Wpisy, których autorem jest autor

Alleluja, Szanowni Czytelnicy. Z okazji mijających Świąt życzę Wam Zdrowia, Szczęścia, Wszelkiej Pomyślności i tak dalej. A teraz do rzeczy.

Pomieszaliście kiedyś szkocką, burbona i rum jamajski? Ja pierdolę, wczoraj rano myślałam, że mi ktoś toporem rozłupuje twarzoczaszkę. Gdybym miała trochę więcej władzy w członkach, to bym sobie pewnie podcięła żyły. Albo się dobiła w jakiś inny sposób. Ale po kolei.

Zapowiadały się, nieprawdaż, zgoła inne Święta. Absolutnie. Miałyśmy z Jadwinią zaszyć się w Karpaczu. I jakby były warunki, to jeździć na nartach, a jakby nie było to nie. Ale tak się złożyło, że dwa dni przed wyjazdem Jadwinia dostała zapalenia woreczka żółciowego.

Zadzwoniła już z izby przyjęć, informując mnie, że jej się wreszcie rozjebała wątroba. Dopiero jakiś czas później okazało się, że to nie wątroba a woreczek. Stukilowy kamień spadł mi z serca, bo się początkowo srodze przeraziłam i nawet przez chwilę pomyślałam, że może by przestać pić albo co. Ale już nie ma zagrożenia.

Natomiast w wigilijny poranek grono aniołków powiększyła Ciocia Sabrinka. Wkurwiająca do bólu, ale bądź co bądź kuzynka Matki. Więc w zaistniałej sytuacji, to już się nie mogłam wywekslować z kolacji u Moich Rodziców. Gdzie o dziwo było bardzo fajnie, gites i fajosko. Trochę popłakali, trochę poślimtali, ale potem wrócili na swoje standardowe tory. W końcu po kimś tę fajność mam.

I nawet żeśmy się po północy lekko zbombardowali łiskaczem, którego dostałam od Olka pod choinkę.

Bardzo fajny z niego facet, tak na marginesie. Zmężniał i generalnie urósł w moich oczach, szczególnie po swoim sławetnym występie w restauracji, gdzie nas obronił przed rozsierdzoną hordą kibolo – narodowców. Dojrzałam w nim wówczas zupełnie innego osobnika.

Nie wiem, czy pamiętacie, ale swego czasu, tak ze cztery roki temu, to Olo smalił do mnie cholewki. A ja jego awanse odtrąciłam. Błąd był to. Duży błąd oraz niedopatrzenie.

Ale powróćmy do tematyki świątecznej. Trochę się poszwendałam w to Boże Narodzenie, trochę podzwoniłam, pooglądałam na laptoku Kuchenne Rewolucje, po czym odwiedziłam Jadwinię szalejącą na oddziale wewnętrznym miejscowego szpitala zespolonego. Zadyma poszła o to, że jej w międzyczasie ustały wszystkie objawy, w związku z czym się niezwłocznie chciała wypisać. Na co z koleiprzystać nie chciał ordynator, który stwierdził, że nic nie minęło, stan jest ostry i niezwłocznie należy rozpocząć procedury.

No więc tam posiedziałam ze dwa czasy, posłuchałam tego darcia ryjów oraz jadwiniowych potoczystych bluzgów, a następnie spakowałam wszystkie przyniesione dary, puściwszy mimo uszu uwagę pielęgniarki, że trzeba chyba być idiotką, żeby pacjentowi z ostrym zapaleniem pęcherzyka żółciowego przynosić barszcz na zakwasie, uszka z grzybami, marynowanego śledzika, duszone smardze oraz sandacza po kijowsku.

Gdyby nie święta, to by durna pipeta za tę idiotkę zaraz wyłapała bochniaka. Ale ze względu na uroczystą aurę oraz wszechobecną magię, postanowiłam wybaczyć zasłyszaną obelgę, a całą sprawę zbagatelizować i odejść z godnością.

Co zrobiłam, po czym, jakoś tak na automatycznym pilocie, kroki swe skierowałam ku domowi rodzinnemu. Gdzieśmy z Olem dopili tę wigilijną whisky, bo trochę jej pozostało z dnia poprzedniego. Zwłaszcza że poza nami, nie ma w rodzinie amatorów takich wykwintnych trunków, tfu.

Po czym, w ramach klubbingu przeteleportowaliśmy się do domu Olów, zakupiwszy po drodze flakon dżeka. Nie za duży, nie za mały a w sam raz. I śmy sobie, pod świąteczne filmy niespiesznie kontynuowali konsumpcję.

Ja wiem, że Olo ma dziecko i żonę, moją rodzoną siostrę zresztą. Zdaję też sobie sprawę, że poniekąd za moją sprawą nie poświęcił im w te święta dostatecznie dużo czasu. Ale po pierwsze – nie demonizujmy. A po drugie – z wizytą przybyły również dwie koleżanki Gosiaczka, z którymi sobie ona świergoliła w najlepsze, wymieniając się najnowszymi doniesieniami na temat zasypek, szczepionek i innych rajtuzko-śpioszków.

Podczas gdy my z Olem waliliśmy stakana za stakanem. Aż nam się kole dziesiątej skończył dżek, na co Olo puścił do mnie oko i powiedział, ażebym ducha nie gasiła, gdyż on ma zakitranego w biurku małego Kapitana Morgana.

Mały to, jak się okazuje, rzecz szalenie względna. W każdym razie nawaliliśmy się do imentu. Gosiaczek który przyszedł nas sobie w pewnej chwili obejrzeć, stwierdził, że oboje porozumiewaliśmy się już naówczas w kompletnie nieznanym narzeczu, tytułując ją – o zgrozo – nieboszczką Ciocią Sabrinką.

Ponadto podobnież śpiewaliśmy, co w przypadku Olka jest ewenementem skończonym, gdyż go nigdy nie słyszałam w akcji. Czego nie można powiedzieć o mnie, bo kilkakrotnie zdarzyło mi się w wódczanej malignie dorwać do mikrofonu, gdzie się między innymi wcielałam w Posh Spice, Fergie, Szakirę oraz Pink.

Tak więc Moja Durna Siostra (którą w tym roku dotknął jakiś cud bożenarodzeniowy, gdyż się prawie wcale nie przypierdalała)  doniosła, że pojechaliśmy repertuarem zaczerpniętym z festiwali piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu. Ale nam w zabawie nie przeszkadzała, gdyż po pierwsze primo – śpiewaliśmy względnie cicho, a po drugie primo – Esmeralda spokojnie spała w innej części mieszkania.

Z kronikarskiej rzetelności – Olo podobnież przez dobre pół godziny śpiewał na repeacie piosenkę o strzelcu podhalańskim, którego zwabiła dziewczyna na pachnące siano, ale rano uciekł, bo we wojsku mniej słodyczy lecz robota lżejsza. Ja zaś mu wtórowałam tematycznie, głosząc że góry nasze góry, będziemy was wiernie strzec, mamy rozkaz was ochronić, albo na dnie waszym z honorem lec…

Ja, nieprawdaż, posiadam wyższe wykształcenie salonowe. Więc wiem, kiedy przestać, wstać i wyjść. Toteż kole pierwszej stwierdziłam, że pora trąbić odwrót. Co prawda Olowie mnie nakłaniali, bym u nich nocowała, ale stwierdziłam, że jak rzygać to tylko u siebie. Bo taka jest prawda, że bez mojej ulubionej, niebieskiej miski plastikowej nie dam rady. Może mnie rwać nieprzytomnie, może mi materiał podchodzić ponad stan alarmowy, ale nie popuszczę.

Zamówiłam więc taksówkę i pomknęłam do domu. Wyjątkowo bez międzylądowania na żadnym Shellu czy innej Petrochemii.

Resztę znacie.

 

 

KSW

5 komentarzy

Wciąż mnie bardzo intryguje i – co tu kryć – trochę niepokoi kompletna cisza oraz brak jakichkolwiek doniesień z obozu Lucy. Oraz wszelkich innych obozów, w tym policyjnego. Wciąż się też liczę z faktem, że mnie najdzie ten kafar, z zamiarem bezpośrednim wytargania za kudły, tudzież  oblania kwasem. Zdarza mi się więc, szczególnie gdy siedzę sama w biurze, że z pewną taką nieśmiałością oraz sporą dozą przejęcia zerkam w stronę drzwi.

Co prawda po sąsiedzku lokal wynajmuje radca handlowy Pan Mietek, ale podejrzewam, że zanim by przybył z odsieczą, to już by było po wszystkim. A poza tym z Pana Mietka to tyle pożytku, co z psa gnoju. Szelki, a nie chłop.

Jakiś rok temu, jednej takiej szemranej bizneswoman  od lombardów i kantorów coś tam źle poradziłam, w wyniku czego fiskus, trochę bez zdania racji wsiadł na jej wszystkie konta bankowe. Baba przyszła z reklamacją w towarzystwie kompletnie świrniętego wąsa, który mi zaczął walić rękami w biurko, rozwalać papiery i rzucać laptopem.

Pan Mietek zaniepokojony hałasami przydreptał, po czym opierając się o framugę, popijał kawkę i zacieszał. Czyli że w razie czego, to na niego liczyć nie mogę.

Jadwinia, która jak wiadomo ma same świetne pomysły, sugeruje aby się przyczaić i sklepać Lucy jeszcze raz. Póki jeszcze nie wykonała ona żadnego ruchu. Ot, tak dla wprowadzenia aury terroru, pierwiastka dezorientacji oraz efektu zaskoczenia. Tudzież jako chamski pokaz  siły, który z reguły działa.

Super plan.

Wczoraj miała miejsce dość nieprzyjemna sytuacja. Biję się w moją bujną pierś i szczerze boleję. Nie chciałam tego. A tym bardziej nie planowałam. Totalnie mnie akcja zaskoczyła i to chyba tylko domieszka krwi tatarskiej sprawiła, że wypadki potoczyły się tak a nie inaczej. Ale może po kolei.

Poszłam nieprawdaż na Andrzejki do takiej dosyć porządnej restauracji. Gdzie się – uwzględniając klasę lokalu oraz rodzaj klienteli – żadne karczemne awantury teoretycznie nie powinny wydarzać. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Jako że u nas w metropolii przyzwoitych lokali, to jest chyba ze cztery na krzyż, tedy zebrał się tam ferajny kwiat. I radni, i bizmesmeni, i przedstawiciele lokalnej palestry, i nawet mój lekarz rodzinny z nową dupą się pojawił. Nieważne.

Traf chciał, że przybyła również Lucy. Tradycyjnie bez swojego aktualnego partnera wagi superciężkiej, za to otoczona wianuszkiem pierdolniętych koleżaneczek typu dzidzia-piernik. Czyli cztery dychy na karku, ale na dupie gumy za małe o dwa numery. Plus przeźroczyste bluzeczki, końskie ogony, bransoletki z Bravo Girl, sandałki a’la Miley Cyrus i kilo brokatu na ryju oraz dekolcie.

I wszystko początkowo było fajnie, cześć cześć, jakiś small talk przy barze, ale generalnie każdy się bawił w swojej podgrupie. Kole jedenastej się przy stoliku Lucy zrobił lekki bardak. Ale trzeba przyznać, że chyba trochę za bardzo zróżnicowali oni gamę spożywanych trunków. Ja im nie wyliczam, ale jak ktoś miesza piwo, wódkę, dżeka, szampana, dżin i śliwowicę, to to się nie ma prawa skończyć dobrze.

No i stało się to, co miało się stać. Poszłam ja w pewnej chwili do klopa poprawić urodę, stoję przed lustrem, coś tam rzeźbię, a tu wtem nagle ktoś mi daje z chleba w plecy. Odwracam się a tam pijaniutka Lucy z lekko rozmytym, niemniej morderczym wzrokiem. I mi wali bez wstępów w słowa mniej więcej te:

- Ty dziwko jedna, to ty wysłałaś moje zdjęcia do starej. Ja się teraz przez ciebie, szmato, muszę gimnastykować, żeby nie pójść na bruk. Ale z ciebie wyszła blachara…

Tu już jej przerwałam, bo do trzech razy sztuka. Dziwkę i szmatę jakoś przebolałam, ale przy blacharze, to już mi zmarmurzyło szczękę i w kamień zwarło dłoń. Jednakowoż pomna niedawnych przygód Jadwini, oskarżeń, obdukcji, chwiejących się zębów i poprzestawianych przegród nosowych, postanowiłam oszczędzić buziuchny Lucy. I walić na korpus.

Wyprowadziłam więc szybkiego haka w splot, pamiętając o lekkim wysunięciu środkowego palca, czyli sztuczce, którą swego czasu podłapałam od niejakiego Bonusa BGC.

Lucy się przepisowo złożyła w scyzoryk, ale ku mojemu zaskoczeniu dość szybko powróciła do pionu. I mnie, wyobraźcie sobie, pociągnęła z bańki. Nie za mocno, ale zawsze.

Zdziczałam, po prostu mnie zamurowało. Jeszcze mnie nikt, nigdy przenigdy nie próbował uderzyć głową. Widziałam, co prawda, podobne techniki na filmach bandycko – napadalskich, tudzież w reportażach z ustawek kibolskich. Ale zawsze postrzegałam to jako szczyt buractwa, chamstwa i barbarzyństwa. I od lat pozostawałam w świętym przekonaniu, że tylko najgorsza karkówa tak się zachowuje. Oraz ruska mafia.

Poszła mi ta bomba na podbródek i dolną szczękę. Ale tak, że zobaczyłam gwiazdy i mi się włączył tryb kill’im. Nie wnikając więc w ewentualne konsekwencje zastosowałam kolejną technikę podpatrzoną u Bonusa. Czyli buła i poprawka z łokcia. Gdybym nie była w sukience, to bym jeszcze zasunęła kujawiaczka, ale ostatecznie odpuściłam.

Ha. Na taki zestaw, to już nie ma mocnych. Szczególnie jeśli wykonany z sercem i odpowiednim przyłożeniem. Lucy w okamżiku zalała się krwią serdeczną, ale traf chciał, że w tej samej chwili do klopa weszły jakieś dwie fruźki. Więc się Lucy szybko wysmarkała do zlewu, przemyła twarz i zaczęła przed tamtymi palić głupa, że coś jest chyba osłabiona ostatnio, albo jej popękały jakieś naczynka, bo ciągle krwawi z nosa.

Laski chyba to kupiły, ale ja nie czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. A że mi Lucy ten wieczór kompletnie zjebała , tedy się grzecznie pożegnałam ze swoim towarzystwem, zamówiłam taryfę i pocięłam do domu. Z małym międzylądowaniem na shellu. Nieważne.

Trochę się jeszcze pokręciłam po chacie, coś tam pooglądałam w telewizji, po czym z braku lepszego zajęcia dałam po sprężynach. Ale źle spałam. I nerwowo, kurcze. Bałam się, że przyjdą nocą i kolbami w drzwi załomocą. Czyli że Lucy zgłosiła sprawę na psiarnię.

Ale najwidoczniej poniechała. Tym bardziej, że gadałam dziś z ludźmi, którzy tam wczoraj byli i… zero tematu. Nikt nie komentował, nikt nie przeżywał, milicji nie było. Jakby nikt w ogóle sprawy nie zauważył. Ha. Może się Lucy nie pochwaliła, że dostała po ryju. Pewnikiem zamierza problem załatwić inaczej. Mam nadzieję, że nie naśle na mnie tego swojego bolka. Tak czy inaczej, coś wisi w powietrzu.

I’m lovin’ it.

 

Ale afera. Aż mnie coś kłuje w sercu na samą myśl. Ale po kolei.
Ktoś, rozumicie, jednak się odważył i zrobił użytek z tych zdjęć, co je Lucynie pstryknęli podczas ostatniego jej występu w klubie Braziliana. Ale to nie ja, naprawdę, jak bumcykcyk. Ja bym nigdy.
A się okazuje, że jeszcze był jakiś filmik, który bez montażu poszedł na Instagram. Podobnież kino mocne. I między wierszami dopisek, że viewer discretion is adviced. Nieważne. Za późno. Bo syćko wyciekło. No, boleję szczerze.

I tak zwany pełny komplet  materiałów operacyjnych trafił do ratusza, gdzie się podobnież już ktoś postarał, ażeby przesyłka trafiła we  właściwe ręce. A nie byle gdzie, czyli choćby na biurko rzeczniczki urzędu, niejakiej Iwonki. Która razem z Lucy łoi wódę i łyka wiecie co, jak pelikan ciepłe kluski. I która by całą tę aferę w trymiga zwekslowała. Ale nie ma tak dobrze.

Pakiet rzeczony trafił imiennie do epicentrum. Czyli do pani wice-kurwa-burmistrzyni. Która od dawien dawna ma z Lucy kosę. Nie dziwota zresztą, bo ta ostatnia uważana jest za jedną z najostrzejszych zawodniczek na lokalnym parkiecie. Podczas gdy burmistrzyni należy do najdzikszych i najbardziej zapamiętałych obrończyń wartości na poziomie zbliżonym do fanatyzmu. Nie zdziwiłabym się, gdyby codziennie przed szychtą odmawiała koronkę. I leżała krzyżem przez piętnaście minut.

Przykładowo. Gdy tu u nas niedawno w mieście był z wizytą duszpasterską Jarek, to kobita doświadczyła najwyraźniej jakiegoś przeżycia mistycznego. Oraz iluminacji. Powaga. Oglądałam to w kablówce. Prezes wsiada do fury, macha ręką, a ta wybiega przed tłum, rzuca się, rozumicie na maskę i krzyczy: Niech Bóg prowadzi, dziękujemy za wizytę, do-wi-dze-nia…

I taka siekiera dostała Lucy jak na tacy. Oj, będzie krew sikała. Co prawda, paru ustosunkowanych sadzeniaków Lucyny próbuje sprawę odkręcić, ale przypuszczam, że wątpię.

Mam nadzieje, że kolesina zgnije w lochu albo wyląduje na jakiejś zasłużonej posadce w gminnym ośrodku wspierania rozwoju rolnictwa. Gdyż bądźmy szczerzy. Ja i Lucy tak w oczy to ciuciuciu  i super koleżaneczki, ale tak naprawdę to nienawidzę tej bijaczy  organicznie.

Kiedyś opowiem dlaczemu.

Ha. Jak gdyby nie zakładałam, że mojego blogaska mogą czytać te cipy. Czyli Bogu-nie-miła i Jolanda-Co-Chciała-Niemca. A prawda jest taka, że trochę sobie ostatnio po nich pojeździłam, nieprawdaż. No i Jolanda zadzwoniła do mnie przedwczoraj, ale z taką mordą, że po prostu zdziczałam. Dowiedziałam się między innymi, że jestem nieproduktywna, jałowa i stracona (sic!). Oraz że nikt mnie nie chce i dlatego zawiszczę innym szczęśliwego życia rodzinnego. Oraz że jestem zdegenerowanym kurwiszonem. Powaga, tak mi zasunęła na jednym wydechu.

Nie wierzę. Bo kto to mówi? Ja już nawet nie wspominam o tych naszych pijackich imprezach i czasach, kiedy całą paczką szłyśmy szeroko jak ferrari. Ale Jolanda? Największy wycieruch w mieście od czasów przedantycznych? W porównaniu do jej wyczynów u schyłku podstawówki oraz zasłużonej kolejarskiej sławy w liceum, to ja jestem niewinna jak lelija.

A tak w ogóle, to trzeba z tymi Internetami oraz fejsami uważać. Daleko nie szukając, pięknie się ostatnio nasza koleżanka Lucy wjebała na minę. Gdyż poszła na jakieś balety, gdzie trochę dała w palnik, po czym jej się zebrało na dirty dancing. A świadkowie zajścia powyjmowali smartfony i dawaj, robić zdjęcia. W końcu nie codziennie Pani Naczelnik Wydziału Infrastruktury i Gospodarki Gruntami przemierza z jurnymi chłopiętami parkietu przestrzeń.

Fotki oczywiście wylądowały na fejsbuniu, o czym Lucy nie miała zielonego pojęcia, albowiem zawsze była zdania, że jako osobie publicznej oraz urzędnikowi państwowemu, nie godzi jej się posiadać kont na portalach społecznościowych.

Niestety, jedno drugiemu nie przeszkadza, w związku z czem gawiedź mogła przez dobre dwa dni podziwiać Lucy w najdzikszych fikołkach oraz wykrokach. Z opętańczą radością na twarzy oraz pis end sejten  na co drugim zdjęciu.

A najpiękniejszy był, nieprawdaż, finał całej tej przygody. Ale po kolei. Po pierwsze primo, Lucy przyznaje, że w istocie na tych baletach dała z siebie wszystko i że gdyby foty dotarły do magistratu, to by było ciepło (prywatnie uważam, że jeszcze na nic nie jest za późno, gdyż ja na przykład posiadam na twardzielu kompletny pictorial, ha). Jest tam bowiem zatrudnionych kilka zatwardziałych moherów i strażniczek moralności, które by raczej nie odpuściły i wykorzystały sytuację, by Lucy strącić ze stołka. Szczególnie mając taki pikantny materiał w ręku.

Tak się jednak nie stało, dzięki… ex-facetowi Lucy, który jest psychopatycznym stalkerem i trollem. Który ją tropi, śledzi, dręczy i męczy w imię nieustalonych zasad. A nade wszystko uwielbia wynajdować na nią haki. Nie wiem, doprawdy, jaki jest motor jego działania. W każdym razie Zbyszek, bo tak na imię mendzie, wytropił te foty w Internecie już w kilka minut po emisji. I z wielką satysfakcją podbił do Lucy z tekstami typu: ty parkieciaro, opamiętaj się, ludzie nas wciąż kojarzą, glebę robisz sobie i mnie etc.

- Kij mu w grdykę – skomentowała wczoraj Lucy, kiedyśmy się spotkały na drinku. – Ale dzięki tym jego nękaniom w ogóle wyczaiłam, że takie foty istnieją. I potem to już był pikuś, bo wydzwoniłam ludzi z którymi się bawiłam i kazałam zdjęcia pousuwać… Rzutem na taśmę zresztą, w niedzielę wieczorem. Zanim tajojki zdążyły nad tymi rewelacjami usiąść w poniedziałkowy, biurowy poranek…

Znakiem tego, jest jakiś pożytek z eksów. Chociaż ja prywatnie, to nie mogę sobie takiej pozytywnej historii z mojej kariery przypomnieć.

Raczej odwrotne.

Dni Krzysieńka są chyba policzone. Dogorywa moje uczucie nieuchronnie i słusznie stwierdzono w komentarzach, że wysłucha on niebawem mowy końcowej. Zmęczył mnie, rozumicie. Doprowadził do znużenia straszliwego. Czego organicznie nie cierpię.

Jedną sprawę udało mi się przewalczyć, a mianowicie to jego maniakalne politykowanie. Powiedziałam mu, że sory, przykro mi, jestem głupią, bezideową gęsią, ale już się nawojowałam i nazmieniałam świata. I nie mam siły na sonderkomanda, katynie, platformy, pisy, gowinów, srowinów i inne afery. Nie mam i cześć.

Krzysieniek podumał, podumał i chyba zrozumiał. Ale się wkrótce okazało, że poza tym kłapaniem gębą, to on nie ma nic do zaoferowania. Mówi, to co słyszał w radio i z gazety,  że się tu takim cytatem z klasyka posłużę. A poza tym, to naprawdę chuja ma do gadki. Książek nie czyta, filmami się nie jara, muzyka to byle jaka może być. Którego by radia nie włączyć, to jest okej. Pierwszy stopień umuzykalnienia, czyli gra albo nie gra.

I jakiś taki śledź z niego wyszedł. Wraca z arbeitu, przebiera się w dres i zaczyna się krzątać. A to drzwi naoliwi, a to klameczkę dokręci, a to żarówki będzie zmieniał na jaśniejsze…

- Kurwa, usiądź na dupie – mówię do niego wczoraj – bo ja się zaczynam męczyć od tego twojego kursowania po całym mieszkaniu.

To usiadł, przez pięć minut poczytał Galę i dawaj, teraz będzie segregował gazety i robił recykling. I tłucze się tymi puszkami, wali tymi butelkami… A jest czym się tłuc i walić, bo przerób mam ostatnio jak za starych, dobrych czasów… Nieważne.

I jeszcze się w Krzysieńku obudził masterchef.  Bo się uparł, że będzie dla mnie gotował. Następny mistrz patelni, psiakrew. Więc się dekuje w kuchni, tańcuje tam w fartuszku jak jakaś cipa, podśpiewuje i rypie garnkami, że można dostać pierdolca. A jak już potrawa dochodzi, to następuje najgorsza część programu. Krzysieniek bierze rondel w rękę i wędruje po mieszkaniu, uchylając pokrywkę i rozsiewając zapachy. Na wielki finał podchodzi do mnie, macha mi ścierką przed nosem, żeby te niby bajeczne wonie dotarły do mnie i – zarumieniony oraz szczęśliwy – czeka na oklaski i komplementy.

- Bucu ty żałosny – myślę sobie nie raz i nie dwa. – Przecież ja jestem stara jak dąb Bartek, mężów miałam trzech i te wszystkie numery przerabiałam w pierwszej klasie. Te umizgi, te kolacyjki romantyczne, świeczki, kwiatki, bratki i stokrotki, wierszyki, piosenki z dedykacją, wino, wanny z bąbelkami, kadzidełka i inne cuda wianki…

Nie wiem, może to ja wyzwalam w leszczynach takie instynkty. Może to ja mam napisane na czole: przytul mnie, powachluj, ułóż w różowej pościeli i mi ugotuj zupki… Chudy już tak wokół mnie tańcował, pamiętacie. Potem Adaśko odpierdalał podobne cyrki, ten od puzzli. A to przecież taka pomyłka.

Ja chcę trochę spokoju. Chcę przyjść do domu, puścić jakąś muzę, zrobić se kanapkę z pomidorem, walnąć się w piżamie na kanapę, wrzucić jakiś film, otworzyć browca albo nalać żołądkowej, zrobić paznokcie, strzelić sobie gola, dopić i pójść spać.

Po co ja się tak wikłam?

 

 

Pamiętacie te moje koleżaneczki ze starej paczki? Bo ja jak przez mgłę. Nie widuję już żadnej. No, może poza Jadwinią. Ale to jest inna sprawa, bo póki co, to obie jesteśmy miejscowe. Nieważne.

Jak Wam już kiedyś pisałam, Jolanda pojechała do Reichu i się wydała za jakiegoś Dietera, czy Detlefa, czy tam Manfreda. Nie pamiętam. Przez jakiś czas ją podglądałam na fejsbuniu, ale potem mnie zablokowała, zupełnie nie wiem dlaczego.

Natomiast achtung, achtung, wczoraj znalazłam w necie Bogu-nie-miłą. Gruba jak szafa, ale nie o to chodzi. Otóż, co mnie najbardziej zaskoczyło, nadal jest ona z tym złamasem Stachurskim. Przynajmniej na zdjęciach. Wynika z kontekstu, że sprzedał on (albo przejebał) ten swój biznes z gaśnicami, po czem wyjechali dokąd? No, oczywiście, że do Irlandii.

I teraz przez konto Bogu-nie-miłej mam wgląd w profil Jolandy. Bo to są w ogóle ostatnio wielkie psiapsióły, a zachowują się jakby miały po czternaście lat. Co mnie z lekka szokuje, bo zupełnie niedawno były z nich straszne pistolety i w ogóle Wyższa Szkoła Robienia Bardachy razy pentylion. Bluzgi, balety po świt, tańce na stołach, pełna trzoda.

A teraz to jest jakiś odjazd. Te same nazwiska, te same ryje, ale ktoś je chyba podmienił. Wstawiają sobie nawzajem na fejsbuniu zdjęcia kwiatków na balkonie, kaktusików, hotelików w których spędziły wakacje, drinków z parasolkami, nowych fryzurek, sukieneczek, pazurków i piesków. Do tego, co trzy słowa emotikon. No, zrzygać się można. Oglądałam to wczoraj do nocy i myślałam, że, kurwa, śnię.

Muszę podać jakiś przykład, bo takie pobieżne opisy, to w ogóle nie oddają grozy sytuacji. Weźmy zeszły tydzień. Jolanda wstawia zdjęcie jakichś chabazi na balkonie. I leci taka rozmowa w komentarzach:

- Ojej, Joluś, ale śliczne masz te kwiatuszki, nie za zimno im teraz na werandzie? Moje już pousychały albo potraciły płatki :-( . A ten kaktusik od Ciebie, to nie masz pojęcia jak on ślicznie rośnie. Jak zrobię fotkę, to wstawię, albo Ci wyślę, Kochana :-D .

- Ojejciu, Boguniu, naprawdę? :-(  (chuj wie, dlaczego smutna minka, przecież info o kaktusiku jest wesołe, ale może jej chodzi o te co pousychały). Przyślij mi koniecznie to zdjęcie, bo ten mój kaktusik, z którego Ci dałam szczepkę, to mi zmarniał :-( . Źle zrobiłam, że go zabrałam od okna i dałam na korytarz, bo on jednak powinien być w jasnym.

- Tak, Joluś, możesz go trzymać tam gdzie widno. Ale widzę że ten drugi, to Ci ślicznie kwitnie. Ale cudny jest :-P . A ile ma już kwiatuszków? A on nie zmarznie tak na dworze?

- Nie, Boguniu, bo my mamy oszklony balkon. Dieter oszklił zeszłej wiosny :-D .

- Ojejciu, Joluś, to ja tam wtedy byłam u Ciebie i nic nie zauważyłam. Ale powiem Ci, że pięknie wspominam te odwiedziny u Was. Cudnie było, Kochana :lol: . Musimy się spotkać znowu. Kiedy do nas przyjedziecie?

- Boguś, nie wiem, kochana. Może w lato, dobrze? Tyle mam zajęcia, że nie wiem, w co ręce włożyć. W ogóle, to muszę się chyba zabrać za gotowanie obiadu, bo niedługo Dieter wraca z pracki :-o .

- Oj, to pędź Joluniu, pędź. A co dziś gotujesz, Kochaniutka?

- A zraziki robię, Boguniu, z kaszą :-D .

- Ojejciu, a jaki sosik robisz do nich? Bo ja ostatnio dałam koperkowy, pyszniutkie wyszło, mniam. Mogę Ci wysłać przepis…

- Oj, Boguniu, ale Dieter nie lubi koperku :-| . Ja robię taki jasny, jakby pieczeniowy, na śmietance czternastce, żeby nie był taki bardzo tłusty.

- Ojejciu, to musi być pyszne, Jolciu :-D . A jaką masz dzisiaj suróweczkę? Bo ja, to bym do zrazików podała buraczki.

- Łał! Nie pomyślałam i otworzyłam ogóreczki :roll: .  A takie buraczki, jak jadłyśmy u Ciebie? Z cebulką? To była cebulka, takie pyszniutkie, co wtedy dodałaś, prawda?

- Tak, Joluniu, cebulka, dwie łyżki masełka  i troszkę soczku z cytrynki…

- Ach to cytrynka była…  Muszę to sobie zapisać, Boguniu. A teraz już lecę, buziaczki ;-)  . Jeszcze Ci tylko napiszę, że cudna ta Twoja bluzeczka z tego zdjęcia, co wstawiałaś przedwczoraj.

- Ale która, Jolciu, ta na ramiączkach? Ta?

- Nie, kochana, ta biała, szyfonowa, z tymi bufiastymi rękawkami. Ślicznie Ci w niej… :roll:

- Ach, Jolciu, to stara jest. Tylko mi krawcowa tak ją popuściła pod paszkami i wszyła takie kliniki. Ale cudna jest, prawda? To już dawno ją sobie kupiłam, jak byliśmy ze Staszkiem we Włoszech.

- Ale kiedy, Boguniu, kiedy, w zeszłym roku?

- Nie, kochana, w zeszłym roku to byliśmy razem w Hiszpanii, a potem Wy byliście u nas. Cośmy byli nad tym jeziorkiem :-D .

- Ach wtedy, Boguniu. Ale cudnie było, ja do teraz nie mogę zapomnieć. Cudny mieliśmy ten domek :lol: . Nad samą wodą. Ech, poleżałoby się teraz na słoneczku.

- Oj, żebyś wiedziała, Joluniu, ja tak sobie często myślę, jak to by pięknie było…  Słoneczko, drineczki, woda taka niebieściutka. Teraz taka zimnica u nas, szaro, buro, deszcz ciągle pada. :-( Oj, chciałoby się teraz napić takiego drineczka na słoneczku ;-) .

- Tak, kochana, oj pojechałabym znowu na takie cudne wakacje. Ale to kiedy wy byliście w tych Włoszech, Boguniu? Wtedy, co potem byliście ze Staszkiem u nas?

- Tak, tak, to było, Jolciu, w tym samym roku. Ja sobie wtedy przywiozłam tę bluzkę i taki sweter cudny, taki oliwkowy, pamiętasz? Ale mi się potem zbiegł…  :cry:

- Ach, to dlatego nie widziałam go już na Tobie, jak żeśmy się ostatnio spotkały w maju…

- Oj, to już dawno go wtedy nie miałam, Kochana. Dałam go kuzynce, a ona mi dała taki płaszczyk beżowy, trzyćwierciowy…  :-P

- A czy to ten, Boguniu, co w nim byłaś na tym cudnym zdjęciu, chyba w Hiszpanii?

- Jolciu, to w Polsce było zrobione ;-) . Ty nie pamiętasz tego sklepu, co koło niego stoję?  To ten butik, tam zaraz koło galerii.

- Oj, to ten sam, Boguniu? W ogóle go nie poznałam na zdjęciu. A tam jest dalej ten butik?

- Nie wiem, ale mówiła mi koleżanka, że chyba zmienili na taki pończoszniczo – bieliźniany.

- Łał, cudnie, ale ten płaszczyk, mówię Ci śliczny :roll: . Masz go jeszcze?

- Tak, ale też się trochę zbiegł :-( . Nie wiem, jakoś go już nie lubię tak za bardzo. Ale mam, mam. A dlaczego pytasz?

- A bo ja miałam sobie kupić podobny, tak żeśmy oglądały z Sandrą. Nie, to nie było Sandra.  To z kuzynką moją byłam…

- Tą z Poznania, Joluniu?

- Tak, Boguniu, pamiętasz ją? Ona u nas była z mężem przez kilka dni…  :-D

- Ach, to z nią jest to zdjęcie w tej kawiarni?

- Tak, zabrałam ją tam na ten pyszny placek z wisienkami :-D . Ale my tam, Boguniu też razem byłyśmy…

- No, pamiętam, pamiętam, Joluniu ;-) . Co wtedy miałaś na sobie ten zielony sweterek…

- Tak, dokładnie. Strasznie go lubię, Kochana, mówię Ci. Trochę się na nim porobiły takie kuleczki, ale mi znajoma pokazała, jak to usunąć. I znowu jest jak nowy…  :lol:

- No co Ty, Kochana? Musisz mi podać ten sposób, bo mi się z kolei skulczył ten blezerek :cry: , co miałam go wtedy, jak byłyśmy razem w tym parku, tam u Was koło domu.

- Ale który, Boguniu, ten popielaty?

- Nie, Joluś, ten burgundowy…

 

I tak, kurwa, siedemnaście ekranów.

 

do dna

8 komentarzy

Wróciłam pozawczoraj z Bugarii. Ależ jestem zmęczona. Z nóg lecę. Nie poszłam do firmy w poniedziałek, nie poszłam we wtorek, odpuściłam se również dzisiaj. Coś nie mogę zaskoczyć. Ale po kolei.

Jakoś tak w połowie sierpnia wynalazłam w biurze podróży u nas na stricie fajne last minet, po czym tak trochę na wariata zmontowałam Drużynę Asów w składzie: Jadwinia, Krzysieniek, Jadwiniowy Kolega Wojtek (nie znany mi wcześniej) oraz Mła. Czyli Wyższa Szkoła Robienia Bardachy.

Oj, nie był ten Słoneczny Brzeg – pomimo swojej rozrywkowej sławy - gotowy na taką inwazję barbarzyńców. Ale bez szczegółów. Nikogo już chyba nie interesuje wielka, nieustająca, dwutygodniowa bania, rycie nosem po asfalcie, wywalanie z knajp i podobne brewerie. Więc może poważniej… Tym bardziej, że w drugim tygodniu ostro wyhamowałam, bo miałam na głowie ważniejsze rzeczy natury ekstremalnej. Ale po kolei.

Podczas wywczasu najbardziej cierpiał Krzysieniek, bo nie miał z kim politykować. Owszem, byli tam Polacy, a jakże. Wuchta wiary. Ale jacyś tacy bezideowi. Nie chcieli z nim gadać ani o budżecie, ani o nadużyciach ZUS-u, ani o Smoleńsku. Że nie wspomnę Wołynia, Radomia i Kielc. A próbował Krzysieniek, że się aż siny robił. Bezskutecznie. Inna bajka. Jak nie Polaki. Więc się strasznie miotał ten mój koleżka i go nosiło po całym resorcie. Baba z wozu.

Jadwinia z Wojtkiem jakiś taki mieli indywidualny tryb wczasowania, więc ich tylko spotykałam przy korycie. A i tam z rzadka. Więc się z tego wszystkiego zapisałam na kurs nurkowania. Już tyle razy aplikowałam i zawsze mnie odrzucali w związku ze zbyt wysokim poziomem zagazowania organizmu… Tym razem dałam sobie na wstrzymanie i zamiast baru okupowałam centrum nurkowe.

Powiem tak. Fajna sprawa, ale dupy nie urywało. Wynurkowałam ileś-tam-dziesiąt godzin, potem nawet nastąpiło coś w rodzaju egzaminu i w efekcie dostałam jakiś papier oraz plastikową legitkę ze zdjęciem. Nie wiem, czy to ma jakąkolwiek moc formalną, ale przynajmniej było fajnie. Krzysieniek, który jest najmądrzejszy na świecie, skomentował że powinnam była iść na jakieś PADI. A ten mój certyfikat to podobnież równie dużo znaczy, co dyplom ukończenia przedszkola, „Zuch na Piątkę” albo odznaka „Już pływam”. Ale ja tam swoje wiem.

I bardzo jestem dumna.

 

Wszystko super, ale chyba muszę definitywnie skończyć z tym moim Krzysieńkiem, bo już nie wyrabiam, słowo. Ja jestem – jak powszechnie wiadomo – niespotykanie spokojny człowiek, ale on mnie tym swoim pierdoleniem i politykowaniem wpędza do grobu i mi ciśnienie podnosi do pięciuset.

A wczoraj, to by nas przez te jego mądrości zlinczowali. Dosłownie. Co prawda, tłum był bardziej rozjuszony wywodami Olka, niemniej to Krzysieniek zaczął. Ale może po kolei.

Wybraliśmy się we trójkę na kilka głębszych. Ja, Krzysieniek oraz mój szwagier Olo, który z dziką rozkoszą wyrwał się ze swojego domu wariatów, gdzie podobnież Moja Durna Siostra w temacie chowu niemowląt przechodzi samą siebie. Ale nie o tym.

Przyszliśmy do lokalu, gulnęliśmy, poprawiliśmy i wtedy Krzysieniek się otworzył. Tym razem w temacie sławetnej bitwy pomiędzy chorzowskimi kibolami i meksykańskimi marynarzami. Co to ma wspólnego z polityką, może ktoś spytać. Ach, rebiata, nawet nie wiedzieliście jak wiele. Ja także. Otóż Krzysieniek wygłosił na barze taką mniej więcej teorię. Że ci kibole to od lat tajna broń rządu. I że ich szkolą pod kierunkiem psiarni oraz innych gromów, by potem robić na ulicach porządek z wrogami reżimu.

- Chyba go pojebało – szepnął mi na ucho z lekka przerażony Olek. – Skąd ty go wzięłaś? Z jakiegoś psychiatrowa?

Skąd ja go wzięłam, to jest osobna sprawa i też się nad tym czasem zastanawiam. Ale co mnie zdumiało najbardziej, to fakt, że mnóstwo krzysieńkowych słuchaczy przyklasnęło jego wersji zdarzeń i w ogóle nie wiadomo kiedy rozgorzała wszechpolska dyskusja, z której dowiedziałam się między innymi, że zadyma na plaży to był trening przed listopadowymi manifami na polskich ulicach. Large scale simulation, jak to określił jeden z dyskutantów. Który dodał, że część tych niby kibiców, to są przebrani policjanci oraz komandosi. I że chodzi o zasianie niepokojów społecznych oraz stworzenie tajnej armii, która by w razie czego rozpierdoliła antyrządowe demonstracje…

- Chodź, Ela, napijemy się – jęknął Olo. – Bo mi zaraz coś pęknie. Albo w ogóle zostawmy tych oszołomów i spadajmy stąd, co?

Z perspektywy czasu stwierdzam, że tak właśnie powinniśmy byli zrobić. Bo Olek jest najspokojniejszym, zaraz po mnie, człowiekiem świata. Ale jak się wkurwi albo za dużo gulnie, to wtedy już się dzieją rzeczy straszne i, że tak powiem, karczemne.

Dobra, żeby nie męczyć Czytelników zbytecznymi dłużyznami, to od razu powiem, że Olo dzielnie walczył ze sobą i swoją irytacją aż do momentu, gdy Krzysieniek napomknął o pijanych Meksykanach z nożami w dłoniach, zębach oraz za gumkami kąpielówek. Oraz o podstawionej agentce, która dała se zdjąć ramiączko, by móc chlasnąć Meksykana w pysk, by on ją mógł wtedy zamalować w papę, na co z kolei weszli nasi, niby w obronie czci i honoru kobiety…

Olo słuchał z wyrazem niedowierzania na twarzy, po czym mu szczękę zmarmurzyło, a jego oczy zaszły morderczą mgłą. Chwilę potem przerwał Krzysieńkowi  i go poprosił, by ten łaskawie przestał pierdolić. Po czym spokojnie oświadczył, że kibole z Gdyni to nie żadne bojówki, tylko zwykłe bydło i biała hołota, którą powinno się wysłać na Żuławy albo do innych kamieniołomów. I taką samą białą hołotą są wszyscy, którzy podobne ekscesy popierają i do nich dorabiają ideologię.

Nie trzeba było zbytniej spostrzegawczości, by stwierdzić, że mniej więcej połowa baru wzięła Olowe expose jakby do siebie. Od tej chwili wypadki niespodziewanie nabrały tempa. Olo dostał strzał z nikąd, który rozjuszył go do tego stopnia, że przewrócił chyba ze trzech napastników za jednym pociągnięciem. Po czym się ewakuowaliśmy przez tylne wyjście, by zaraz potem, w biegu i na tygrysa wskakiwać do pędzącej taksówki. Tak to mniej więcej wyglądało. Prawie.

Pierwszy wniosek końcowy jest taki, że dzielnego mam śwagra. Chłop, kuźwa, a nie szelki. Te pizdeczki, z którymi się spotykam, to powinny Olkowi czyścić oficerki. I przynosić w zębach gazetę.

Drugi wniosek końcowy jest taki, że nie chodzę już więcej z facetami do knajpy. Bo to się źle kończy i jeszcze można dostać po kłapaczu. Jakoś tak nigdy nie było żadnej zadymy ani mordoplastyki, gdy wychodziłam z dziewczynami.

No, raz była.

 

No tak. W ferworze tych jadwiniowych spraw zupełnie nam umkła kwestia tego mojego nowego koleżki. Ale tak z perspektywy czasu, to Wam powiem, że nie ma się zbytnio nad czym rozwodzić. No, spotykamy się na płaszczyźnie koleżeńsko – erotyczno – towarzyskiej, ale z drugiej strony…

Ja już jestem znudzona i rozczarowana wszystkim. Seks jest w sumie przereklamowany, faceci tym bardziej. Coraz częściej więc mówię temu Krzysiowi, żeby nie przychodził, poszedł se do kolegów, czy co tam ma innego w planach. A ja sobie wtedy w domu robię solówę, uskuteczniam jakieś manikiury, albo tak sobie tylko leżę i dumam.

Inna sprawa, że ostatnio miewam straszne deprechy i inne doły, toteż chodzę spać taka nadźgana, że nie pamiętam, co jadłam na kolację. Powaga. Więc ewentualne amory też tak tylko odwalam, żeby się nazywało, bo rano i tak sobie niczego nie mogę przypomnieć.

Jest jeszcze jedna okoliczność, która mnie w związku z tym Krzysieńkiem okrutnie denerwuje. Jest on bowiem strasznym wykształciuchem, politykierem i nudziarzem. Żeby było zabawniej, to mu się wydaje, że super istotne rzeczy mi opowiada. I niezwykle interesujące.

Potrafi na przykład snuć opowieści o tym, jak to kancelaria premiera wydała jakieś tam pieniądze niepotrzebnie. Albo że jakiś przetarg zrobili nieprawidłowo. Albo, że jakiś minister coś tam w budżecie spieprzył. Albo że jakiś poseł bzdurę napisał na twiterze, gdzie ja nawet nie wiem, co to jest ten twiter… A najgorsze, jak wjeżdża na drugą swoją pasję, czyli żydowskie pogromy.

Czasami chcę się odmóżdżyć, włączyć jakieś Meet the Fockers  i o niczym nie myśleć, a ten mi wtedy zaczyna opowiadać o jakichś Jedwabnych, Kielcach, Gniewczynach i innych Treblinkach. Po sto razy mu mówię, że sorry, ale mnie to nie interesuje. Trudno, może jestem płytka, może bezideowa, może widzę tylko czubek własnego nosa, ale nic nie poradzę. Nie chcę o tym słuchać, dołuje mnie to i w ogóle nie obchodzi.

Natomiast Krzysieniek z zapałem godnym lepszej sprawy bezustannie próbuje mnie swoimi pasjami zarazić. Mówię mu na przykład przedwczoraj: weź coś fajnego puść, bo taka zjebana jestem po pracy, odpocząć bym chciała i się odprężyć. A on, buch i mi zapodaje Pokłosie. A na deser film archiwalny z wyzwolenia obozu w Bergen – Belsen…

Albo taka akcja. Poszliśmy ostatnio do ludzi, spotkać się, pogrillować, piwa popić i tak dalej. Wszyscy wyluzowani, odstresowani, na dresowo. Tematy się nie wychylają poza tipsy, seriale i tuningowanie golfów… A Krzysieniek wyczekał na chwilę ciszy i dawaj nam strzela wykład o rzeziach na Wołyniu, gwałtach, piłach, widłach i innych siekierach. Ludzi przytkało, zaczęli się na mnie patrzeć jak na kosmitę. Że niby kogo przyprowadziłam… No, takiego mieliśmy grilla.

Zmęczona jestem tym latem i tym Krzysieńkiem.


  • RSS