Dobra. No więc spakowaliśmy się w try miga, po czym się na moment zarysowały różnice w podejściu do kwestii, czym jedziemy. On się upierał, żeby wziąć jego clio, bawiąc mnie przy okazji sucharami typu: to super bezpieczny wóz, bo jak w wolwiaku – strefa zgniotu kończy się na silniku. Zajebiście śmieszne. Jeszcze mógł dodać, że gałka od biegów zmieniona, bo Niemiec sygnetem podrapał. No, ale mniejsza.

A taka byłam rozkochana i cała w skowronkach, że nawet nie skojarzyłam, że on mi proponuje wyprawę na drugi koniec świata jakimś clio. Tym bardziej że z kontekstu wywnioskowałam, że auto raczej z epoki napoleońskiej. Dopiero mi się po chwili myślenie włączyło i mówię mu, że raczej pojedziemy moim, no bo bez przesady. Dobrze że mi nie wyskoczył z jakimś punto.

I tylko sobie na boku dyskretnie dmuchnęłam w alkomat, żeby się zorientować, na ile jestem jeszcze łatwopalna po wczorajszym. Ale Wam powiem, że pasza treściwa podawana do picia robi swoje, bo nadmuchałam jakieś marne zero dwa. I git – pomyślałam – do południa się wywietrzę całkowicie. Tośmy pojechali.

Oczywiście o żadnej zabawie w zmienników mowy być nie mogło, bo – jak pewnie pamiętacie – za kółkiem mojego foresterka mógłby warunkowo zasiąść inny kierowca wyłącznie w przypadku, gdybym ja uprzednio postradała wszystkie cztery kończyny. Rozgadawszy sobie ze Zbigniewem tę okoliczność, ruszyliśmy w chwilowo nieoznaczonym kierunku. Zgodnie z planem, w pobliskim zajeździe Basia  zaordynowaliśmy po kawie, po czym Zbigniew wyjął z kieszeni piątkę i powiedział: orzeł to Wenecja.

Wypadła reszka.

I teraz już w krócaku, bo nie zamierzam tu pisać przewodnika turystycznego po Amsterdamie… A więc. Ja jeździć lubię, zgoda. Ale czternaście godzin za kółkiem trochę mnie skatowało. Dystans, kuźwa, dystans. Skąd ja miałam wiedzieć, że do Amsterdamu jest tysiąc trzysta kilometrów? A jeszcze ten pilot z bożej łaski przegapił zjazd, w efekcie czego zajechaliśmy prawie pod francuską granicę. No, może przesadzam, ale ze dwieście kilosów nadłożyliśmy. Nieważne.

To teraz wnioski końcowe. Nie pyliło się grzać paręnaście godzin (w jedną stronę) w dzikim trafiku, żeby potem siedzieć kołkiem w pokoju hotelowym, wyskakując raz dziennie po jakieś butelki oraz lolki. A wydaje mi się, że Zbigniewowi takie wczasy to bardzo by odpowiadały…

Ale jak ja bym taką majówkę chciała, to bym pojechała nad jeziorko, co jest piętnaście wiorst od mojego domu. Albo na tak zwane Karaiby, czyli podmiejski ośrodek kempingowy. Też z dychacza maksymalnie od naszej mieściny.

Gdybym nie naciskała, to pewnie byśmy przesiedzieli całą majówę pijąc, paląc i się kotłując. Niestety, choć się to Zbigniewowi średnio podobało, zmuszony był ze mną odbyć parę wycieczek po mieście. Choć szczerze powiedziawszy, to nie zauważyłam u niego jakiegoś większego entuzjazmu. I tak przy całej miłości do niego, to sobie nawet raz pomyślałam, że skoro kogoś nie jara dzielnica czerwonych latarni po zmierzchu, to jest jakiś lewy.

Podobnie jak go w ogóle nie grzało pływanie łódką po kanałach, że nie wspomnę o gokartach. Myślałam, że stworzymy jakiś dream team i rozpierniczymy konkurencję w drzazgi. Ale to chyba nie ze Zbigniewem, który jeździł z zawrotną prędkością pięć na godzinę i bez przerwy wbijał się w te wszystkie opony oraz barierki, w związku z czym techniczni co chwilę go musieli wpychać z powrotem na tor. I w ogóle, to wyprzedzili go wszyscy. Nawet ci, co wystartowali godzinę po nas. Ale nieważne.

W sumie było fajnie i nie ma co narzekać. Ja nie od dzisiaj wiem, że wymagania mam jak osrana księżniczka i bez przerwy czekam na księcia z bajki. Toteż tak tylko dla zasady krytykuję tego Zbigniewa. Oraz z wrodzonej upierdliwości.  Bo w sumie, to się przecież chyba starał, nie? Chociaż, czy się aż tak bardzo starał…? No nie wiem. Mniejsza o to.

Wracało się trochę ciężko i z lekka niewdzięcznie, bo Zbigniew po pierwsze – strasznie był zmęczony całą tą majówką, a po drugie – na drogę zabezpieczył sobie kilka piwek. W każdym razie ostatnie osiemset kilometrów przespał, podczas gdy ja się wkurwiałam na te wszystkie korki, zjazdy, objazdy i jeszcze dzikszy ruch, jak w tamtą stronę. Bo oczywiście miliard osób wracał do domu po weekendzie. Nieważne.

Dojechaliśmy bladym świtem, więc Zbigniewa odstawiłam pod jego dom, sama zaś z dziką rozkoszą dotarłam do swojego apartamentu, gdzie w ubraniu dałam po sprężynach i przespałam ze szesnaście godzin. A co się przebudziłam, to czułam, że nadal jadę po tych cholernych autostradach. I bałam się zamknąć oczy, bo wciąż miałam stresa, że przy prędkości dwieście dwadzieścia spowoduję pięćdziesięciosamochodowy karambol. No cóż, lekkie przetrenowanie. Mistrzom kierownicy też się zdarza.

A co do Zbigniewa, to jutro się mamy spotkać znowu, bo w tym tygodniu, to się tak raczej mijaliśmy. A to ja byłam trochę zarobiona, a to on gdzieś wybył służbowo na parę dni, samo życie. Parę esemesów wymieniliśmy, ze dwa razy pogęgaliśmy przez telefon i to raczej wszystko.

Jak się co nowego w tym temacie urodzi, to oczywiście niezwłocznie doniosę.

Narka.