Wszystko super, ale chyba muszę definitywnie skończyć z tym moim Krzysieńkiem, bo już nie wyrabiam, słowo. Ja jestem – jak powszechnie wiadomo – niespotykanie spokojny człowiek, ale on mnie tym swoim pierdoleniem i politykowaniem wpędza do grobu i mi ciśnienie podnosi do pięciuset.

A wczoraj, to by nas przez te jego mądrości zlinczowali. Dosłownie. Co prawda, tłum był bardziej rozjuszony wywodami Olka, niemniej to Krzysieniek zaczął. Ale może po kolei.

Wybraliśmy się we trójkę na kilka głębszych. Ja, Krzysieniek oraz mój szwagier Olo, który z dziką rozkoszą wyrwał się ze swojego domu wariatów, gdzie podobnież Moja Durna Siostra w temacie chowu niemowląt przechodzi samą siebie. Ale nie o tym.

Przyszliśmy do lokalu, gulnęliśmy, poprawiliśmy i wtedy Krzysieniek się otworzył. Tym razem w temacie sławetnej bitwy pomiędzy chorzowskimi kibolami i meksykańskimi marynarzami. Co to ma wspólnego z polityką, może ktoś spytać. Ach, rebiata, nawet nie wiedzieliście jak wiele. Ja także. Otóż Krzysieniek wygłosił na barze taką mniej więcej teorię. Że ci kibole to od lat tajna broń rządu. I że ich szkolą pod kierunkiem psiarni oraz innych gromów, by potem robić na ulicach porządek z wrogami reżimu.

- Chyba go pojebało – szepnął mi na ucho z lekka przerażony Olek. – Skąd ty go wzięłaś? Z jakiegoś psychiatrowa?

Skąd ja go wzięłam, to jest osobna sprawa i też się nad tym czasem zastanawiam. Ale co mnie zdumiało najbardziej, to fakt, że mnóstwo krzysieńkowych słuchaczy przyklasnęło jego wersji zdarzeń i w ogóle nie wiadomo kiedy rozgorzała wszechpolska dyskusja, z której dowiedziałam się między innymi, że zadyma na plaży to był trening przed listopadowymi manifami na polskich ulicach. Large scale simulation, jak to określił jeden z dyskutantów. Który dodał, że część tych niby kibiców, to są przebrani policjanci oraz komandosi. I że chodzi o zasianie niepokojów społecznych oraz stworzenie tajnej armii, która by w razie czego rozpierdoliła antyrządowe demonstracje…

- Chodź, Ela, napijemy się – jęknął Olo. – Bo mi zaraz coś pęknie. Albo w ogóle zostawmy tych oszołomów i spadajmy stąd, co?

Z perspektywy czasu stwierdzam, że tak właśnie powinniśmy byli zrobić. Bo Olek jest najspokojniejszym, zaraz po mnie, człowiekiem świata. Ale jak się wkurwi albo za dużo gulnie, to wtedy już się dzieją rzeczy straszne i, że tak powiem, karczemne.

Dobra, żeby nie męczyć Czytelników zbytecznymi dłużyznami, to od razu powiem, że Olo dzielnie walczył ze sobą i swoją irytacją aż do momentu, gdy Krzysieniek napomknął o pijanych Meksykanach z nożami w dłoniach, zębach oraz za gumkami kąpielówek. Oraz o podstawionej agentce, która dała se zdjąć ramiączko, by móc chlasnąć Meksykana w pysk, by on ją mógł wtedy zamalować w papę, na co z kolei weszli nasi, niby w obronie czci i honoru kobiety…

Olo słuchał z wyrazem niedowierzania na twarzy, po czym mu szczękę zmarmurzyło, a jego oczy zaszły morderczą mgłą. Chwilę potem przerwał Krzysieńkowi  i go poprosił, by ten łaskawie przestał pierdolić. Po czym spokojnie oświadczył, że kibole z Gdyni to nie żadne bojówki, tylko zwykłe bydło i biała hołota, którą powinno się wysłać na Żuławy albo do innych kamieniołomów. I taką samą białą hołotą są wszyscy, którzy podobne ekscesy popierają i do nich dorabiają ideologię.

Nie trzeba było zbytniej spostrzegawczości, by stwierdzić, że mniej więcej połowa baru wzięła Olowe expose jakby do siebie. Od tej chwili wypadki niespodziewanie nabrały tempa. Olo dostał strzał z nikąd, który rozjuszył go do tego stopnia, że przewrócił chyba ze trzech napastników za jednym pociągnięciem. Po czym się ewakuowaliśmy przez tylne wyjście, by zaraz potem, w biegu i na tygrysa wskakiwać do pędzącej taksówki. Tak to mniej więcej wyglądało. Prawie.

Pierwszy wniosek końcowy jest taki, że dzielnego mam śwagra. Chłop, kuźwa, a nie szelki. Te pizdeczki, z którymi się spotykam, to powinny Olkowi czyścić oficerki. I przynosić w zębach gazetę.

Drugi wniosek końcowy jest taki, że nie chodzę już więcej z facetami do knajpy. Bo to się źle kończy i jeszcze można dostać po kłapaczu. Jakoś tak nigdy nie było żadnej zadymy ani mordoplastyki, gdy wychodziłam z dziewczynami.

No, raz była.