Wczoraj miała miejsce dość nieprzyjemna sytuacja. Biję się w moją bujną pierś i szczerze boleję. Nie chciałam tego. A tym bardziej nie planowałam. Totalnie mnie akcja zaskoczyła i to chyba tylko domieszka krwi tatarskiej sprawiła, że wypadki potoczyły się tak a nie inaczej. Ale może po kolei.

Poszłam nieprawdaż na Andrzejki do takiej dosyć porządnej restauracji. Gdzie się – uwzględniając klasę lokalu oraz rodzaj klienteli – żadne karczemne awantury teoretycznie nie powinny wydarzać. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Jako że u nas w metropolii przyzwoitych lokali, to jest chyba ze cztery na krzyż, tedy zebrał się tam ferajny kwiat. I radni, i bizmesmeni, i przedstawiciele lokalnej palestry, i nawet mój lekarz rodzinny z nową dupą się pojawił. Nieważne.

Traf chciał, że przybyła również Lucy. Tradycyjnie bez swojego aktualnego partnera wagi superciężkiej, za to otoczona wianuszkiem pierdolniętych koleżaneczek typu dzidzia-piernik. Czyli cztery dychy na karku, ale na dupie gumy za małe o dwa numery. Plus przeźroczyste bluzeczki, końskie ogony, bransoletki z Bravo Girl, sandałki a’la Miley Cyrus i kilo brokatu na ryju oraz dekolcie.

I wszystko początkowo było fajnie, cześć cześć, jakiś small talk przy barze, ale generalnie każdy się bawił w swojej podgrupie. Kole jedenastej się przy stoliku Lucy zrobił lekki bardak. Ale trzeba przyznać, że chyba trochę za bardzo zróżnicowali oni gamę spożywanych trunków. Ja im nie wyliczam, ale jak ktoś miesza piwo, wódkę, dżeka, szampana, dżin i śliwowicę, to to się nie ma prawa skończyć dobrze.

No i stało się to, co miało się stać. Poszłam ja w pewnej chwili do klopa poprawić urodę, stoję przed lustrem, coś tam rzeźbię, a tu wtem nagle ktoś mi daje z chleba w plecy. Odwracam się a tam pijaniutka Lucy z lekko rozmytym, niemniej morderczym wzrokiem. I mi wali bez wstępów w słowa mniej więcej te:

- Ty dziwko jedna, to ty wysłałaś moje zdjęcia do starej. Ja się teraz przez ciebie, szmato, muszę gimnastykować, żeby nie pójść na bruk. Ale z ciebie wyszła blachara…

Tu już jej przerwałam, bo do trzech razy sztuka. Dziwkę i szmatę jakoś przebolałam, ale przy blacharze, to już mi zmarmurzyło szczękę i w kamień zwarło dłoń. Jednakowoż pomna niedawnych przygód Jadwini, oskarżeń, obdukcji, chwiejących się zębów i poprzestawianych przegród nosowych, postanowiłam oszczędzić buziuchny Lucy. I walić na korpus.

Wyprowadziłam więc szybkiego haka w splot, pamiętając o lekkim wysunięciu środkowego palca, czyli sztuczce, którą swego czasu podłapałam od niejakiego Bonusa BGC.

Lucy się przepisowo złożyła w scyzoryk, ale ku mojemu zaskoczeniu dość szybko powróciła do pionu. I mnie, wyobraźcie sobie, pociągnęła z bańki. Nie za mocno, ale zawsze.

Zdziczałam, po prostu mnie zamurowało. Jeszcze mnie nikt, nigdy przenigdy nie próbował uderzyć głową. Widziałam, co prawda, podobne techniki na filmach bandycko – napadalskich, tudzież w reportażach z ustawek kibolskich. Ale zawsze postrzegałam to jako szczyt buractwa, chamstwa i barbarzyństwa. I od lat pozostawałam w świętym przekonaniu, że tylko najgorsza karkówa tak się zachowuje. Oraz ruska mafia.

Poszła mi ta bomba na podbródek i dolną szczękę. Ale tak, że zobaczyłam gwiazdy i mi się włączył tryb kill’im. Nie wnikając więc w ewentualne konsekwencje zastosowałam kolejną technikę podpatrzoną u Bonusa. Czyli buła i poprawka z łokcia. Gdybym nie była w sukience, to bym jeszcze zasunęła kujawiaczka, ale ostatecznie odpuściłam.

Ha. Na taki zestaw, to już nie ma mocnych. Szczególnie jeśli wykonany z sercem i odpowiednim przyłożeniem. Lucy w okamżiku zalała się krwią serdeczną, ale traf chciał, że w tej samej chwili do klopa weszły jakieś dwie fruźki. Więc się Lucy szybko wysmarkała do zlewu, przemyła twarz i zaczęła przed tamtymi palić głupa, że coś jest chyba osłabiona ostatnio, albo jej popękały jakieś naczynka, bo ciągle krwawi z nosa.

Laski chyba to kupiły, ale ja nie czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. A że mi Lucy ten wieczór kompletnie zjebała , tedy się grzecznie pożegnałam ze swoim towarzystwem, zamówiłam taryfę i pocięłam do domu. Z małym międzylądowaniem na shellu. Nieważne.

Trochę się jeszcze pokręciłam po chacie, coś tam pooglądałam w telewizji, po czym z braku lepszego zajęcia dałam po sprężynach. Ale źle spałam. I nerwowo, kurcze. Bałam się, że przyjdą nocą i kolbami w drzwi załomocą. Czyli że Lucy zgłosiła sprawę na psiarnię.

Ale najwidoczniej poniechała. Tym bardziej, że gadałam dziś z ludźmi, którzy tam wczoraj byli i… zero tematu. Nikt nie komentował, nikt nie przeżywał, milicji nie było. Jakby nikt w ogóle sprawy nie zauważył. Ha. Może się Lucy nie pochwaliła, że dostała po ryju. Pewnikiem zamierza problem załatwić inaczej. Mam nadzieję, że nie naśle na mnie tego swojego bolka. Tak czy inaczej, coś wisi w powietrzu.

I’m lovin’ it.