Dni Krzysieńka są chyba policzone. Dogorywa moje uczucie nieuchronnie i słusznie stwierdzono w komentarzach, że wysłucha on niebawem mowy końcowej. Zmęczył mnie, rozumicie. Doprowadził do znużenia straszliwego. Czego organicznie nie cierpię.

Jedną sprawę udało mi się przewalczyć, a mianowicie to jego maniakalne politykowanie. Powiedziałam mu, że sory, przykro mi, jestem głupią, bezideową gęsią, ale już się nawojowałam i nazmieniałam świata. I nie mam siły na sonderkomanda, katynie, platformy, pisy, gowinów, srowinów i inne afery. Nie mam i cześć.

Krzysieniek podumał, podumał i chyba zrozumiał. Ale się wkrótce okazało, że poza tym kłapaniem gębą, to on nie ma nic do zaoferowania. Mówi, to co słyszał w radio i z gazety,  że się tu takim cytatem z klasyka posłużę. A poza tym, to naprawdę chuja ma do gadki. Książek nie czyta, filmami się nie jara, muzyka to byle jaka może być. Którego by radia nie włączyć, to jest okej. Pierwszy stopień umuzykalnienia, czyli gra albo nie gra.

I jakiś taki śledź z niego wyszedł. Wraca z arbeitu, przebiera się w dres i zaczyna się krzątać. A to drzwi naoliwi, a to klameczkę dokręci, a to żarówki będzie zmieniał na jaśniejsze…

- Kurwa, usiądź na dupie – mówię do niego wczoraj – bo ja się zaczynam męczyć od tego twojego kursowania po całym mieszkaniu.

To usiadł, przez pięć minut poczytał Galę i dawaj, teraz będzie segregował gazety i robił recykling. I tłucze się tymi puszkami, wali tymi butelkami… A jest czym się tłuc i walić, bo przerób mam ostatnio jak za starych, dobrych czasów… Nieważne.

I jeszcze się w Krzysieńku obudził masterchef.  Bo się uparł, że będzie dla mnie gotował. Następny mistrz patelni, psiakrew. Więc się dekuje w kuchni, tańcuje tam w fartuszku jak jakaś cipa, podśpiewuje i rypie garnkami, że można dostać pierdolca. A jak już potrawa dochodzi, to następuje najgorsza część programu. Krzysieniek bierze rondel w rękę i wędruje po mieszkaniu, uchylając pokrywkę i rozsiewając zapachy. Na wielki finał podchodzi do mnie, macha mi ścierką przed nosem, żeby te niby bajeczne wonie dotarły do mnie i – zarumieniony oraz szczęśliwy – czeka na oklaski i komplementy.

- Bucu ty żałosny – myślę sobie nie raz i nie dwa. – Przecież ja jestem stara jak dąb Bartek, mężów miałam trzech i te wszystkie numery przerabiałam w pierwszej klasie. Te umizgi, te kolacyjki romantyczne, świeczki, kwiatki, bratki i stokrotki, wierszyki, piosenki z dedykacją, wino, wanny z bąbelkami, kadzidełka i inne cuda wianki…

Nie wiem, może to ja wyzwalam w leszczynach takie instynkty. Może to ja mam napisane na czole: przytul mnie, powachluj, ułóż w różowej pościeli i mi ugotuj zupki… Chudy już tak wokół mnie tańcował, pamiętacie. Potem Adaśko odpierdalał podobne cyrki, ten od puzzli. A to przecież taka pomyłka.

Ja chcę trochę spokoju. Chcę przyjść do domu, puścić jakąś muzę, zrobić se kanapkę z pomidorem, walnąć się w piżamie na kanapę, wrzucić jakiś film, otworzyć browca albo nalać żołądkowej, zrobić paznokcie, strzelić sobie gola, dopić i pójść spać.

Po co ja się tak wikłam?