Wróciłam pozawczoraj z Bugarii. Ależ jestem zmęczona. Z nóg lecę. Nie poszłam do firmy w poniedziałek, nie poszłam we wtorek, odpuściłam se również dzisiaj. Coś nie mogę zaskoczyć. Ale po kolei.

Jakoś tak w połowie sierpnia wynalazłam w biurze podróży u nas na stricie fajne last minet, po czym tak trochę na wariata zmontowałam Drużynę Asów w składzie: Jadwinia, Krzysieniek, Jadwiniowy Kolega Wojtek (nie znany mi wcześniej) oraz Mła. Czyli Wyższa Szkoła Robienia Bardachy.

Oj, nie był ten Słoneczny Brzeg – pomimo swojej rozrywkowej sławy - gotowy na taką inwazję barbarzyńców. Ale bez szczegółów. Nikogo już chyba nie interesuje wielka, nieustająca, dwutygodniowa bania, rycie nosem po asfalcie, wywalanie z knajp i podobne brewerie. Więc może poważniej… Tym bardziej, że w drugim tygodniu ostro wyhamowałam, bo miałam na głowie ważniejsze rzeczy natury ekstremalnej. Ale po kolei.

Podczas wywczasu najbardziej cierpiał Krzysieniek, bo nie miał z kim politykować. Owszem, byli tam Polacy, a jakże. Wuchta wiary. Ale jacyś tacy bezideowi. Nie chcieli z nim gadać ani o budżecie, ani o nadużyciach ZUS-u, ani o Smoleńsku. Że nie wspomnę Wołynia, Radomia i Kielc. A próbował Krzysieniek, że się aż siny robił. Bezskutecznie. Inna bajka. Jak nie Polaki. Więc się strasznie miotał ten mój koleżka i go nosiło po całym resorcie. Baba z wozu.

Jadwinia z Wojtkiem jakiś taki mieli indywidualny tryb wczasowania, więc ich tylko spotykałam przy korycie. A i tam z rzadka. Więc się z tego wszystkiego zapisałam na kurs nurkowania. Już tyle razy aplikowałam i zawsze mnie odrzucali w związku ze zbyt wysokim poziomem zagazowania organizmu… Tym razem dałam sobie na wstrzymanie i zamiast baru okupowałam centrum nurkowe.

Powiem tak. Fajna sprawa, ale dupy nie urywało. Wynurkowałam ileś-tam-dziesiąt godzin, potem nawet nastąpiło coś w rodzaju egzaminu i w efekcie dostałam jakiś papier oraz plastikową legitkę ze zdjęciem. Nie wiem, czy to ma jakąkolwiek moc formalną, ale przynajmniej było fajnie. Krzysieniek, który jest najmądrzejszy na świecie, skomentował że powinnam była iść na jakieś PADI. A ten mój certyfikat to podobnież równie dużo znaczy, co dyplom ukończenia przedszkola, „Zuch na Piątkę” albo odznaka „Już pływam”. Ale ja tam swoje wiem.

I bardzo jestem dumna.