No, nie rozpisuję się ostatnio. Taka jest prawda. Ale popadlam w nastrój depresyjny. Bo przez moją niewyparzoną mordę chyba zostanę zdymisjonowana.
A posadka była cacy.
Bądźmy w kontakcie.

Jezu. Ale miałam akcję kosmiczną.
Od piątku przez trzy dni była tu taka zadyma pod hasłem Pożegnanie Lata. Meksyk. Karuzele, światełka, fajerwerki, chuje-muje, dzikie węże, gofry, wróżki, te klimaty.
No i się w piątkową noc w tym karnawale zagubiłam. Piłam i paliłam wszystko, co mi tylko wpadło w ręce. Rewelacja, a dookoła mnie tysiące ludzi identycznie narżniętych. Chyba że mi się tylko tak wydawało. I teraz akcja.

Wszędzie były straszliwe kolejki do kibla, więc ostatecznie wyczaiłam takie tojtojkowe zagłębie w parku koło kina, gdzie kolejki były jeszcze w miarę rozsądne. A że sporo piłam, to tam kursowałam regularnie.
I oczywiście nie wiem, jak do tego doszło, ale w tym parku koło kina całowałam się z zajebistym chłopaczkiem. Nie pamiętam, kto kogo zahaczył ani o czym rozmawialiśmy. Pamiętam tylko to Całowanie Stulecia. Czułam się jakbym znów chodziła do ogólniaka. Durne to, wiem, ale pojechałam strasznie.
A nad nami napierdalały te wszystkie sztuczne ognie i petardy. Ludzie się dookoła darli, wesołe miasteczko dudniło i ja z kolesiem gdzieś w środku tej całej nawałnicy.

Potem na moment oprzytomniałam, kazałam pięknemu chłopcu zaczekać i zasiadłam na ławce za winklem, żeby sprawę przemyśleć. Bo chociaż byłam już dobrze nastukana i bardzo interesowna, to o dziwo jeszcze myślałam głową. Więc zrobiłam ekspresową projekcję:
Jutro się obudzimy.
Ja zobaczę, że on ma dwadzieścia dwa lata.
On zobaczy, że ja nie mam dwudziestu dwóch lat.
Ja się zakocham jak jebnięta.
Bo się zawsze zakochuję jak jebnięta.
On się ze mną jeszcze rano wybzyka.
Albo nie.
I pójdzie.
I potem nie będzie dzwonił.
A ja będę z jego powodu zesrana, więc się będę płaszczyć i kompromitować.
Ni chuja – podjęłam uchwałę.
Zamiast do parku koło kina, poszłam więc do namiotu, gdzie lali tyskie z kija.
Koniec filma.

Ale chłopak całował jak miliard dolarów.

Był miły wieczór. Oglądałam właśnie serial, w którym Ten Pizduś nareszcie postanowił przestać smarować nogi byłej żony i wrócił do Tej Kretynki. Która w międzyczasie chciała coś komuś udowodnić i poszła do teatru Z Tym Drugim Pizdusiem. Byłam już bliska Jadwiniowych reakcji, czyli kurwowania i rzucania w telewizor przedmiotami, kiedy nagle zadzwonił mój komórczak.

A to Bogu-nie-miła zaczęła mi chlipać do słuchawki, że przecież jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami (pomyślałby kto) i że muszę jej pomóc, bo ten Stachurski to ją chyba zdradza i w ogóle on na nią nie zwraca uwagi, a ona nie ma już siły walczyć, a poza tym jest chora i tym bardziej jest jej ciężko.

Z Bogu-nie-miłą jest ten problem, że zawsze jest chora. Od kiedy pamiętam, wciąż jej coś dolega. Miała już polipy, boreliozę, toksoplazmozę i zaburzenia pamięci krótkotrwałej. Nie dawniej, jak pół roku temu była święcie przekonana, że złapała difylobotriozę. Jeszcze jej tylko brakuje holenderskiej choroby wiązów, alergii na tlen oraz choroby pyska i racic.

A Stachurski to jest osobny temat. Wydaje mu się, że wielki z niego maczizmo i oryginał, bo dwa razy wziął udział w wyścigach zaprzęgów husky. A jest zwykłym zakompleksionym wieśniaczyną, który się z tych kompleksów leczy zdradzając Bogu-nie-miłą na prawo i lewo.

Ale jej tego nie powiem, bo po pierwsze – jej nie cierpię, po drugie – się nie wpierdalam, a po trzecie – też bym zdradzała Bogu-nie-miłą.

Wszystko.

hilfe

8 komentarzy

Będąc starą birbantką, sobotnią noc też przewalczyłam na pierwszej linii. Ale wróciłam w stanie zadowalającym i nawet wszystko pamiętam. Tyle że pozwoliłam sobie na spanie do południa i potem już mi się nie chciało wydawać niedzielnego obiadu. Bo i dla kogo?
Więc pojechałam do osławionej restauracji typu Swojska Pasza i pochłonęłam dwie porcje pierogów ze szpinakiem. Spécialité de la maison, jak powiedzieli. Zupełnie nie swojsko.

Od czternastej trzydzieści, nieprzerwanie prowadzę okupację toalety. Po tym spécialité de la maison. Tylko się na chwilę doczołgałam do komputera, żeby się Wam poskarżyć.

Dzień dobry, przed chwilą otworzyłam oczy. Boję się podejść do lustra, gdyż się wczoraj strasznie sponiewierałam. Prawie sama. To miał być miły wieczór przed telewizorem, ale zadzwoniła Jadwinia i powiedziała, że w programie to, co najlepsze w Amsterdamie. Bo Jadwinia posiada wtyczki wśród młodszej młodzieży, która z kolei ma nieskrępowany dostęp. No, i dzięki temu se czasem palimy.
Uf, ale odkorowanie, nie umiem sklecić trzech zdań.

Byłam w łazience i widziałam lustro. Kurwa, to nie ja, tylko jakiś księżyc w pełni. Wiem, co było – w nocy dziwnie zgłodniałam i wyczyściłam lodówkę. Sprawdzę w kuchni.

Ale jestem świnia, nie mogę się nadziwić. Żebym chociaż posprzątała i wrzuciła to do zlewu… Teraz sobie przypominam. Była paella, potem chleb z pomidorem, potem ryba, potem pierogi i na koniec lody bakaliowe z jakąś posypką bananową. Skąd ja to wzięłam…?

Jest za dużo talerzy. Ktoś tu był. Muszę to wyjaśnić z Jadwinią. Ale najpierw ustalę, co to za smród. Kot, spoko.
Skończę w rynsztoku.

Kiedy Ciocia wypytywała Moją Durną Siostrę, czy „nie jest przypadkiem w ciąży, a skoro nie, to dlaczego jest taka gruba”, stwierdziłam, że pora wyjść, bo kolejnej serii pytań mogłabym nie przeżyć. Ja albo pytający.
- Brygada, z przykrością muszę was pożegnać, ale mam robotę – oświadczyłam, łapiąc za torebkę, przemyślnie umieszczoną na wylocie.
- Ale dlaczeeego? – spytała Moja Durna Siostra, paląc irysa. – Jaką robotę? Przecież ty pracujesz w…

- Wiem, gdzie pracuję – przerwałam – ale nocami cieciuję na parkingu i o dziewiętnastej trzydzieści obejmuję zmianę – dokończyłam, nie bacząc na zgorszone spojrzenia innych Olowych gości.
- Ale jak to cieciuuuujesz? – zdziwiła się Moja Durna Siostra, strzepując popiół z odgiętym paluszkiem. – Tyyyy?
- Tak, ja – odpowiedziałam. – Recesja, trzeba czochrać na dwóch etatach – dodałam i, nie czekając na ciąg dalszy, wymaszerowałam. Na do widzenia jeszcze tylko odruchowo poklepałam Ola po plecach.

Biedny chłopak. Chociaż leszczyna. Jak się dorobię, to mu zafunduję bilet do Hondurasu albo innej Wenezueli.

Nie nawaliła także Ciocia Sabrinka, która wrąbawszy obiad, otarła usta serwetką i niezwłocznie rozpoczęła swój program artystyczny pod hasłem „Sto pytań do…”
Oto przybliżony przebieg rozmowy. W nawiasach wersja życzeniowa, która dudniła mi w głowie i cisnęła się na usta. Poza nawiasami – real audio.

- Eluś, a powiedz ty mi, dziecko, co tam u Andrzejka – rozpoczęła Ciocia Sabrinka.
- Nie wiem, ciociu – odparłam w miarę grzecznie – bo my się rozwiedliśmy (kurwa) cztery lata temu.
- No, ale tak z grubsza, to co on teraz porabia – piłowała Ciocia niezrażona.
- Naprawdę nie wiem (kurwa), my się (kurwa) rozeszliśmy cztery (kurwa) lata temu. I on ma (kurwa) nową żonę, wie Ciocia…
- Pewnie że wiem – żachnęła się Ciocia. – A pojechali gdzieś z tą Moniką na urlop? – zainteresowała się po chwili. – Bo coś go ostatnio nie widuję.
- Nie wiem (kurwa), nie informowali mnie – odrzekłam, czując że za moment utopię w sercu Cioci Sabrinki łopatkę do tortu.
- Ale gdzieś za granicę pojechali, czy nad polskie morze? – spytała Ciocia, oblizując bitą śmietanę z łyżeczki, którą postanowiłam niezwłocznie wepchnąć jej do gardła.

Na szczęście Ciocia nagle zmieniła obiekt westchnień i przykleiła się do Mojej Durnej Siostry, by ją spytać, kiedy nareszcie będą z Olem mieli dzieci.

Parental advisory – explicit lyrics.
Bo właśnie wróciłam z urodzin Ola, czyli męża Mojej Durnej Siostry. I jeszcze mnie posadzili przy stole obok tej kretynki. No, katastrofa. Więc będą bluzgi w ilościach przemysłowych.
Po pierwsze, Moja Durna Siostra nie zawiodła mnie w kwestii imidżu, założyła bowiem łatwopalną sukienkę w jakieś, kurwa, maki i chabry z poligonu. Plus japonki i kilo ruskiego złota. I bez przerwy paliła te swoje irysy, odginając mały paluszek, co mnie przyprawia o ścisk czaszki i morderczą mgłę przed oczyma.

Olo to jest leszczyna, ale leszczyna cierpiąca. Jest wrypany w Moją Durną Siostrę po grób i nie uwolni się od niej choćby stanął na rzęsach. Bo Moja Durna Siostra to ten typ: jeśli dostaniesz 10 lat – będę czekała, jeśli dostaniesz 30 lat – będę czekała, jeśli dostaniesz 50 lat – będę czekała, jeśli dostaniesz podwójne dożywocie – będę czekała.
Niespławialna, przypadek beznadziejny, przykuwa się do faceta łańcuchem i finał. Olo jest z nią chyba tylko dlatego, że nie ma kasy, by zwiać do jakiegoś Hondurasu, gdzie by go zresztą też dopadła.
No, ale dosyć o mojej zmutowanej siostrze…

Jadwinia się nie wypowiada, bo krążą pogłoski, jakoby się w końcówce swoich studiów okazjonalnie rozprowadzała w celach naukowych. Według moich prywatnych źródeł, zachodzi uzasadnione podejrzenie, że to prawda. Nie wnikam, nie oceniam, nie moja brocha. Kocham Jadwinię jak siostrę. Wiem tylko, że – tak jak w domu wisielca nie rozmawia się o sznurku – przy Jadwini nie mogę opowiadać mojej ulubionej anegdotki, którą sprzedałam już tysiąc razy i zamierzam sprzedać jeszcze razy milion, bo jest wielka.

Jest to ponoć historia prawdziwa, która miała miejsce na AGH. Pewna Panna chciała sobie załatwić egzamin krótszą drogą, więc zadbała o aranżację czasowo – przestrzenną, w której Ona i Profesor znaleźli się w tych samych okolicznościach przyrody, czyli w jakimś mieszkaniu.
Profesor się zbytnio nie wzbraniał i bez szemrania zrobił robotę. Po czym Panna się dyplomatycznie ulotniła do toalety, przemyślnie pozostawiając na stoliczku swój indeks. Wkrótce potem, Profesor zakrzyknął z sypalni w kierunku łazienki:
- Cztery wystarczy?
- Wystarczy, wystarczy, dziękuję bardzo – odkrzyknęła Panna.

Więc Profesor włożył jej do indeksu cztery dychy i wyszedł.

Nieodłącznym elementem babskiej przyjaźni jest wzajemne obrabianie sobie dupy. Udowodnione naukowo. Nasza paczka – czyli Karolina, Jadwinia, Jolanda oraz Bogu-nie-miła – to jest oczywiście sztama na śmierć i życie. Co nie przeszkadza w obrabianiu dupy wszystkim nieobecnym. W dowolnej konfiguracji kadrowej, a najlepiej cztery na jedną. I od piątku mamy oczywiście nowy temat przewodni – dlaczego Who-is-the-king podarował Karolinie te trzydzieści pięć koła.
Jadwinia się nie wypowiada, natomiast Jolanda oraz Bogu-nie-miła obstają przy wariancie, że Karolina MU DAŁA, co mi się wydaje absurdem, bo ja bym nie poszła do łóżka z Who-is-the-kingiem nawet za STO TRZYDZIEŚCI PIĘĆ tysięcy.

Trochę się rozpędziłam. Za sto trzydzieści pięć to bym się chyba zastanowiła…


  • RSS