Dobra, dziś mam dobry humor, to opowiem o tej Lolce. W sumie co mi szkodzi? Poza tym było to, jak to się mówi, dawno i nieprawda. Wyjaśni się przy okazji, dlaczego tylko Jadwinia z wielkim upodobaniem tak do mnie mówi. I dlaczego organicznie nie znoszę tego imienia. To może bez większych wstępów.

Otóż, ładnych parę lat temu, podczas studiów tworzyłyśmy takie duo artystyczne Lola & Nicole. W sumie nie ma się czym chwalić, ale taki miałyśmy wtedy sposób na życie, na brak kasy (obie z domów raczej niezamożnych) i coraz bardziej otaczającą nas rzeczywistość. W wielkim mieście świetnie się można było z tym procederem schować, poza tym trochę jeździłyśmy po Polsce, szczególnie w wakacje. Ale nie tylko, bo jak była jakaś dobra traska, to opłacało się nawet wziąć dziekankę. No, taka prawda.

No i w miarę bezpiecznie, bo to było sto lat przed Internetem i kamerkami w telefonie. Kurde, dyktafonów nawet nie było, pamiętam, bo potrzebowałam na wykłady, a tu zero szans na zdobycie. Dopiero sobie potem gdzieś z Niemiec przywiozłam, czy z Austrii. No, nieważne.

A były to takie specyficzne czasy, że za stosunkowo niewinne numery można było sobie po krótkim czasie kupić mieszkanie i  samochód oraz się po ludzku przyodziać… No, nieważne. Więc żeśmy koncertowały, ile się dało. Jakieś dyskoteki z rurką, dancingi z programem estradowym, jakieś takie pokazy w klubie dżentelmena etc. No i prywatne zamówienia, na przykład imieniny czy inne party u rozmaitych, bliżej mi nie znanych, ale jednak bonzów. Czasami na telefon, ale to już za naprawdę dużą kasę, bo ryzyko jest spore.

I w sumie to zawsze razem, nierozłączne. Jadwinia raz wyjechała na trzy miesiące do Niemiec z jakimś gościem, a ja rok później z taką inną ekipą do Hiszpanii i potem trochę na promy. A tak poza tym, to zawsze w duecie.

Jak ze dwa lata temu Sokół napisał taką piosenkę Sens życia, tośmy normalnie oniemiały. Szczęki nam pospadały, bo jakby o nas, identyczna sytuacja. Dyszka do stówki, stówka do dyszki, za pierwszy strzał zrobiły sobie cycki  i te sprawy. Myśmy sobie niczego nie robiły, bo tak już dobra Bozia sprawiła, że nie było potrzeby. Ale reszta się zgadza, czyli te wszystkie St Tropez, biały ster, Haram, Chanel, coś tam, coś tam, kilka zer, był plan żeby padł milioner.

To teraz już chyba rozumiecie, że to nie takie proste wypiąć się na Jadwinię i pójść w swoją stronę. Tym bardziej, że kisi ona gdzieś całe pudełko pamiątek z tamtych czasów. Jakieś foty prehistoryczne z tych występów, plakaty z nocnych klubów i tak dalej. Milion razy ją namawiałam, żeby nie kusić losu i wszystko to wpierdolić pod piec. Ale się nie zgadza, bo ją to bawi i kręci. Koniec rozmowy. Nawet jej kiedyś powiedziałam, żeby mi oddała te zdjęcia, gdzie ja jestem. To mi przyniosła ze trzydzieści sztuk. A wiem, że nie ma więcej? No, nie wiem. Ale wracając do tematu…

Ja sobie poluzowałam na ostatnim roku studiów, bo czas był najwyższy, żeby przysiąść fałdów, tym bardziej że mi przez te wszystkie fikołki, wyjazdy i hulaszczy tryb życia strasznie siadła średnia, a zależało mi na dyplomie tip top i dobrej ocenie z magisterki, bo planowałam robić doktorat.

Jadwinia też się obroniła dość ładnie, ale już wam kiedyś pisałam, że ona, to sobie troszkę w tym studiowaniu pomagała dupą, czego o mnie nie można powiedzieć, bo miałam swoje zasady, a jedną z nich było nic na skróty, szczególnie jeśli chodzi o szkołę. Bo to się potem strasznie mści w robocie, takie niedouczenie, egzaminy za jajka i kolokwia za loda.

I tyle. Porąbane czasy, co tu dużo gadać. Ale nie ma co się obracać za siebie. Jednego mi szkoda, a mianowicie, żeśmy tyle forsy w tamtych latach przepierdoliły. Bo zarobiłyśmy nieludzką harmonię szmalu, do tego stopnia, że ja się nie podejmuję policzyć. Strasznie dużo szło na mieszkanie, podróże i tak zwane życie, ale pamiętam że zostawało jeszcze mnóstwo. Do domu wysyłałam, siostrze pożyczałam na wieczne nieoddanie i wciąż były. A potem się jakoś rozeszły, na imprezy, alkohol, taksówki, stawianie innym…

Oczywiście byłabym durną piczą, gdybym nic nie odłożyła. Zachomikowałam na paru kontach (i u matki) wcale fajną sumkę, na której potem przejechałam kawałek życia. Ale, psiakość, mogło tego być z dziesięć razy więcej.

Natomiast gdy Jadwinię spotkałam jakiś czas później, to już była goła w pysk. Ktoś tam ją wykręcił, czy źle zainwestowała, nie wnikam. W każdym razie z tych czasów estradowych nie została jej ani złotóweczka.

Ale, dobra, stare dzieje… I to już w sumie cała historia.

Uwierzyliście? To chyba Wam od tych upałów coś z przeproszeniem padło na mózg. Słóweczka prawdy nie ma w tym. Siedziałam, nudziłam się w sobotni wieczór i prawie całą tę historię wyssałam z palca oraz puszki budweisera. A resztę znalazłam na dnie butelki dżeka.

Też Was kocham.

 

 

P.S. A tak na serio. Na drugie imię mam po babci Apolonia. Więc mnie matka w dzieciństwie wołała Pola albo Lolka. Taki miała sentyment, szczególnie od momentu, gdy babka zmarła. W naszej rodzinie, to w ogóle była z tymi imionami straszna jazda. Na przykład wujek Franek do samej śmierci pozostał Niunkiem. Chociaż średnio to pasowało do barczystego rewidenta z krzaczastymi brwiami i sumiastymi wąsiskami… Ale do rzeczy. Ja tę Polę, to jakoś jeszcze względnie tolerowałam, ale Lolka działała na mnie jak czerwona płachta na byka. Gdy moja koleżanka z podstawówki Jadwinia zauważyła, jak mnie to imię gotuje, to już miałam dożywotnio przyklepane, że inaczej do mnie mówić nie będzie. Taki typ upierdliwy. Amen.