Jadwinia jest nienormalna. I kompletnie nie chce zrozumieć grozy sytuacji. Ordynator mówi, że w ogóle nie współpracuje i robi sobie bekę z całego tego szpitala, badań oraz zabiegów. Tam jacyś ludzie leżą pod urządzeniami, tona aparatury precyzyjnej burczy na każdej sali, a Jadwinia w najlepsze napierdala sobie przez komórę, choć ją milion razy prosili, żeby zaprzestała albo przynajmniej wychodziła na korytarz. Nie dość że nie wychodzi, to sobie naniosła jakichś laptopów, tabletów, modemów wifi i innego złomu. Bo jej się nudzi. No, co za pała durna.

A jakie ma życzenia… Siedzę sobie dziś w pracy, nie wiem w co ręce włożyć, bo przez tę akcję z Mirelką, to zaległości mi się narobiło od kociej fujary…  A Jadwinia dzwoni i mówi, żeby jej przynieść marlboro w miękkim, bo w szpitalnym kiosku nie ma. Oraz żołądkową. Dwie ćwiartki, bo flacha za duża i się nie zmieści w szafce. No chyba ją pojebało kompletnie.

Z kolei wczoraj na wieczornej wizycie spytała mnie, co by było, gdyby ona sobie na nockę bryknęła do domu. Już nie wspominam, że bez przerwy mnie karmi opowieściami, jak to dorwie Mirelkę i się z nią policzy. Tłumaczę jej, że na razie nie ma takiej opcji i że nawet jak ją na ulicy spotka, to ma być powietrze oraz zero reakcji. Że trzeba odczekać, bo jak się pospieszy, to tylko spieprzy cały mój misterny plan. I pójdzie kiblować… Ale nie robią na niej te moje przemowy żadnego wrażenia.

Ręce mi opadają.