Dziękuję wszystkim serdecznie za sugestie w temacie majowego wypoczynku. Ale mnie się niespodziewanie zmieniły plany, zapatrywania, płyny ustrojowe, optyka oraz wszystko inne, co się tylko zmienić może. Bo w przeddzień majówy poznałam Faceta Mojego Życia. Kolejnego. Ale od początku.

Poszłam więc w zeszły poniedziałek na jakiegoś zdechłego drinka, ażeby odreagować biurowego stresa, nieprawdaż.  I się jakoś tak zaraz potem, w tym samym lokalu gastronomicznym zmaterializowała bardzo interesująca leszczyna. Tak se początkowo pomyślałam. Że leszczyna. Ale po jakimś czasie odszczekałam pod stołem. Z przytupem. Bo się gościu okazał kulturalny, obyty, kumaty i w ogóle ewenement. Wypadki poszli lawinowo. Jak nie u mnie.

Najpierw trochę jeszcze pogadaliśmy, nieśmiało pofiltrowaliśmy, spożyliśmy kwaterkę okowity, a potem to już z buta do domu (dobrze że z buta, bom zdążyła nieco się przeluftować i stwierdzić, że decyzja jest to mądra, odpowiedzialna i przyszłościowa. A nie upita, emocjonalna i swędzibrochowata.

Na chałupie koleś mi się zachował wzorcowo, spożył przepisowego drinka, po czem wziął mnie w ramiona. I wyobracał tak, że mi świat zawirował. Powaga. Nie jakiś chłystek czy szybki kochanek spod karuzeli, tylko znawca tematu. Że tak to ujmę.

A rano mnie obudził kawą do łóżka i w krótkich, żołnierskich słowach oświadczył, że szkoda życia i jadymy w pizdu na majówkę. Po czym żeśmy znowu trochę poskakali, po czym mnie Zbigniew pozostawił bez życia, dodając na koniec, że on teraz idzie do tualety, a ja sobie w tym czasie mam pomyśleć DWA miejsca, dokąd bym chciała bryknąć right now. W ramach rozsądku oczywiście, a nie jakieś himalaje, kanary czy inne nowe jorki.

Gdy już trochę złapałam oddech, a Zbigniew w międzyczasie dopełnił ablucji, to mnie wtedy spytał, co to za miejsca sobie umyśliłam. Więc mu powiedziałam, że tak w ramach rozsądku oraz right now, to może Amsterdam i Wenecja. W Wenecji nie miałam dotąd przyjemności gościć, ale jakaś taka mnie nagle dopadła iluminacja. Dla odmiany w Amsterku, to byłam raz na sylwestrze. Zajebioza. W całym mieście grało Happy New Year  ABBY, waliły petardy oraz inne armaty i w ogóle zadyma na maksa.

Niewiele co prawda pamiętam, bo kole jedenastej, w barze nad kanałem zaczęłam wprowadzać dziwnie podstępne drinki. Które mi się jeszcze przed północą tak skumulowały, że nadejście nowego roku mej uwadze jakby nieco umknęło. A w każdym razie zeszło na plan dalszy…  Coś tam się darłam z ludźmi pod Parlamentem, potem jeździłam na łyżwach, potem żeśmy się teleportowali na jakieś party do Utrechtu. Ostatni fragment gry znam tylko z opowieści, bo dojechałam w stanie zawiesiny, ale nieważne.

Więc mówię Zbigniewowi, że skoro już pyta, to Amstek albo Wenecja. A on mi na to, że się w takim razie zbieramy, za godzinę jesteśmy na trasie, potem stajemy na kawiana w pierwszym lepszym przydrożnym zajeździe. Gdzie rzucamy piniondz, któren pokaże, dokąd mamy się skierować…

 

Strasznie mi się ta opowieść rozwlekła oraz wymknęła spod kontroli i w sumie to końca nie widać. A że się akurat gdzieś spieszę służbowo, tedy pozwólcie, że jutro dokończę.

W porywach pojutrze.