same old shit

6 komentarzy

Już wiem, co zaszło, bośmy się wczoraj z Jadwinią trochę sponiewierały i w wódczanej malignie wszystko mi wychlapała. Otóż jej sparringpartnerem było Dziecko. To samo, co zawsze. To samo, co się kiedyś oświadczało po robocie. Bo to się, proszę ja kogo, zrobiła poważka.

Zacieśnili oni ostatnimi czasy stosunki wzajemne, o czym ja nawet nie wiedziałam. No i pewnego pięknego dnia poszli na ostro. Bo Jadwinia ofiarnie porzuciła swój pierwotny zamiar wyjazdu za ocean i tego samego zażądała od Dziecka. Czyli pełnego poświęcenia, czyli uregulowania studenckiego życia, czyli przeniesienia się na zaoczne.

Ale Dziecko nie takie głupie, bo w swoim mieście akademickim to pewnie ma takich podstarzałych Jadwiń na pęczki. Toteż się Dziecko zaczęło wić. I się to źle skończyło, bo popełnili oni błąd taktyczny i rozmawiali po spożyciu. A poważnych rozmów nie opiera się o bufet, bo o nieporozumienie wtedy nietrudno, co grozi komplikacjami natury towarzyskiej albo trwałym kalectwem. O czym oni nie wiedzieli i się starli.

Dziecku się ponoć ułamała dwójka, ale Jadwinia utrzymuje, że ta dwójka już przedtem była lichutka i pozostawiała wiele do życzenia. Oraz się Dziecku rozszedł łuk brwiowy. Teoretycznie do szycia, ale, chcąc uniknąć zbytniego pogotowianego rozgłosu, Jadwinia mu ten łuk skleiła ręcznie, tak na pieroga.
A sama Jadwinia wiadomo – koncertowo podzelowane oko. Plus – jak utrzymuje – obrażenia wewnętrzne, bo ponoć dostała od Dziecka cios na splot.

Chce się żyć.

Nie pisałam miesiąc, prawda jest to. Ale mnie te kursy doprowadziły na krawędź. Bo skoro coś mi kradnie moje ukochane wieczory (czyli najlepszy czas na gulanie), to jest to zamach na wolność jednostki i pogwałcenie swobód obywatelskich. A ja od miesiąca wracam do domu o dwudziestej prawie trzeciej i nawet nie mam siły by podnieść puchę, nie wspominając o zorganizowaniu ekstatycznej, jednoosobowej libacji, po której śpi się do południa i z zamkniętymi oczami wypija trzy reanimacyjne tigery.

Od tematu.
Jakie dwa tygodnie temu, na moment zaiskrzyło między mną a takim jednym kursantem. Taki był milusi i tak się ładnie uśmiechał i głos miał ładny. Tośmy się parę razy przejechali jego korsą, nie zaprzeczam.
Ale to nie moje klimaty. Za spokojny, za fajniusi, za ekskluzywny. Ja to się lubię porządnie stoczyć, a nie jeździć samochodzikiem do podmiejskiej restauracji, by tam, przy świecach i lampce sikacza wysłuchiwać smętnych pierdoletów i opowieści o cierpieniu. Toteż basta. Nie ten, innymi słowy.

Jadwini z kolei zdarzył się przedziwny przypadek, bowiem dostała w kły, co się prawdziwym damom zdarzać nie powinno, nieprawdaż. I nie chce ona powiedzieć, czy to od jakiegoś wyrywnego Dziecka, czy też od szeroko pojętej konkurencji. Mogiła grób. Zero informacji.
Jadwinia twardo przychodzi do firmy w okularach jak Janis Joplin i wciska kit, że ma zapalenie spojówek czy inną infekcję worka łzowego. A pod okularami lajpo jak talerz. Ja wiedziałam, że tak będzie. Bo młodzież dzisiaj niespokojna i kto ma dzieci, ten ma smród.

Oraz lajpo.

elka ledwie gra

14 komentarzy

W związku z bardzo pozytywnymi opiniami kursantów, Who-is-the-king przydzielił mi kolejną grupę, oczywiście za kolejną furmankę kasy. Ale ja nie wiem, czy chcę te pieniądze. Jestem już tak zmęczona, że padam na pysk.

Rano idę do firmy, gdzie na odpierdol robię robotę, bo wiem, że mnie jeszcze czeka orka na kursach. Następnie coś na odpierdol zjadam, bo jeść ponoć trzeba. Potem na odpierdol prowadzę kurs, a w nielicznych wolnych chwilach na odpierdol spotykam się z Jadwinią i resztą. Tak dla podtrzymania naszej nadwątlonej przyjaźni. Nawet nie wiem, co tam u Jadwini słychać i czy ma jakieś nowe Dziecko. I szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi.

Jestem zmęczona. Wczoraj kompletnie się odkorowałam i poszłam do kursantów w bojówkach i niebieskim kapturze NIKEATHLETIC. Jak na jakiś aerobik. A oni tam siedzieli tacy odjebani i wypsikani czarnym adidasem albo farenhajtem. Z teczuszkami i segregatorami, gotowi spijać słowa z moich ust i skrzętnie je notować.
Co ja tu robię – pomyślałam. – Chcę na garaże, chcę się nachlać i pospać do dwunastej, chcę do domu.

Odwala mi.

Się nazbierało. Chłopczynę pogoniłam w pizdu. Okazało się, że skacze z kwiatka na kwiatek i nie tylko mnie obskakiwał. Nie ma o czym gadać. Pogoniwszy chłopczynę, w niedzielę straszliwie się napiłam. Zgon dokumentny. W miejscu publicznym. Dwa dni umierałam z powodu dolegliwości psychosomatycznych. Dwa dni. Czterdzieści osiem godzin. I pół.

Ale nie to jest najważniejsze. Who-is-the-king poczciwinka wkręcił mnie w taki unijny program polegający na douczaniu różnych niedouczonych jełopów z pomniejszych instytucji i biur. Ekomomia, finanse, zarządzanie, te klimaty. Sześćdziesiąt godzin lekcyjnych za furmankę kasy. Co ja tam robię, zapytacie? Wykładam. Tak jest, WYKŁADAM.
Mam jedenastu kursantów, z czego dziewięciu to bardzo fajne ciacha. Trochę wieśniaki, trochę przejęci, trochę się besztają, ale ja z nich zrobię ludzi.

Wszyscy żonaci, ale to jak gdyby nie stanowi. Bo ja się przestałam pierdolić w tańcu. I nie wnikam. Już nie jestem nierozważna i romantyczna. Chłopczyna to była ostatnia bułka przez bibułkę. Teraz zamierzam dać ognia. A po czwartych zajęciach, kolesiom się skojarzyło, że można by zrobić jakiś wieczorek zapoznawczy.
A proszę, kurwa, bardzo.

Bądźmy w kontakcie.

P.S. Co Wy mi tam wypisujecie w tych komentarzach? Ochłońcie no z tymi romantycznymi opowiastkami…

Z wolna powracam do świata żywych. Za to chłopczyna jest chory, toteż pozostajemy w kontakcie wyłącznie telefonicznym. I bardzo dobrze, bo nie chcę, by legendarne całowanie jak miliard dolarów (nie wspominając o siedmiu) zamieniło się w jakieś pochrumkiwanie i smarkanie. Jak wróci do formy to się zobaczy.
Ubolewam, ale chwilowo nie jestem jeszcze w nastroju do krojenia pomarańczki albo podawania mleka z masłem i miodem. Może w mglistej przyszłości.

Tyle, że historia świeżo zwalczonej choroby wyznacza nowe kierunki w moich że tak powiem stosunkach z chłopczyną. Nie zamierzam ja chodzić więcej po ławkach i obsikanych bramach. Znakiem tego, chcąc – nie chcąc, trzeba będzie chłopczynę sholować na chatę. Albo nie.

Jeszcze się zastanowię.

Jeszcze tydzień takiego życia i będę się kwalifikowała do sanatorium. Autentycznie. Podupadam na zdrowiu w tempie zatrważającym.
Wczoraj postanowiłam, że POD ŻADNYM POZOREM już się z chłopczyną nie spotkam. Wieczorem poszłam do kosmetyczki, potem kupiłam parę browarów i wypożyczyłam dwa filmy. Z mocnym postanowieniem, że NO FUCKIN’ WAY, zasiadłam przed telewizorem.

Plan był prosty – zero odbierania telefonów, zero przyjmowania sms-ów. Spalić przed przeczytaniem. Wytrwałam tak czterdzieści minut i dwa heinekeny.
Ten gnój tak mnie umiejętnie podbiera, że ostatecznie rzucam wszystko i – jak ostatnia głupia cipa – lecę na złamanie karku, żeby się z nim spotkać.

Wczoraj (a właściwie dzisiaj, bo to już była czwarta rano) tak mnie wypiździło na ławce w parku, że z zimna dostałam szczękościsku, a potem czkawki. Plus dwa stopnie, na szybach samochodów szron, a ja się wybrałam na randeczkę w letnich spodniach i sweterku. No, żesz kurwa mać, co mnie opętało?
Nie daję rady.

To się ciachnie.

No i co? No i od niedzieli spotykam się z tym chłopczyną. NIC o nim nie wiem. Zero bezwzględne. O czymś rozmawiamy, ale nie wiem, o czym. Do czwartej nad ranem łazimy po parkach, garażach, bramach i tunelach. Śpię trzy godziny i potem we firmie wypijam wiadro kawy i zgrzewkę tigerów. I nie żyję. Aż do wieczora. Wieczorem się budzę.
Ale to bezszansie.

To się ciachnie*

* Gdy u schyłku lat pięćdziesiątych wystrzelono pierwszego satelitę, Ciotka Wikta, stryjenka mojego ojca powiedziała:
- Pan Bóg tak się nie pozwoli koło nosa formlować. To się ciachnie…

Rano obudziłam się martwa w nie swoim domu. Spokojnie – był to dom moich starych, którzy czasowo opuścili nasze pueblo. Ale dlaczego nie spałam u siebie – tego nie wiem. Z powodu zaawansowanej martwicy wszystkich tkanek, zadzwoniłam do firmy i wzięłam dzień urlopu. Upadek.

Wszystko zaczęło się w sobotni, becherovkowy wieczór, kiedy to nadźgałyśmy się dokumentnie. I jeśli wierzyć naocznym świadkom – czyli Jadwini – to ja rzygałam jak kot. Ale mniejsza o to.
Niedziela była piekłem, toteż wieczorkiem zaszłam do pubu na jedno, maleńkie piwo reanimacyjne. Niestety, w pubie napotkałam wesołą drużynę, z którą zbombardowałam się haniebnie.
Ale to jeszcze nic. Około północy natknęłam się na chłopaczka, którego spotkałam na festynie żegnającym lato. Tego, który całował jak miliard dolarów. Tego, któremu uciekłam.

Powiem tylko tyle, że wczoraj całował jak siedem miliardów dolarów. Na garażach koło placu zabaw. A potem obudziłam się martwa w domu starych.

Jestem ściera.

Już wszystko wiem.
Dziecko studiuje na drugim roku stosunków międzynarodowych i za tydzień z hakiem wraca do szkoły.
Jadwinia powiedziała, że którejś nocy, po akcji, Dziecko się jej oświadczyło. Jeśli to prawda i jeśli Jadwinia nie zabiła go śmiechem, to naprawdę musi być dobry w robieniu roboty.

Dzisiaj dowiem się więcej, bo wieczorem Dziecko idzie się pobawić z innymi dziećmi, a Jadwinia przychodzi do mnie na piżamowe party w zielonych kapeluszach. Zamierzamy narżnąć się ciepłą becherovką, bo to takie nasze hobby od czasów wspólnego wyjazdu na stopa do Austrii, gdzie w miejscowości Mistelbach, przy pomocy właśnie ciepłej becherovki dokonałyśmy żywota. I było bardzo fajnie.

Jadwinia na milion procent będzie rzygać i już nawet przygotowałam niebieską miskę. Ale nic to. Może robić wszystko, byle nie wpadła na szatański pomysł ściągania tu w środku nocy Dziecka. Bo ich wtedy oboje wypierdolę na zbity pysk, bez względu na stan zdrowia.

Moja jebnięta ciocia Sabrinka zapytała mnie wczoraj, czy się nie boję, że zostanę starą panną. Otóż, wcale się nie boję, bo dwukrotna rozwódka nie może zostać starą panną.

Idę sprzątnąć kuwetę, bo potem nie będę w stanie.

Po strachu.
Who-is-the-king odstąpił od zamiaru zdymisjonowania mnie. Bo mu powiedziałam na ucho, że chyba mi się coś przypomniało z targów w Pradze…
Nie żebym ja i on. Never ever. Ale ja lubię dużo wiedzieć i mam to szczęście, że bywam świadkiem rozmaitych pysznych scen. I w Pradze przycięłam Who-is-the-kinga, gdy się pod osłoną nocy teleportował do domku takiej jednej Wirdżinii, która jest u nas we firmie zatrudniona w dziale promocji oraz kontaktów z zagranicą.

A nawiasem mówiąc Wirdżinia nie jest wyposażona w żaden język obcy. Więc nie wiem, gdzie ona nas promuje. I jak oraz czym się kontaktuje. Faktem jest, że na targach trochę ją Who-is-the-king polansował i problem plam zniknął sam. Co mnie trochę wkurwiło, ale nie komentowałam. Ale gdy mi Who-is-the-king wyskoczył dziś z tekstem o nieobyczajności i brudnym języku, to nie zdzierżyłam.
On wtedy błyskawicznie podniósł słuchawkę telefonu (który nie dzwonił), coś tam pomamrotał (zagłuszając ciągły sygnał), po czym przykrył mikrofon dłonią i oświadczył, że „teraz jest bardzo zajęty, ale wrócimy do tematu”.
Zakład o pięć stów, że nie wrócimy?

Ale to nieważne. Są lepsze niusy. Bowiem Jadwinia zapoznała Dziecko. Ja wiedziałam, że coś się takiego kroi, bo mnie Jadwinia ostatnio dziwnie często zwodziła i unikała mojego doborowego towarzystwa.
Dziecko jest pełnoletnie i – zdaniem Jadwini – rewelacyjnie się tnie.
No i super, ale tak naprawdę to mnie zniesmaczają takie opowiastki, bo – jak powszechnie wiadomo – jestem nierozważna i romantyczna. I gdy już do jakiego cięcia dochodzi, to ja się ekspresowo zakochuję i chociaż mnie potem roznosi, to nikomu nie pisnę słóweczka. I cała jestem w skowronkach, kwiatkach i płatkach. A durna przy tym nad pojęcie. Ale dyskretna.

Natomiast Jadwinia z tych swoich związeczków każdorazowo robi bigcyc i na pół knajpy wykrzykuje: „ach, mówię wam, gdybyśmy nie byli razem, to bym go polecała koleżankom”.
A Dziecko siedzi obok i nie wie, gdzie, kurwa, oczy podziać. Wtedy Jadwini nie lubię. Gdy przegina.

Ale pocieszające jest to, że ona też skończy w rynsztoku.


  • RSS