Jadwinia przywiozła z Teneryfy chlamydię. To znaczy nie wie, czy konkretnie z Teneryfy, bo defakto  na chwilę obecną obstawia dwóch panów. Jednego z wczasów i jednego sprzed. Ale po kolei.

Podobnież źle się poczuła już w trakcie pobytu, a objawy osiowe były do tego stopnia dokuczliwe, że uniemożliwiły ewentualne dalsze harce. Żeby było śmieszniej, to jej to gówno weszło w stawy, tak że chwilowo nie może utrzymać w ręku długopisu, że o kuflu nie wspomnę.

Chlamydię zdiagnozować na sto procent, to nie jest taka prosta sprawa. Jadwinia oczekuje właśnie na wyniki badań specjalistycznych, ale jej lekarz twierdzi, że biorąc pod uwagę pełny zestaw dolegliwości, to raczej chwyciła na bank.

Pan z wczasów jest średnio osiągalny. Jakiś bizmesmen ze środkowej Polski. Jadwinia ledwo pamięta jego imię, natomiast nazwisko jakoś się nie zgadało. Za to drugi kandydat jest osiągalny w pełni i ja chyba nawet wiem, o kogo chodzi, ale Jadwinia nie chce potwierdzić. Jedno jest pewne – jeśli to ten dżentelmen jej podał robaka, to podzieli on wkrótce los Mirelki. Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.

Tu mi się przypomniała taka historia z przeszłości. Otóż mój pierwszy mąż, za kawalera zatrudniony był w szpitalu dla nerwowo chorych, gdzie odbywał zastępczą służbę wojskową. Poniewierali nim oczywiście jak burą suką, w związku z czym dostawał najgorsze zadania bojowe z najplugawszym elementem przestępczo – alkoholowo – psychiatrycznym. Którym się musiał zajmować w charakterze nadzorcy. Nie bójmy się tego słowa, choć  oficjalnie nazywało się to instruktor zajęciowo – rekreacyjny. Nieważne.

Podlegający Andrzejkowi element miał silną tendencję do snucia długich gawęd z wolności. Największym gawędziarzem był niejaki Buła, pochodzący gdzieś z Dolnego Śląska Cygan – kryminalista, łagodny olbrzym gęsto pokryty tatuażami oraz sznytami. Tenże Buła dnia pewnego, podczas poobiedniego relaksu na ławeczkach przed oddziałem zasunął słuchaczom następującą historię.

A było to tak, że kilka lat wcześniej udał się ten Buła w towarzystwie mięszanym na jakąś imprezę plenerową. Czyli z bełtami w krzaki. Gdzie, w trakcie spożycia doszło do amorów. No i stało się to, co miało się stać. Jakiś czas potem Buła, ze spuchniętym i obolałym przyrodzeniem stanął przed obliczem lekarza w przychodni rejonowej, gdzie podobnież miejsce miał następujący dialog:

- No, co tam znowu, Buła?

- A sikałem pod wiatr, panie doktorze, i coś przyleciało.

- Nazwisko wiatru, Buła, i będziemy dalej leczyć.

To taka luźna dygresja mi się nasunęła apropos Jadwiniowego kłopotu. A Jadwinia, to swoją drogą przyzwoita i porządna dziewczyna jest. I martwi się nie tylko o swój los, ale również o los innych osobników, których mogła pozarażać w tak zwanym międzyczasie. Bo jak sama przyznaje, nie była w ostatnich tygodniach zbytnio monogamiczna.

Mnie natomiast tych jej wszystkich kolesi nie żal, bo – jak mawiał mój nieodżałowany wujek Rysiek – tak to już jest, jak się z chujem po prośbie chodzi.

I na tym zakończymy.