Dobra, już jestem. Trochę mnie zassało, gdyż miałam tu małą sodomię z pogorią. Ale wszystko pochytałam. To teraz do rzeczy. Jadwinia zwala wszystkie telefony od Wczasowego. Stwierdziła, że nie będzie mu ratować małżeństwa, bo ma ważniejsze sprawy na głowie. Gdyż się intensywnie leczy. Ha, trochę od niej ta kuracja wymaga wyrzeczeń. Sami rozumiecie. Przede wszystkim wskazana jest nieprawdaż wstrzemięźliwość, co Jadwini przychodzi najtrudniej, gdyż jest z niej legendarna swędzibrocha, co już Szanowni Czytelnicy niejednokrotnie mieli okazję zaobserwować.

Z początku ją nosiło straszliwie i właściwie to nie nadawała się do życia społecznego, albowiem znajdowała się w stanie permanentnego wkurwu. Po tygodniu poszła jednak do zaprzyjaźnionego szrinka, któremu wyłuszczyła złożoność swojej sytuacji i poprosiła o wyznaczenie pokuty oraz rozgrzeszenia. I wypisanie recepty na jakiś brom.

Teoretycznie w trakcie kuracji można teges, ale w przypadku Jadwini występują trzy przeciwwskazania. Po pierwsze, organicznie nie toleruje ona gumek. Woli wcale. Po drugie, twierdzi że ma uraz psychofizyczny, połączony z nieuzasadnionym przekonaniem, że tam  się nadal coś babrze, jątrzy, cieknie, puchnie, swędzi i ropieje. Po trzecie – nie godzi się podawać zarazy dalej, a zabezpieczenia niestety odpadają. Patrz punkt pierwszy.

Ja na szczęście nie dopuszczam do podobnych sytuacji. W związku z czym uwikłałam się ostatnio w krótkodystansowy, ognisty romans z silnym podtekstem erotycznym. Ale po kolei. Ja jednak jestem dziewczę jarmarczne i wszystko co w moim życiu najpiękniejsze rozgrywa się w sceneriach połączonych z dniami miasta, latami agatowymi, świętami ceramiki i podobnymi chamskimi spędami.

Na jednym z takich kolorowych jarmarków zapoznałam koleżkę, tradycyjnie z niższej grupy demograficznej, ale to chyba oczywiste, że nie rozglądam się za chłopcami z mojego rocznika. Którzy albo już brzuchaci, albo stosownej mocy na wtryskarce nie posiadają, ewentualnie weekendy mają zajęte opieką nad wnukami. No, taka prawda.

Ja już to chyba kiedyś mówiłam, że na przestrzeni lat wyrobiłam sobie taki instynkt łowcy. I od razu wiem, czy seks będzie dobry, czy też się wpierdolę w jakieś emocjonalno – neurotyczne korowody.

Nie wiem, czy Wam opowiadałam. Napotkałam kiedyś dawno – nie wiem, z piętnaście lat temu – fajne ciacho, naprawdę super mięso, czułam to każdą komórką ciała. Kroiła się wielka przygoda, dlatego nie zrażałam się faktem, że koleś jakby taki trochę chłodny był w obejściu, żeby nie powiedzieć że tekturowy.

Ściągałam go na chatę chyba z dwa tygodnie, bo póki co twardo się ze mną ustawiał w okolicznościach restauracyjnych, ewentualnie przyrodniczych. Jak już go zatrzasnęłam w alkowie, to mi powiedział, że spoko, że też na mnie w sumie leci, ale jest pewien problem. A mianowicie łyka jakiś prozak, w związku z czym kompletnie nie odczuwa tak zwanego popędu. I że musi odstawić tabletki, wypłukać się i dopiero potem obadamy.

A że mnie rajcował nieprzytomnie, tedy poszłam na taki układ. Mieszkaliśmy razem, te klimaty, ale kolo potrzebował trzech długich jak wieczność tygodni żeby zaskoczyć. Ja w tym czasie dostawałam wścieku mózgu i nie mieściłam się w sobie. We firmie zwolniłam cztery osoby i w ogóle zrobiłam tam pogrom oraz rzeź niewiniątek. Ale czekałam.

Warto było, bo w istocie potem daliśmy czadu i generalnie opłacało się czekać. Dwa fajne lata potem byliśmy razem zanim się zesrało. Niczego nie żałuję i tak dalej. Ale postanowiłam, że nigdy więcej takich szopek. Jak mnie chcesz, to mnie bierz. Ale dzisiaj.

To nie krakowska podsuszana żeby ją wędzić przez miesiąc.