Ha. Jak gdyby nie zakładałam, że mojego blogaska mogą czytać te cipy. Czyli Bogu-nie-miła i Jolanda-Co-Chciała-Niemca. A prawda jest taka, że trochę sobie ostatnio po nich pojeździłam, nieprawdaż. No i Jolanda zadzwoniła do mnie przedwczoraj, ale z taką mordą, że po prostu zdziczałam. Dowiedziałam się między innymi, że jestem nieproduktywna, jałowa i stracona (sic!). Oraz że nikt mnie nie chce i dlatego zawiszczę innym szczęśliwego życia rodzinnego. Oraz że jestem zdegenerowanym kurwiszonem. Powaga, tak mi zasunęła na jednym wydechu.

Nie wierzę. Bo kto to mówi? Ja już nawet nie wspominam o tych naszych pijackich imprezach i czasach, kiedy całą paczką szłyśmy szeroko jak ferrari. Ale Jolanda? Największy wycieruch w mieście od czasów przedantycznych? W porównaniu do jej wyczynów u schyłku podstawówki oraz zasłużonej kolejarskiej sławy w liceum, to ja jestem niewinna jak lelija.

A tak w ogóle, to trzeba z tymi Internetami oraz fejsami uważać. Daleko nie szukając, pięknie się ostatnio nasza koleżanka Lucy wjebała na minę. Gdyż poszła na jakieś balety, gdzie trochę dała w palnik, po czym jej się zebrało na dirty dancing. A świadkowie zajścia powyjmowali smartfony i dawaj, robić zdjęcia. W końcu nie codziennie Pani Naczelnik Wydziału Infrastruktury i Gospodarki Gruntami przemierza z jurnymi chłopiętami parkietu przestrzeń.

Fotki oczywiście wylądowały na fejsbuniu, o czym Lucy nie miała zielonego pojęcia, albowiem zawsze była zdania, że jako osobie publicznej oraz urzędnikowi państwowemu, nie godzi jej się posiadać kont na portalach społecznościowych.

Niestety, jedno drugiemu nie przeszkadza, w związku z czem gawiedź mogła przez dobre dwa dni podziwiać Lucy w najdzikszych fikołkach oraz wykrokach. Z opętańczą radością na twarzy oraz pis end sejten  na co drugim zdjęciu.

A najpiękniejszy był, nieprawdaż, finał całej tej przygody. Ale po kolei. Po pierwsze primo, Lucy przyznaje, że w istocie na tych baletach dała z siebie wszystko i że gdyby foty dotarły do magistratu, to by było ciepło (prywatnie uważam, że jeszcze na nic nie jest za późno, gdyż ja na przykład posiadam na twardzielu kompletny pictorial, ha). Jest tam bowiem zatrudnionych kilka zatwardziałych moherów i strażniczek moralności, które by raczej nie odpuściły i wykorzystały sytuację, by Lucy strącić ze stołka. Szczególnie mając taki pikantny materiał w ręku.

Tak się jednak nie stało, dzięki… ex-facetowi Lucy, który jest psychopatycznym stalkerem i trollem. Który ją tropi, śledzi, dręczy i męczy w imię nieustalonych zasad. A nade wszystko uwielbia wynajdować na nią haki. Nie wiem, doprawdy, jaki jest motor jego działania. W każdym razie Zbyszek, bo tak na imię mendzie, wytropił te foty w Internecie już w kilka minut po emisji. I z wielką satysfakcją podbił do Lucy z tekstami typu: ty parkieciaro, opamiętaj się, ludzie nas wciąż kojarzą, glebę robisz sobie i mnie etc.

- Kij mu w grdykę – skomentowała wczoraj Lucy, kiedyśmy się spotkały na drinku. – Ale dzięki tym jego nękaniom w ogóle wyczaiłam, że takie foty istnieją. I potem to już był pikuś, bo wydzwoniłam ludzi z którymi się bawiłam i kazałam zdjęcia pousuwać… Rzutem na taśmę zresztą, w niedzielę wieczorem. Zanim tajojki zdążyły nad tymi rewelacjami usiąść w poniedziałkowy, biurowy poranek…

Znakiem tego, jest jakiś pożytek z eksów. Chociaż ja prywatnie, to nie mogę sobie takiej pozytywnej historii z mojej kariery przypomnieć.

Raczej odwrotne.