Alleluja, Szanowni Czytelnicy. Z okazji mijających Świąt życzę Wam Zdrowia, Szczęścia, Wszelkiej Pomyślności i tak dalej. A teraz do rzeczy.

Pomieszaliście kiedyś szkocką, burbona i rum jamajski? Ja pierdolę, wczoraj rano myślałam, że mi ktoś toporem rozłupuje twarzoczaszkę. Gdybym miała trochę więcej władzy w członkach, to bym sobie pewnie podcięła żyły. Albo się dobiła w jakiś inny sposób. Ale po kolei.

Zapowiadały się, nieprawdaż, zgoła inne Święta. Absolutnie. Miałyśmy z Jadwinią zaszyć się w Karpaczu. I jakby były warunki, to jeździć na nartach, a jakby nie było to nie. Ale tak się złożyło, że dwa dni przed wyjazdem Jadwinia dostała zapalenia woreczka żółciowego.

Zadzwoniła już z izby przyjęć, informując mnie, że jej się wreszcie rozjebała wątroba. Dopiero jakiś czas później okazało się, że to nie wątroba a woreczek. Stukilowy kamień spadł mi z serca, bo się początkowo srodze przeraziłam i nawet przez chwilę pomyślałam, że może by przestać pić albo co. Ale już nie ma zagrożenia.

Natomiast w wigilijny poranek grono aniołków powiększyła Ciocia Sabrinka. Wkurwiająca do bólu, ale bądź co bądź kuzynka Matki. Więc w zaistniałej sytuacji, to już się nie mogłam wywekslować z kolacji u Moich Rodziców. Gdzie o dziwo było bardzo fajnie, gites i fajosko. Trochę popłakali, trochę poślimtali, ale potem wrócili na swoje standardowe tory. W końcu po kimś tę fajność mam.

I nawet żeśmy się po północy lekko zbombardowali łiskaczem, którego dostałam od Olka pod choinkę.

Bardzo fajny z niego facet, tak na marginesie. Zmężniał i generalnie urósł w moich oczach, szczególnie po swoim sławetnym występie w restauracji, gdzie nas obronił przed rozsierdzoną hordą kibolo – narodowców. Dojrzałam w nim wówczas zupełnie innego osobnika.

Nie wiem, czy pamiętacie, ale swego czasu, tak ze cztery roki temu, to Olo smalił do mnie cholewki. A ja jego awanse odtrąciłam. Błąd był to. Duży błąd oraz niedopatrzenie.

Ale powróćmy do tematyki świątecznej. Trochę się poszwendałam w to Boże Narodzenie, trochę podzwoniłam, pooglądałam na laptoku Kuchenne Rewolucje, po czym odwiedziłam Jadwinię szalejącą na oddziale wewnętrznym miejscowego szpitala zespolonego. Zadyma poszła o to, że jej w międzyczasie ustały wszystkie objawy, w związku z czym się niezwłocznie chciała wypisać. Na co z koleiprzystać nie chciał ordynator, który stwierdził, że nic nie minęło, stan jest ostry i niezwłocznie należy rozpocząć procedury.

No więc tam posiedziałam ze dwa czasy, posłuchałam tego darcia ryjów oraz jadwiniowych potoczystych bluzgów, a następnie spakowałam wszystkie przyniesione dary, puściwszy mimo uszu uwagę pielęgniarki, że trzeba chyba być idiotką, żeby pacjentowi z ostrym zapaleniem pęcherzyka żółciowego przynosić barszcz na zakwasie, uszka z grzybami, marynowanego śledzika, duszone smardze oraz sandacza po kijowsku.

Gdyby nie święta, to by durna pipeta za tę idiotkę zaraz wyłapała bochniaka. Ale ze względu na uroczystą aurę oraz wszechobecną magię, postanowiłam wybaczyć zasłyszaną obelgę, a całą sprawę zbagatelizować i odejść z godnością.

Co zrobiłam, po czym, jakoś tak na automatycznym pilocie, kroki swe skierowałam ku domowi rodzinnemu. Gdzieśmy z Olem dopili tę wigilijną whisky, bo trochę jej pozostało z dnia poprzedniego. Zwłaszcza że poza nami, nie ma w rodzinie amatorów takich wykwintnych trunków, tfu.

Po czym, w ramach klubbingu przeteleportowaliśmy się do domu Olów, zakupiwszy po drodze flakon dżeka. Nie za duży, nie za mały a w sam raz. I śmy sobie, pod świąteczne filmy niespiesznie kontynuowali konsumpcję.

Ja wiem, że Olo ma dziecko i żonę, moją rodzoną siostrę zresztą. Zdaję też sobie sprawę, że poniekąd za moją sprawą nie poświęcił im w te święta dostatecznie dużo czasu. Ale po pierwsze – nie demonizujmy. A po drugie – z wizytą przybyły również dwie koleżanki Gosiaczka, z którymi sobie ona świergoliła w najlepsze, wymieniając się najnowszymi doniesieniami na temat zasypek, szczepionek i innych rajtuzko-śpioszków.

Podczas gdy my z Olem waliliśmy stakana za stakanem. Aż nam się kole dziesiątej skończył dżek, na co Olo puścił do mnie oko i powiedział, ażebym ducha nie gasiła, gdyż on ma zakitranego w biurku małego Kapitana Morgana.

Mały to, jak się okazuje, rzecz szalenie względna. W każdym razie nawaliliśmy się do imentu. Gosiaczek który przyszedł nas sobie w pewnej chwili obejrzeć, stwierdził, że oboje porozumiewaliśmy się już naówczas w kompletnie nieznanym narzeczu, tytułując ją – o zgrozo – nieboszczką Ciocią Sabrinką.

Ponadto podobnież śpiewaliśmy, co w przypadku Olka jest ewenementem skończonym, gdyż go nigdy nie słyszałam w akcji. Czego nie można powiedzieć o mnie, bo kilkakrotnie zdarzyło mi się w wódczanej malignie dorwać do mikrofonu, gdzie się między innymi wcielałam w Posh Spice, Fergie, Szakirę oraz Pink.

Tak więc Moja Durna Siostra (którą w tym roku dotknął jakiś cud bożenarodzeniowy, gdyż się prawie wcale nie przypierdalała)  doniosła, że pojechaliśmy repertuarem zaczerpniętym z festiwali piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu. Ale nam w zabawie nie przeszkadzała, gdyż po pierwsze primo – śpiewaliśmy względnie cicho, a po drugie primo – Esmeralda spokojnie spała w innej części mieszkania.

Z kronikarskiej rzetelności – Olo podobnież przez dobre pół godziny śpiewał na repeacie piosenkę o strzelcu podhalańskim, którego zwabiła dziewczyna na pachnące siano, ale rano uciekł, bo we wojsku mniej słodyczy lecz robota lżejsza. Ja zaś mu wtórowałam tematycznie, głosząc że góry nasze góry, będziemy was wiernie strzec, mamy rozkaz was ochronić, albo na dnie waszym z honorem lec…

Ja, nieprawdaż, posiadam wyższe wykształcenie salonowe. Więc wiem, kiedy przestać, wstać i wyjść. Toteż kole pierwszej stwierdziłam, że pora trąbić odwrót. Co prawda Olowie mnie nakłaniali, bym u nich nocowała, ale stwierdziłam, że jak rzygać to tylko u siebie. Bo taka jest prawda, że bez mojej ulubionej, niebieskiej miski plastikowej nie dam rady. Może mnie rwać nieprzytomnie, może mi materiał podchodzić ponad stan alarmowy, ale nie popuszczę.

Zamówiłam więc taksówkę i pomknęłam do domu. Wyjątkowo bez międzylądowania na żadnym Shellu czy innej Petrochemii.

Resztę znacie.