No tak. W ferworze tych jadwiniowych spraw zupełnie nam umkła kwestia tego mojego nowego koleżki. Ale tak z perspektywy czasu, to Wam powiem, że nie ma się zbytnio nad czym rozwodzić. No, spotykamy się na płaszczyźnie koleżeńsko – erotyczno – towarzyskiej, ale z drugiej strony…

Ja już jestem znudzona i rozczarowana wszystkim. Seks jest w sumie przereklamowany, faceci tym bardziej. Coraz częściej więc mówię temu Krzysiowi, żeby nie przychodził, poszedł se do kolegów, czy co tam ma innego w planach. A ja sobie wtedy w domu robię solówę, uskuteczniam jakieś manikiury, albo tak sobie tylko leżę i dumam.

Inna sprawa, że ostatnio miewam straszne deprechy i inne doły, toteż chodzę spać taka nadźgana, że nie pamiętam, co jadłam na kolację. Powaga. Więc ewentualne amory też tak tylko odwalam, żeby się nazywało, bo rano i tak sobie niczego nie mogę przypomnieć.

Jest jeszcze jedna okoliczność, która mnie w związku z tym Krzysieńkiem okrutnie denerwuje. Jest on bowiem strasznym wykształciuchem, politykierem i nudziarzem. Żeby było zabawniej, to mu się wydaje, że super istotne rzeczy mi opowiada. I niezwykle interesujące.

Potrafi na przykład snuć opowieści o tym, jak to kancelaria premiera wydała jakieś tam pieniądze niepotrzebnie. Albo że jakiś przetarg zrobili nieprawidłowo. Albo, że jakiś minister coś tam w budżecie spieprzył. Albo że jakiś poseł bzdurę napisał na twiterze, gdzie ja nawet nie wiem, co to jest ten twiter… A najgorsze, jak wjeżdża na drugą swoją pasję, czyli żydowskie pogromy.

Czasami chcę się odmóżdżyć, włączyć jakieś Meet the Fockers  i o niczym nie myśleć, a ten mi wtedy zaczyna opowiadać o jakichś Jedwabnych, Kielcach, Gniewczynach i innych Treblinkach. Po sto razy mu mówię, że sorry, ale mnie to nie interesuje. Trudno, może jestem płytka, może bezideowa, może widzę tylko czubek własnego nosa, ale nic nie poradzę. Nie chcę o tym słuchać, dołuje mnie to i w ogóle nie obchodzi.

Natomiast Krzysieniek z zapałem godnym lepszej sprawy bezustannie próbuje mnie swoimi pasjami zarazić. Mówię mu na przykład przedwczoraj: weź coś fajnego puść, bo taka zjebana jestem po pracy, odpocząć bym chciała i się odprężyć. A on, buch i mi zapodaje Pokłosie. A na deser film archiwalny z wyzwolenia obozu w Bergen – Belsen…

Albo taka akcja. Poszliśmy ostatnio do ludzi, spotkać się, pogrillować, piwa popić i tak dalej. Wszyscy wyluzowani, odstresowani, na dresowo. Tematy się nie wychylają poza tipsy, seriale i tuningowanie golfów… A Krzysieniek wyczekał na chwilę ciszy i dawaj nam strzela wykład o rzeziach na Wołyniu, gwałtach, piłach, widłach i innych siekierach. Ludzi przytkało, zaczęli się na mnie patrzeć jak na kosmitę. Że niby kogo przyprowadziłam… No, takiego mieliśmy grilla.

Zmęczona jestem tym latem i tym Krzysieńkiem.