Nie, nie przetrzymujemy Mirelki w altance na działce, jak zasugerował ktoś w komentarzach. I nie wyciągamy z niej zeznań na drodze przypalania lutownicą, tudzież żelazkiem. Sama wszystko opowiedziała po względnej dobroci, w przyzwoitych warunkach mieszkaniowych. Inna sprawa, że co dziewucha przeżyła to już jej. Mam jednak nadzieję, że czegoś ją to nauczy i nie będzie na przyszłość składać fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Ale po kolei.

Nie brałam udziału we wszystkich sesjach rozmów na szczycie, ale z relacji organu prowadzącego wyłania się następujący obraz:

Owszem, w czasie naszej sławetnej niedzielnej wizyty zgodziła się Mirelka odstąpić od ścigania sprawców ubiegłowieczornego zajścia. Ale po naszym wyjściu zmieniła zdanie. Gdyż, po pierwsze – nadal miała subiektywne poczucie krzywdy. Po drugie – nie spodobała jej się postawa Jadwini, która, zamiast skruchy okazała Mirelce wrogość oraz niechęć. Po trzecie – podobnież uraziłam ją do żywego swoją propozycją finansową, która ją, cytuję: poniżyła oraz skurwiła. Po czwarte – oburzyło ją, że, cytuję:  niektórym wszystko uchodzi na sucho, podczas gdy inni muszą ponosić konsekwencje swoich czynów. I wreszcie po piąte – postanowiła się na Jadwini odegrać za niewierność Arturka.

W związku z powyższym, postanowiła co następuje: po pierwsze – przy najbliższej okazji oddać forsę i zerwać układ, po drugie – udać się na obdukcję i dostarczyć na komisariat materiały dociążające Jadwinię, po trzecie zaś – wtrącić winowajczynię do lochu, licząc na to, że jeszcze jakiś czas pojedzie na historyjce o mitycznym chłopaku w legii cudzoziemskiej czy innej misji w Iraku. I nikt jej w związku z tym nie ruszy.

I teraz prawdziwy hicior, który nas nieco zaskoczył i schłodził, bo już nawet byłyśmy gotowe zrobić lekarzowi koło pióra za emitowanie fałszywych zaświadczeń. Otóż obdukcja Mirelki przebiegła zgodnie z wszelkimi procedurami, a objawy były prawdziwe. Tyle, że jakby innego pochodzenia, niż zwarcie z Jadwinią.

Mirelka uznała bowiem, że w istocie niewiele jej dolega, toteż przed wizytą u lekarza sobie poprawiła. Niecodzienna to postawa tak się samookaleczać, ale podobnież Mirelka była zbulwersowana, zdesperowana i generalnie gotowa na wszystko. Toteż, według jej zeznań – pociągnęła się centralnie encyklopedią i już miała złamany nos. Łuk brwiowy to bułka z masłem, a rozwaliła go sobie o framugę okna. Zęby już dawno były w stanie opłakanym, toteż nie potrzebowały dodatkowej ingerencji z zewnątrz, by dowolnie wskazany specjalista uznał, że wymagane są rozległe prace stomatologiczno – protetyczne.

Nie wiem, co zrobiła, by mieć podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Pewnie nic.  Takie numery przerabialiśmy w pierwszej klasie – wystarczy się u lekarza poskarżyć na nudności, osłabienie, kłopoty z pamięcią, jakieś bóle oraz zawroty głowy… i gotowe. A jak jeszcze ktoś ma w ustawieniach fabrycznych tętno żółwia z Galapagos, to bez trudu wciśnie lekarzowi bradykardię. I jest wstrząs mózgu.

W każdym razie dziś rano Mirelka zmaterializowała się na komendzie, gdzie dała to wszystko na papier i wyjaśniła całą sytuację, oczyszczając tym samym Jadwinię z wszelkich zarzutów. Mam potwierdzenie z komisariatu, że tym razem bez pudła.

Stan zdrowia Jadwini poprawił się na tyle, że popołudniową porą legalnie opuściła oddział szpitalny. Ma odpoczywać, unikać stresu, wysiłku, alkoholu oraz zabaw hucznych, buahaha. Ponieważ coś mnie tknęło, tak to ustawiłam, żeby wypis był dopiero w poniedziałek. Na wszelki słuczaj.

Tymczasem Jadwinia od trzech godzin jest już w domu, gdzie się myje, czesze, maluje i generalnie odsmradza po tym szpitalu. A kole dwudziestej pierwszej wbija do mnie na małe dwuosobowe party. Jest okazja? Jest. Bo strasznie był to wyczerpujący tydzień i potworna nerwówa.

Trza nam odreagować.