Mamy lekki problem, bo Mirelka nas koncertowo wychujała. Z przeproszeniem. Wzięła pieniądze, po czym nie dość, że nie wycofała zażalenia, to jeszcze dołożyła do niego taką obdukcję, jakby wpadła pod pędzącego tira. Wiem, bo dotarłam do tajnych służb i miałam okazję rzucić okiem. No, straszne te kwity. W międzyczasie sprawa nabrała mocy i dziś Jadwinia dostała wezwanie na komendę. A jakby z rańca była w domu, to by ją w ogóle powieźli radiowozem. Są świadki, że byli po nią dwa razy.

Nie za bardzo wiem, co tu zrobić w zaistniałej sytuacji, bo jak by na sprawę nie patrzeć, to kroi się straszny kibel. Będą jej robić pobicie ze średnio ciężkim uszkodzeniem ciała plus spowodowanie niezdolności do pracy powyżej dni siedmiu. Kurde, strasznie mało mamy czasu na jakiś manewr, a powiedziała mi jedna kolesina, że przy takim ciężarze gatunkowym, to może się i tak zdarzyć, że jutro przesłuchają Jadwinię i ją sobie zostawią na cztery osiem. A jak prokurator uzna za stosowne przedłużyć sankcje to już pa.

Gdyż Mirelka nas przechytrzyła i sobie zorganizowała imponujący zestaw obrażeń.  Na milion procent lipnych, bo przecież w niedzielę ją widziałam i nic jej nie dolegało. Ale do rzeczy. Jest grubo: pęknięta przegroda nosowa, zszyty łuk brwiowy, podejrzenie wstrząśnienia mózgu oraz konieczność wykonania zaawansowanych prac stomatologiczno – protetycznych.

A okoliczności łagodzących chwilowo jakby brak. Oraz jakiejkolwiek, choćby mizernej linii obrony. Co – zdaniem ekspertów – skutkować może poważnymi komplikacjami życiowymi dla Jadwini. Czyli niedługą, ale jednak odsiadką. Do czego, ma się rozumieć, dopuścić nie możemy.

Nie ułatwia nam roboty fakt, że Jadwinia jest trochę jakby notowana. Co prawda stare są to sprawy, zleżałe, odfajkowane i ze wszech miar nieaktualne, ale jak się ktoś temu przyjrzy w szerszym obrazku, to wychodzi niefajnie. W dziewięćdziesiątym ósmym miała prawko zatrzymane na dwa lata za jazdę pod wpływem i cudem skończyło się to na samych lejcach, bo pamiętam, że sędzia miał szczerą i nieprzymuszoną wolę wsadzenia jej wtedy do paki. Taka akurat była akcja znicz  i ogólna nagonka na pijanych kierowców. A Jadwinia nawalona była podczas zajścia jak autobus przegubowy. Ale się upiekło i skończyło na kosmicznej grzywnie.

Jakoś tak zaraz potem Jadwinia wzięła udział w dżentelmeńskim i nad wyraz honorowym pobiciu takiego jednego frajera (coś w ten deseń, ale mniej ideowe), co było ironią o tyle, że współsprawcy, w ramach zaostrzenia kary zabrali ofierze dokumenty i kluczyki od mietka. Nie z pobudek rabunkowych, Boże broń, bo to ekipa z zasadami, a tylko w celach wychowawczych. O czym Jadwinia nie miała pojęcia.

Dowiedziała się, gdy jej postawili zarzut dziesiony, czyli napaści rabunkowej z uszkodzeniem ciała. Co to była wtedy za gimnastyka, żeby ją z tego wyciągnąć, matko święta… Ale śmy dorwały taką gwiazdę adwokatury, która przeprowadziła misterną akcję z orzeczeniem niepoczytalności, jakimiś pomrocznościami jasnymi i na koniec z wnioskiem o samoukaranie. Prawie półtora roku się ta sprawa srała i już traciłyśmy nadzieję. Adwokatka wzięła jak za rodzoną matkę, ale przynajmniej Jadwinia nie pierdziała w pasiak ani jednego dnia i odpowiadała z wolnej stopy. Liczyła się jednak z taką perspektywą, że może będzie mogła musieć pójść siedzieć. Ale, kuźwa, udało się.

Jednak tym razem to przypuszczam, że wątpię. Jak to wszystko zbiorą do kupy, to leżymy. I będę jej paczki wozić do Krzywańca. Albo innego Grudziądza. Takie są widoki. Zakończyło się tu u mnie niedawno konsylium i zdania są podzielone. Jedna taka znajoma kosa uważa, że z samego rana trzeba wbijać do szpitala na jakiś zawał. Druga z kolei twierdzi, że tylko po zgodzie mamy szansę – stawić się na wezwanie, nie spóźnić, nie pyskować, złożyć wyjaśnienia i grzecznie się ze sprawy wywekslować.

Ja się prywatnie skłaniam ku pierwszej opcji, bo mam niedobre przeczucie, że wjazd na komendę to może być w Jadwini przypadku droga w jedną stronę. Tymczasowo, ale jednak. Toteż trzeba w te pędy znaleźć u pacjentki jakieś szmery albo zapalenie wsierdzia.

Tudzież inne migotanie komór.