A więc tak. Po tej całej akcji Jadwinia u mnie została na noc. Wolałam ją mieć na oku, nieprawdaż, bo misja nas czekała poważna i chciałam uniknąć nieprzewidzianych okoliczności. A poza tym Jadwinia była mi nazajutrz potrzebna jako eksponat w dobrym stanie wizualnym. Nieważne. Jeszcze się trochę dopiła i tak kole czwartej zgasła. Oczywiście rano nie było mowy o dobudzeniu jej. Zero kontaktu. Dopiero, kiedy jej trzy razy powtórzyłam, że jest poszukiwana przez policję i trzeba czem prędzej działać, to tak trochę jakby zaskoczyła, zerwała się z barłogu, by się w ciągu niecałej godziny doprowadzić do stanu względnej używalności.

A ponieważ w godzinach nocnych fortelem pozyskałam dane teleadresowe naszej drugiej bohaterki, tedy pocisnęłyśmy do niej jak po sznurku. Troszkę się co prawda obawiałam, że Mirelka może pomieszkiwać w jakiejś złożonej konfiguracji kadrowej, ale się uspokoiłam, gdy sobie przypomniałam słowa, którymi w knajpie kusiła Arturka: możesz do mnie przyjść jutro, albo od razu zaraz… Czyli raczej chata wolna. I chyba żadnych rodziców ani koleżaneczek – sublokatorek.

Jadwinia jeszcze chciała po drodze machnąć jakieś piwo reanimacyjne, ale jej powiedziałam, że nie ma takiej opcji. I że po wykonaniu zadania to owszem, ale do tego czasu ma być dyscyplina i powściągliwe zachowanie. Bo mi jeszcze, psiakrew, brakowało na akcji pijanej Jadwini. I bardzo rozważnie uczyniłam zabraniając jej spożycia. Bardzo rozważnie. Bo i bez picia była dostatecznie wyrywna. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Do mirelkowego bloku dotarłyśmy w samiutkie południe. Akurat jakiś miły pan wychodził z pieskiem, więc nie było potrzeby zajawiać swojej wizyty przy pomocy domofonu. Pan grzecznie przepuścił dwie super laski (czyli nas), przytrzymał drzwi i nawet uchylił kapelusza. Ech, stara szkoła. Gdzie tym dzisiejszym chłystkom do prawdziwych dżentelmenów. Ale do rzeczy.

Mirelka leniwie odemkła wrota i chyba mnie nawet początkowo nie poznała. Ale kiedy przedstawiłam cel naszej wizyty, nagle się ożywiła i usiłowała nam przed nosem zatrzasnąć drzwi, grożąc przy okazji wezwaniem policji.

- To ja jestem policja – posłużyłam się moim ulubionym cytatem filmowym, po czym naparłam z barku i wbiłyśmy na pokoje.

Straszny burdel ta Mirelka miała w domu – to pierwsze, co mnie się rzuciło na oczy. Jak można być taką fleją? – pomyślałam.  Toż to nawet babie nie przystoi mieszkać w takim chlewie. Ale do rzeczy. Ha. Jedna sprawa zaniepokoiła mnie szczególnie. A mianowicie zdałam sobie sprawę, że sytuacji ogólnej nie poprawia fakt, że w mieszkaniu Mirelki znajdował się… na w pół roznegliżowany Arturek.

Jadwinia w kamień zwarła dłoń i gdybym jej nie osadziła w miejscu, to byśmy się znowu znalazły w punkcie wyjścia. Jeśli nie głębiej w dupie. Przybyłyśmy tam w końcu z misją pokojową, więc nie można było dopuścić do kolejnej mordoplastyki.  Tak czy inaczej, musiałam zadziałać salomonowo, żeby mnie się ta koza, kapusta oraz wilk nie spotkali w jednej czasoprzestrzeni. Że się taką tu frazą kwiecistą posłużę.

W tym celu najpierw z pomocą Jadwini sprawdziłam, czy kwadrat czysty, po czym wyekspediowałam Arturka do kuchni, pobierając uprzednio w depozyt jego komórkę. Żeby mi przypadkiem nie dzwonił pod jakieś głupie numery. Następnie, cały czas mając Jadwinię w blind spocie, powróciłam do salonu, gdzie lekko acz przyjaźnie popchnęłam Mirelkę na kanapę.

Zasiadłszy naprzeciwko niej, bez wstępów spytałam, czy byłaby tak dobra i wycofała z policji oskarżenie przeciwko obecnej tu Jadwini, która poprzedniej nocy troszkę się zagalopowała, ale teraz serdecznie żałuje i prosi o naznaczenie jej zbawiennej, lecz rozsądnej pokuty oraz  stosownego rozgrzeszenia.

- Bo? – spytała Mirelka niezbyt grzecznie, a już na pewno szalenie nierozważnie.

- Bo cię kumpela ładnie prosi – odparłam z najsłodszym uśmiechem, na jaki mnie było stać.

- Nie ma mowy – zacięła się Mirelka. – Przez nią mam pękniętą koronkę, która mnie kosztowała kupę forsy.

Wtedy jej powiedziałam, że jak mnie dalej będzie wkurwiać, to zaraz, przy niedzieli pojedziemy do mojej dentystki, która stwierdzi ponad wszelką wątpliwość oraz da na papier, że z jej zębami jest wszystko w porządku.

- Okej, ale mi jeszcze złamała nos – stwierdziła Mirelka.

Pochyliłam się wtedy szybko i ją w ten nos lekko pstryknęłam. Zaskoczona, nie powiedziała nic, tylko się żachnęła i szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia… No jasne. Jakby ten nos był naprawdę złamany, to by się w powietrzu zesrała z bólu. Czyli znowu ściema.

W tym momencie Jadwinia postąpiła o krok do przodu, a jej intencje były nad wyraz oczywiste.

- Noga – warknęłam. – Nie zapominaj, że wciąż jest sprawa założona na policji. A do Mirelki znowu się uśmiechnęłam i ją spytałam, na ile wycenia zaistniałą szkodę. I czy jest skłonna załatwić sprawę po dżentelmeńsku, czy też mam jej życie zamienić w senny koszmar, gdzie nie będzie znała dnia ani godziny, gdzie będzie się bała wejść do klatki schodowej i lękała swojego cienia…

- Możesz mi possać – przerwała mój wywód Mirelka. – Mój chłopak zna takich gości, że już obie nie żyjecie…

- Który chłopak? – zainteresowałam się. – Ta pizdeczka, która siedzi zamknięta w kuchni? No, nie rozśmieszaj mnie, hans

- Nie ten – Mirelka podniosła głos, a w jej oczach pojawił się dziwny błysk. – Inny facet, żołnierz. Teraz jest na misji, ale jak wróci to ręka, noga…

- Dlaczego mi to robisz? – powiedziałam łagodnie, siadając obok Mirelki na tapczanie i otaczając ją ramieniem. – Mało masz trosk, zmartwień? Za mało to życie popieprzone, żebyśmy same sobie jeszcze smrodu dodawały w luksus? No, powiedz sama… A wiesz, co ja dzisiaj miałam robić? – ciągnęłam spokojnym, matczynym tonem. - Miałam iść z siostrzenicą na sanki, wiesz? A co zamiast tego robię przy niedzieli? Śledzę cię, kurwa, ścigam, przegaduję się z Tobą, proszę jak kogo dobrego, namawiam do drobnej niekłopotliwej przysługi. A Ty co? Czego się tak usztywniasz? Jesteś bez winy? No, nie jesteś. To czego nie współpracujesz? Mirela, no weź ochłoń i przestań odtrącać moją pomocną dłoń… – przerwałam, czując, że chyba przeszarżowałam.

Ale, na dźwięk swojego imienia Mirelka jakby drgnęła, po czym się zamyśliła, a następnie rzekła:

- Dobra, nie pójdę na obdukcję, a w poniedziałek wycofam skargę, ale…

- Łaski nam, kurwa, nie rób! – krzyknęła nagle Jadwinia, odrywając się od ściany z wyrazem poirytowania, a zarazem nieopisanego cierpienia na twarzy. Wiem, że morderczy kac doprowadzał ją już na krawędź szaleństwa, ale właśnie o mało co zrypałaby moją misterną intrygę, toteż syknęłam, żeby się natychmiast zamknęła, sama zaś powróciłam do rozmowy z Mirelką:

- Świetnie, kochana, zaczynamy dotykać jądra, ale coś chciałaś dodać…

- No, nie mogę z takim ryjem iść do pracy – odparła Mirelka trochę już normalniejszym głosem.

- Oj, nie demonizuj - przerwałam jej łagodnie. – Widzę tylko lekkie limo i rozciętą wargę. Ale oczywiście masz rację – dama nie może się pokazywać publicznie w takiej kondycji. Pozwól więc, że zaproponuję ci tydzień urlopu płatnego. Jakie są twoje oczekiwania?

Żeby skrócić męki Szanownych Czytelników, to tylko powiem, że Mirelka przystała na pięć stówek w gotówce, co by stanowiło czwartą część jej comiesięcznych poborów, jako że – co wyznała w trakcie rozmowy – zatrudniona jest w pewnym barze, gdzie wraz z napiwkami wyciąga dwójkę na rękę.

Jeszcze mi tylko Mirelka podpisała czytelnie dwa kwity, pod względem prawnym nadające się do podtarcia sobie dupy, ale mam nadzieję, że o tym nie wiedziała. W każdym razie potraktowała je z powagą i pietyzmem typowym dla ludzi nieprzesadnie wykształconych…

I to już finał całej historii. Wychodząc, poklepałam jeszcze Mirelkę przyjaźnie po ramieniu i powiedziałam, że gdyby czegoś potrzebowała, to niech do mnie zawsze dzwoni.

- Poważnie? – zdziwiła się kompletnie już ogłupiała Mirelka.

- Nie – odparłam. – Poza tym nie masz numeru. No, to do widzenia się z państwem – rzuciłam na koniec i wyszłam na klatkę schodową.

- Ej, Lolka, no byłaś rewelacyjna – zaśmiała się chrapliwie Jadwinia. – Jak cię znam od kajtka, to mnie normalnie dzisiaj zaskoczyłaś… Zapraszam z tej okazji na browarka…

- Pięćset złotych mi należysz - przerwałam jej brutalnie. – Po drugie, prosiłam cię milion razy, nie mów do mnie Lolka. Poza tym mam na jakiś czas dosyć twojego towarzystwa, więc idź sama i wypij moje zdrowie. I nie wpierdol się w coś znowu, bo ja cię następny raz już nie będę z gówna wyciągać…

- Nie no, spoko, wszystko będzie elegancko – wesoło odrzekła Jadwinia, ale litość mnie zbierała, gdy widziałam, jak ją strasznie smaży. – No i dzięki jeszcze raz – zawołała do mnie już z pewnej odległości.

A nie ma za co.