Wciąż mnie bardzo intryguje i – co tu kryć – trochę niepokoi kompletna cisza oraz brak jakichkolwiek doniesień z obozu Lucy. Oraz wszelkich innych obozów, w tym policyjnego. Wciąż się też liczę z faktem, że mnie najdzie ten kafar, z zamiarem bezpośrednim wytargania za kudły, tudzież  oblania kwasem. Zdarza mi się więc, szczególnie gdy siedzę sama w biurze, że z pewną taką nieśmiałością oraz sporą dozą przejęcia zerkam w stronę drzwi.

Co prawda po sąsiedzku lokal wynajmuje radca handlowy Pan Mietek, ale podejrzewam, że zanim by przybył z odsieczą, to już by było po wszystkim. A poza tym z Pana Mietka to tyle pożytku, co z psa gnoju. Szelki, a nie chłop.

Jakiś rok temu, jednej takiej szemranej bizneswoman  od lombardów i kantorów coś tam źle poradziłam, w wyniku czego fiskus, trochę bez zdania racji wsiadł na jej wszystkie konta bankowe. Baba przyszła z reklamacją w towarzystwie kompletnie świrniętego wąsa, który mi zaczął walić rękami w biurko, rozwalać papiery i rzucać laptopem.

Pan Mietek zaniepokojony hałasami przydreptał, po czym opierając się o framugę, popijał kawkę i zacieszał. Czyli że w razie czego, to na niego liczyć nie mogę.

Jadwinia, która jak wiadomo ma same świetne pomysły, sugeruje aby się przyczaić i sklepać Lucy jeszcze raz. Póki jeszcze nie wykonała ona żadnego ruchu. Ot, tak dla wprowadzenia aury terroru, pierwiastka dezorientacji oraz efektu zaskoczenia. Tudzież jako chamski pokaz  siły, który z reguły działa.

Super plan.