. I wypisanie recepty na jakiś brom.

Teoretycznie w trakcie kuracji można teges, ale w przypadku Jadwini występują trzy przeciwwskazania. Po pierwsze, organicznie nie toleruje ona gumek. Woli wcale. Po drugie, twierdzi że ma uraz psychofizyczny, połączony z nieuzasadnionym przekonaniem, że tam  się nadal coś babrze, jątrzy, cieknie, puchnie, swędzi i ropieje. Po trzecie – nie godzi się podawać zarazy dalej, a zabezpieczenia niestety odpadają. Patrz punkt pierwszy.

Ja na szczęście nie dopuszczam do podobnych sytuacji. W związku z czym uwikłałam się ostatnio w krótkodystansowy, ognisty romans z silnym podtekstem erotycznym. Ale po kolei. Ja jednak jestem dziewczę jarmarczne i wszystko co w moim życiu najpiękniejsze rozgrywa się w sceneriach połączonych z dniami miasta, latami agatowymi, świętami ceramiki i podobnymi chamskimi spędami.

Na jednym z takich kolorowych jarmarków zapoznałam koleżkę, tradycyjnie z niższej grupy demograficznej, ale to chyba oczywiste, że nie rozglądam się za chłopcami z mojego rocznika. Którzy albo już brzuchaci, albo stosownej mocy na wtryskarce nie posiadają, ewentualnie weekendy mają zajęte opieką nad wnukami. No, taka prawda.

Ja już to chyba kiedyś mówiłam, że na przestrzeni lat wyrobiłam sobie taki instynkt łowcy. I od razu wiem, czy seks będzie dobry, czy też się wpierdolę w jakieś emocjonalno – neurotyczne korowody.

Nie wiem, czy Wam opowiadałam. Napotkałam kiedyś dawno – nie wiem, z piętnaście lat temu – fajne ciacho, naprawdę super mięso, czułam to każdą komórką ciała. Kroiła się wielka przygoda, dlatego nie zrażałam się faktem, że koleś jakby taki trochę chłodny był w obejściu, żeby nie powiedzieć że tekturowy.

Ściągałam go na chatę chyba z dwa tygodnie, bo póki co twardo się ze mną ustawiał w okolicznościach restauracyjnych, ewentualnie przyrodniczych. Jak już go zatrzasnęłam w alkowie, to mi powiedział, że spoko, że też na mnie w sumie leci, ale jest pewien problem. A mianowicie łyka jakiś prozak, w związku z czym kompletnie nie odczuwa tak zwanego popędu. I że musi odstawić tabletki, wypłukać się i dopiero potem obadamy.

A że mnie rajcował nieprzytomnie, tedy poszłam na taki układ. Mieszkaliśmy razem, te klimaty, ale kolo potrzebował trzech długich jak wieczność tygodni żeby zaskoczyć. Ja w tym czasie dostawałam wścieku mózgu i nie mieściłam się w sobie. We firmie zwolniłam cztery osoby i w ogóle zrobiłam tam pogrom oraz rzeź niewiniątek. Ale czekałam.

Warto było, bo w istocie potem daliśmy czadu i generalnie opłacało się czekać. Dwa fajne lata potem byliśmy razem zanim się zesrało. Niczego nie żałuję i tak dalej. Ale postanowiłam, że nigdy więcej takich szopek. Jak mnie chcesz, to mnie bierz. Ale dzisiaj.

To nie krakowska podsuszana żeby ją wędzić przez miesiąc.

 

Pan z Wczasów, to albo nie taki nieosiągalny jest, albo bardziej kumaty i zaradniejszy od Jadwini. W każdym razie namierzył ją i żąda wyjaśnień. Bo ma objawy jak Buła, tyle że razy pentylion. I też jest zesrany z niepewności, też czeka na wyniki i też mu świat runął na głowę.

Bo na tę Teneryfę pojechał solo w ramach tak zwanego wyjazdu służbowo – integracyjnego. Po czem wrócił do domu i postanowił żonie swojej zrekompensować tygodniową nieobecność. A że moc na wtryskarce posiada niczym sierżant sztabowy Bogdan Petrycki z Drogówki, tedy fikali powitalnie ze trzy dni. Po czym stało się to, co miało się stać. Czyli jego baba złapała tego, jakże malowniczego syfa. I to podobnież z wybitnie upierdliwymi powikłaniami.

I ten burak to wszystko Jadwini detalicznie opisał w mailu, a następnie powtórzył w rozmowie głosowej. I teraz prosi o pomoc w zwekslowaniu sprawy. Taki kolo.  Nie smuci się, że jaja ma jak arbuzy. Nie trapi go, że może być ślepy, głuchy i bez władzy w kablach. Nie. Tylko go interesuje, jak u baby swojej nie umoczyć i jak się w miarę na miękko z ambarasu całego wywinąć

Bo nie powie przecież, że lał pod wiatr.

Jadwinia przywiozła z Teneryfy chlamydię. To znaczy nie wie, czy konkretnie z Teneryfy, bo defakto  na chwilę obecną obstawia dwóch panów. Jednego z wczasów i jednego sprzed. Ale po kolei.

Podobnież źle się poczuła już w trakcie pobytu, a objawy osiowe były do tego stopnia dokuczliwe, że uniemożliwiły ewentualne dalsze harce. Żeby było śmieszniej, to jej to gówno weszło w stawy, tak że chwilowo nie może utrzymać w ręku długopisu, że o kuflu nie wspomnę.

Chlamydię zdiagnozować na sto procent, to nie jest taka prosta sprawa. Jadwinia oczekuje właśnie na wyniki badań specjalistycznych, ale jej lekarz twierdzi, że biorąc pod uwagę pełny zestaw dolegliwości, to raczej chwyciła na bank.

Pan z wczasów jest średnio osiągalny. Jakiś bizmesmen ze środkowej Polski. Jadwinia ledwo pamięta jego imię, natomiast nazwisko jakoś się nie zgadało. Za to drugi kandydat jest osiągalny w pełni i ja chyba nawet wiem, o kogo chodzi, ale Jadwinia nie chce potwierdzić. Jedno jest pewne – jeśli to ten dżentelmen jej podał robaka, to podzieli on wkrótce los Mirelki. Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.

Tu mi się przypomniała taka historia z przeszłości. Otóż mój pierwszy mąż, za kawalera zatrudniony był w szpitalu dla nerwowo chorych, gdzie odbywał zastępczą służbę wojskową. Poniewierali nim oczywiście jak burą suką, w związku z czym dostawał najgorsze zadania bojowe z najplugawszym elementem przestępczo – alkoholowo – psychiatrycznym. Którym się musiał zajmować w charakterze nadzorcy. Nie bójmy się tego słowa, choć  oficjalnie nazywało się to instruktor zajęciowo – rekreacyjny. Nieważne.

Podlegający Andrzejkowi element miał silną tendencję do snucia długich gawęd z wolności. Największym gawędziarzem był niejaki Buła, pochodzący gdzieś z Dolnego Śląska Cygan – kryminalista, łagodny olbrzym gęsto pokryty tatuażami oraz sznytami. Tenże Buła dnia pewnego, podczas poobiedniego relaksu na ławeczkach przed oddziałem zasunął słuchaczom następującą historię.

A było to tak, że kilka lat wcześniej udał się ten Buła w towarzystwie mięszanym na jakąś imprezę plenerową. Czyli z bełtami w krzaki. Gdzie, w trakcie spożycia doszło do amorów. No i stało się to, co miało się stać. Jakiś czas potem Buła, ze spuchniętym i obolałym przyrodzeniem stanął przed obliczem lekarza w przychodni rejonowej, gdzie podobnież miejsce miał następujący dialog:

- No, co tam znowu, Buła?

- A sikałem pod wiatr, panie doktorze, i coś przyleciało.

- Nazwisko wiatru, Buła, i będziemy dalej leczyć.

To taka luźna dygresja mi się nasunęła apropos Jadwiniowego kłopotu. A Jadwinia, to swoją drogą przyzwoita i porządna dziewczyna jest. I martwi się nie tylko o swój los, ale również o los innych osobników, których mogła pozarażać w tak zwanym międzyczasie. Bo jak sama przyznaje, nie była w ostatnich tygodniach zbytnio monogamiczna.

Mnie natomiast tych jej wszystkich kolesi nie żal, bo – jak mawiał mój nieodżałowany wujek Rysiek – tak to już jest, jak się z chujem po prośbie chodzi.

I na tym zakończymy.

Odezwę niniejszą kieruję do wszystkich spryciarzy, którzy próbują się ordynarnie reklamować w komentarzach. Technicznie wygląda to tak, że wciskacie jakiś uniwersalny koment typu hłe, hłe, dobre, niezła sprawa  tudzież podoba mi się. A po stronie podpisu jebut dwa adresy, cztery maile biznesowe i wizytówka firmy typu studio paznokcia albo sklep wielobranżowy basia.

Muszę Was zmartwić, robaczki. To się nie wyświetla na stronie. Więc dajcie se siana, przestańcie udawać zainteresowanie i nie szukajcie głupszego od siebie.

Jestem za stara dupa na takie podchody.

Kojarzycie taką Mirelkę, co się kiedyś tak pruła o tego Arturka, podczas gdy niby miała jeszcze jednego faceta we wojsku na misji? Wypadek się jej zdarzył przedwczoraj. Aż chciałam opowiedzieć o tym Jadwini, ale ona jest od tygodnia na Teneryfie. I się kompletnie do niej dodzwonić nie mogę. A esemesy mi wracają. Nieważne.

No więc Mirelka się podobnież przewróciła na basenie, czy tam na rowerze, niezbyt dokładnie słuchałam. Jakoś tak niefortunnie upadła, że sobie tak ciałem przygniotła lewą rękę. I się ta ręka jej złamała. Oraz trzy zęby. Jeden całkiem, a dwa to tylko popękały. Ale one to już wcześniej słabe były, pamiętacie? Tam nawet lekarz sugerował jakieś prace protetyczno – zapobiegawcze. Widocznie nie zdążyła.

Trzeba, kurde, o zęby dbać, bo to potem są wciąż nowe z nimi kłopoty. Ja kilka lat temu wsadziłam w paszczę parę tysiów i mam spokój.  A ta Mirelka się wciąż użera. Ale już nie jest w szpitalu, tylko w domu. No, nieważne.

Patrzę ja wczoraj, a tu na fejsie cały czas mam status w związku. Kurde, w jakim związku? Chyba mnie wtedy pogięło, że tak ustawiłam. Poza tym niezgodne z prawdą, bo Zbigniewa, to już moje piękne, orzechowe oczy od prawie tygodnia nie widziały. I nie chcą oglądać. A tu długi weekend się zaczął, nieprawdaż.

Coś by trzeba namotać.

Jestem od kilku dni nie w sosie. Zawaliłam parę terminów, cofnęli mi dwie wyceny, no wszystko się pierdoli. Było kilka miesięcy spokoju i porządku w papierach, ale od kiedy – zamiast siedzieć na dupie i robić robotę – zaczęłam się bawić w wyciąganie Jadwini z kryminału, silnie się moje interesa skomplikowały.

Prywatnie też bryndza. Coś się ten Zbigniew zrobił strasznie czerstwy. Widzieliśmy się z pięć razy po tym Amsterdamie, nawet ze trzy razy u mnie kimał… Ale nie ma w tym, kurczę, żaru. Tak się czuję, jakby do mnie kuzyn przyjechał z Nowego Targu. Przychodzi, snuje się po kwadracie, to se telewizję poogląda, to gazety stare poczyta, albo dajmy na to leży półtorej godziny w wannie.

A taki jakiś bez inicjatywy, że mnie krew zalewa. Zrypał się na przykład przedwczoraj dolnopłuk. To trudno, zrypał się. Będzie spłukiwał miską. A to tylko jedna, gówniana uszczelka była do wymiany… Czterdzieści sekund mi dziś zajęła naprawa.

Albo na przykład mówię mu, że nie ma mleka na rano do kawy. Trzydzieści metrów do sklepu, no w laczkach można pocisnąć. Nie, kurwa, za wielka fatyga. Bez mleka będzie pił, albo sobie skondensowane wygrzebie gdzieś z dna lodówki.

Najbardziej mnie jednak razi, że jest taki nieokrzesany. Ja tam specjalną purystką językową nie jestem, ale Zbigniew ma odzywki oraz słownictwo wybitnie knajackie. Przyznaję, że mnie to nawet z początku bawiło, szczególnie kiedy się znajdowałam pod wpływem. Natomiast po trzech dniach wspólnego przebywania trochę mi zaczęło zgrzytać. Te wszystkie kawiany, winczana, szczelenie sobie piffa, odcedzanie kartofelków, nachy oraz inne sztany. Jak również informowanie mnie przed wizytą w kiblu, że zabawi dłużej, bo musi walnąć kupalo.

No, kurwa, ja już się zadawałam z rozmaitymi szemranymi typami. Bywało, że nawet wykształconymi dość powierzchownie. Ale żaden mi nie mówił, że idzie walnąć kupalo. No wszystkiego mi się odechciewa, włącznie z seksem, kiedy on mi zasunie taką kotłowniacką gadkę. A wydaje mu się przy tym, że jest niesamowicie zabawny oraz gładki…

Tak sobie myślę, że trza tego Zbigniewa pognać.

Dobra. No więc spakowaliśmy się w try miga, po czym się na moment zarysowały różnice w podejściu do kwestii, czym jedziemy. On się upierał, żeby wziąć jego clio, bawiąc mnie przy okazji sucharami typu: to super bezpieczny wóz, bo jak w wolwiaku – strefa zgniotu kończy się na silniku. Zajebiście śmieszne. Jeszcze mógł dodać, że gałka od biegów zmieniona, bo Niemiec sygnetem podrapał. No, ale mniejsza.

A taka byłam rozkochana i cała w skowronkach, że nawet nie skojarzyłam, że on mi proponuje wyprawę na drugi koniec świata jakimś clio. Tym bardziej że z kontekstu wywnioskowałam, że auto raczej z epoki napoleońskiej. Dopiero mi się po chwili myślenie włączyło i mówię mu, że raczej pojedziemy moim, no bo bez przesady. Dobrze że mi nie wyskoczył z jakimś punto.

I tylko sobie na boku dyskretnie dmuchnęłam w alkomat, żeby się zorientować, na ile jestem jeszcze łatwopalna po wczorajszym. Ale Wam powiem, że pasza treściwa podawana do picia robi swoje, bo nadmuchałam jakieś marne zero dwa. I git – pomyślałam – do południa się wywietrzę całkowicie. Tośmy pojechali.

Oczywiście o żadnej zabawie w zmienników mowy być nie mogło, bo – jak pewnie pamiętacie – za kółkiem mojego foresterka mógłby warunkowo zasiąść inny kierowca wyłącznie w przypadku, gdybym ja uprzednio postradała wszystkie cztery kończyny. Rozgadawszy sobie ze Zbigniewem tę okoliczność, ruszyliśmy w chwilowo nieoznaczonym kierunku. Zgodnie z planem, w pobliskim zajeździe Basia  zaordynowaliśmy po kawie, po czym Zbigniew wyjął z kieszeni piątkę i powiedział: orzeł to Wenecja.

Wypadła reszka.

I teraz już w krócaku, bo nie zamierzam tu pisać przewodnika turystycznego po Amsterdamie… A więc. Ja jeździć lubię, zgoda. Ale czternaście godzin za kółkiem trochę mnie skatowało. Dystans, kuźwa, dystans. Skąd ja miałam wiedzieć, że do Amsterdamu jest tysiąc trzysta kilometrów? A jeszcze ten pilot z bożej łaski przegapił zjazd, w efekcie czego zajechaliśmy prawie pod francuską granicę. No, może przesadzam, ale ze dwieście kilosów nadłożyliśmy. Nieważne.

To teraz wnioski końcowe. Nie pyliło się grzać paręnaście godzin (w jedną stronę) w dzikim trafiku, żeby potem siedzieć kołkiem w pokoju hotelowym, wyskakując raz dziennie po jakieś butelki oraz lolki. A wydaje mi się, że Zbigniewowi takie wczasy to bardzo by odpowiadały…

Ale jak ja bym taką majówkę chciała, to bym pojechała nad jeziorko, co jest piętnaście wiorst od mojego domu. Albo na tak zwane Karaiby, czyli podmiejski ośrodek kempingowy. Też z dychacza maksymalnie od naszej mieściny.

Gdybym nie naciskała, to pewnie byśmy przesiedzieli całą majówę pijąc, paląc i się kotłując. Niestety, choć się to Zbigniewowi średnio podobało, zmuszony był ze mną odbyć parę wycieczek po mieście. Choć szczerze powiedziawszy, to nie zauważyłam u niego jakiegoś większego entuzjazmu. I tak przy całej miłości do niego, to sobie nawet raz pomyślałam, że skoro kogoś nie jara dzielnica czerwonych latarni po zmierzchu, to jest jakiś lewy.

Podobnie jak go w ogóle nie grzało pływanie łódką po kanałach, że nie wspomnę o gokartach. Myślałam, że stworzymy jakiś dream team i rozpierniczymy konkurencję w drzazgi. Ale to chyba nie ze Zbigniewem, który jeździł z zawrotną prędkością pięć na godzinę i bez przerwy wbijał się w te wszystkie opony oraz barierki, w związku z czym techniczni co chwilę go musieli wpychać z powrotem na tor. I w ogóle, to wyprzedzili go wszyscy. Nawet ci, co wystartowali godzinę po nas. Ale nieważne.

W sumie było fajnie i nie ma co narzekać. Ja nie od dzisiaj wiem, że wymagania mam jak osrana księżniczka i bez przerwy czekam na księcia z bajki. Toteż tak tylko dla zasady krytykuję tego Zbigniewa. Oraz z wrodzonej upierdliwości.  Bo w sumie, to się przecież chyba starał, nie? Chociaż, czy się aż tak bardzo starał…? No nie wiem. Mniejsza o to.

Wracało się trochę ciężko i z lekka niewdzięcznie, bo Zbigniew po pierwsze – strasznie był zmęczony całą tą majówką, a po drugie – na drogę zabezpieczył sobie kilka piwek. W każdym razie ostatnie osiemset kilometrów przespał, podczas gdy ja się wkurwiałam na te wszystkie korki, zjazdy, objazdy i jeszcze dzikszy ruch, jak w tamtą stronę. Bo oczywiście miliard osób wracał do domu po weekendzie. Nieważne.

Dojechaliśmy bladym świtem, więc Zbigniewa odstawiłam pod jego dom, sama zaś z dziką rozkoszą dotarłam do swojego apartamentu, gdzie w ubraniu dałam po sprężynach i przespałam ze szesnaście godzin. A co się przebudziłam, to czułam, że nadal jadę po tych cholernych autostradach. I bałam się zamknąć oczy, bo wciąż miałam stresa, że przy prędkości dwieście dwadzieścia spowoduję pięćdziesięciosamochodowy karambol. No cóż, lekkie przetrenowanie. Mistrzom kierownicy też się zdarza.

A co do Zbigniewa, to jutro się mamy spotkać znowu, bo w tym tygodniu, to się tak raczej mijaliśmy. A to ja byłam trochę zarobiona, a to on gdzieś wybył służbowo na parę dni, samo życie. Parę esemesów wymieniliśmy, ze dwa razy pogęgaliśmy przez telefon i to raczej wszystko.

Jak się co nowego w tym temacie urodzi, to oczywiście niezwłocznie doniosę.

Narka.

 

 

Dziękuję wszystkim serdecznie za sugestie w temacie majowego wypoczynku. Ale mnie się niespodziewanie zmieniły plany, zapatrywania, płyny ustrojowe, optyka oraz wszystko inne, co się tylko zmienić może. Bo w przeddzień majówy poznałam Faceta Mojego Życia. Kolejnego. Ale od początku.

Poszłam więc w zeszły poniedziałek na jakiegoś zdechłego drinka, ażeby odreagować biurowego stresa, nieprawdaż.  I się jakoś tak zaraz potem, w tym samym lokalu gastronomicznym zmaterializowała bardzo interesująca leszczyna. Tak se początkowo pomyślałam. Że leszczyna. Ale po jakimś czasie odszczekałam pod stołem. Z przytupem. Bo się gościu okazał kulturalny, obyty, kumaty i w ogóle ewenement. Wypadki poszli lawinowo. Jak nie u mnie.

Najpierw trochę jeszcze pogadaliśmy, nieśmiało pofiltrowaliśmy, spożyliśmy kwaterkę okowity, a potem to już z buta do domu (dobrze że z buta, bom zdążyła nieco się przeluftować i stwierdzić, że decyzja jest to mądra, odpowiedzialna i przyszłościowa. A nie upita, emocjonalna i swędzibrochowata.

Na chałupie koleś mi się zachował wzorcowo, spożył przepisowego drinka, po czem wziął mnie w ramiona. I wyobracał tak, że mi świat zawirował. Powaga. Nie jakiś chłystek czy szybki kochanek spod karuzeli, tylko znawca tematu. Że tak to ujmę.

A rano mnie obudził kawą do łóżka i w krótkich, żołnierskich słowach oświadczył, że szkoda życia i jadymy w pizdu na majówkę. Po czym żeśmy znowu trochę poskakali, po czym mnie Zbigniew pozostawił bez życia, dodając na koniec, że on teraz idzie do tualety, a ja sobie w tym czasie mam pomyśleć DWA miejsca, dokąd bym chciała bryknąć right now. W ramach rozsądku oczywiście, a nie jakieś himalaje, kanary czy inne nowe jorki.

Gdy już trochę złapałam oddech, a Zbigniew w międzyczasie dopełnił ablucji, to mnie wtedy spytał, co to za miejsca sobie umyśliłam. Więc mu powiedziałam, że tak w ramach rozsądku oraz right now, to może Amsterdam i Wenecja. W Wenecji nie miałam dotąd przyjemności gościć, ale jakaś taka mnie nagle dopadła iluminacja. Dla odmiany w Amsterku, to byłam raz na sylwestrze. Zajebioza. W całym mieście grało Happy New Year  ABBY, waliły petardy oraz inne armaty i w ogóle zadyma na maksa.

Niewiele co prawda pamiętam, bo kole jedenastej, w barze nad kanałem zaczęłam wprowadzać dziwnie podstępne drinki. Które mi się jeszcze przed północą tak skumulowały, że nadejście nowego roku mej uwadze jakby nieco umknęło. A w każdym razie zeszło na plan dalszy…  Coś tam się darłam z ludźmi pod Parlamentem, potem jeździłam na łyżwach, potem żeśmy się teleportowali na jakieś party do Utrechtu. Ostatni fragment gry znam tylko z opowieści, bo dojechałam w stanie zawiesiny, ale nieważne.

Więc mówię Zbigniewowi, że skoro już pyta, to Amstek albo Wenecja. A on mi na to, że się w takim razie zbieramy, za godzinę jesteśmy na trasie, potem stajemy na kawiana w pierwszym lepszym przydrożnym zajeździe. Gdzie rzucamy piniondz, któren pokaże, dokąd mamy się skierować…

 

Strasznie mi się ta opowieść rozwlekła oraz wymknęła spod kontroli i w sumie to końca nie widać. A że się akurat gdzieś spieszę służbowo, tedy pozwólcie, że jutro dokończę.

W porywach pojutrze.

yo

7 komentarzy

Chorowaliście kiedyś na migreny? Takie autentyczne… Ja pierdzielę, to jest apokalipsa i armagedon. Kurwa, światłowstręt, mroczki, iluminacje plus nieopisany ból twarzoczaszki. Z zębami, uszami, oczodołami i węzłami. Mówi lekarka, że jak już zaczęłam, to mi zostanie jako stała predyspozycja. Wypisuję się. Ale dobra, bo ja w sumie to nie o tym.

Weźcie mi podpowiedzcie jakieś fajne miejsce na Majówkę, bo kompletnie nie mam pomysła. Tak ze trzy dni, w porywach do pięciu. Ale żeby nie jakieś festyny, karkówki, wata cukrowa, pajdy ze smalcem, Lady Pank, wesołe miasteczko, kabarety i Kayah. Coś spokojniejszego, taki bardziej czilaut, dobra?

Lubię jeździć, furę mam na chodzie, to w sumie pasuje mi wszędzie. Mogę dół Polszy, albo zachód, albo na upartego nawet na wzmorie. Nie jadę na ścianę wschodnią, sory. Acha, i w miarę możliwości żeby były gokarty. Ale nie taki tor ustawiony ze starych opon na ruskim lotnisku albo nieczynnym bazarku…  Tylko profeska, dobre maszyny, jakaś hala, łapanie wyników, te sprawy.

Podpowiecie coś, please? Troszkę się, nieprawdaż, spieszy, bo bym jutro chciała rezerwować i już nie mieć stresa.

Oddźwięczę się.

lolka

5 komentarzy

Dobra, dziś mam dobry humor, to opowiem o tej Lolce. W sumie co mi szkodzi? Poza tym było to, jak to się mówi, dawno i nieprawda. Wyjaśni się przy okazji, dlaczego tylko Jadwinia z wielkim upodobaniem tak do mnie mówi. I dlaczego organicznie nie znoszę tego imienia. To może bez większych wstępów.

Otóż, ładnych parę lat temu, podczas studiów tworzyłyśmy takie duo artystyczne Lola & Nicole. W sumie nie ma się czym chwalić, ale taki miałyśmy wtedy sposób na życie, na brak kasy (obie z domów raczej niezamożnych) i coraz bardziej otaczającą nas rzeczywistość. W wielkim mieście świetnie się można było z tym procederem schować, poza tym trochę jeździłyśmy po Polsce, szczególnie w wakacje. Ale nie tylko, bo jak była jakaś dobra traska, to opłacało się nawet wziąć dziekankę. No, taka prawda.

No i w miarę bezpiecznie, bo to było sto lat przed Internetem i kamerkami w telefonie. Kurde, dyktafonów nawet nie było, pamiętam, bo potrzebowałam na wykłady, a tu zero szans na zdobycie. Dopiero sobie potem gdzieś z Niemiec przywiozłam, czy z Austrii. No, nieważne.

A były to takie specyficzne czasy, że za stosunkowo niewinne numery można było sobie po krótkim czasie kupić mieszkanie i  samochód oraz się po ludzku przyodziać… No, nieważne. Więc żeśmy koncertowały, ile się dało. Jakieś dyskoteki z rurką, dancingi z programem estradowym, jakieś takie pokazy w klubie dżentelmena etc. No i prywatne zamówienia, na przykład imieniny czy inne party u rozmaitych, bliżej mi nie znanych, ale jednak bonzów. Czasami na telefon, ale to już za naprawdę dużą kasę, bo ryzyko jest spore.

I w sumie to zawsze razem, nierozłączne. Jadwinia raz wyjechała na trzy miesiące do Niemiec z jakimś gościem, a ja rok później z taką inną ekipą do Hiszpanii i potem trochę na promy. A tak poza tym, to zawsze w duecie.

Jak ze dwa lata temu Sokół napisał taką piosenkę Sens życia, tośmy normalnie oniemiały. Szczęki nam pospadały, bo jakby o nas, identyczna sytuacja. Dyszka do stówki, stówka do dyszki, za pierwszy strzał zrobiły sobie cycki  i te sprawy. Myśmy sobie niczego nie robiły, bo tak już dobra Bozia sprawiła, że nie było potrzeby. Ale reszta się zgadza, czyli te wszystkie St Tropez, biały ster, Haram, Chanel, coś tam, coś tam, kilka zer, był plan żeby padł milioner.

To teraz już chyba rozumiecie, że to nie takie proste wypiąć się na Jadwinię i pójść w swoją stronę. Tym bardziej, że kisi ona gdzieś całe pudełko pamiątek z tamtych czasów. Jakieś foty prehistoryczne z tych występów, plakaty z nocnych klubów i tak dalej. Milion razy ją namawiałam, żeby nie kusić losu i wszystko to wpierdolić pod piec. Ale się nie zgadza, bo ją to bawi i kręci. Koniec rozmowy. Nawet jej kiedyś powiedziałam, żeby mi oddała te zdjęcia, gdzie ja jestem. To mi przyniosła ze trzydzieści sztuk. A wiem, że nie ma więcej? No, nie wiem. Ale wracając do tematu…

Ja sobie poluzowałam na ostatnim roku studiów, bo czas był najwyższy, żeby przysiąść fałdów, tym bardziej że mi przez te wszystkie fikołki, wyjazdy i hulaszczy tryb życia strasznie siadła średnia, a zależało mi na dyplomie tip top i dobrej ocenie z magisterki, bo planowałam robić doktorat.

Jadwinia też się obroniła dość ładnie, ale już wam kiedyś pisałam, że ona, to sobie troszkę w tym studiowaniu pomagała dupą, czego o mnie nie można powiedzieć, bo miałam swoje zasady, a jedną z nich było nic na skróty, szczególnie jeśli chodzi o szkołę. Bo to się potem strasznie mści w robocie, takie niedouczenie, egzaminy za jajka i kolokwia za loda.

I tyle. Porąbane czasy, co tu dużo gadać. Ale nie ma co się obracać za siebie. Jednego mi szkoda, a mianowicie, żeśmy tyle forsy w tamtych latach przepierdoliły. Bo zarobiłyśmy nieludzką harmonię szmalu, do tego stopnia, że ja się nie podejmuję policzyć. Strasznie dużo szło na mieszkanie, podróże i tak zwane życie, ale pamiętam że zostawało jeszcze mnóstwo. Do domu wysyłałam, siostrze pożyczałam na wieczne nieoddanie i wciąż były. A potem się jakoś rozeszły, na imprezy, alkohol, taksówki, stawianie innym…

Oczywiście byłabym durną piczą, gdybym nic nie odłożyła. Zachomikowałam na paru kontach (i u matki) wcale fajną sumkę, na której potem przejechałam kawałek życia. Ale, psiakość, mogło tego być z dziesięć razy więcej.

Natomiast gdy Jadwinię spotkałam jakiś czas później, to już była goła w pysk. Ktoś tam ją wykręcił, czy źle zainwestowała, nie wnikam. W każdym razie z tych czasów estradowych nie została jej ani złotóweczka.

Ale, dobra, stare dzieje… I to już w sumie cała historia.

Uwierzyliście? To chyba Wam od tych upałów coś z przeproszeniem padło na mózg. Słóweczka prawdy nie ma w tym. Siedziałam, nudziłam się w sobotni wieczór i prawie całą tę historię wyssałam z palca oraz puszki budweisera. A resztę znalazłam na dnie butelki dżeka.

Też Was kocham.

 

 

P.S. A tak na serio. Na drugie imię mam po babci Apolonia. Więc mnie matka w dzieciństwie wołała Pola albo Lolka. Taki miała sentyment, szczególnie od momentu, gdy babka zmarła. W naszej rodzinie, to w ogóle była z tymi imionami straszna jazda. Na przykład wujek Franek do samej śmierci pozostał Niunkiem. Chociaż średnio to pasowało do barczystego rewidenta z krzaczastymi brwiami i sumiastymi wąsiskami… Ale do rzeczy. Ja tę Polę, to jakoś jeszcze względnie tolerowałam, ale Lolka działała na mnie jak czerwona płachta na byka. Gdy moja koleżanka z podstawówki Jadwinia zauważyła, jak mnie to imię gotuje, to już miałam dożywotnio przyklepane, że inaczej do mnie mówić nie będzie. Taki typ upierdliwy. Amen.


  • RSS