Ta Jadwinia, to się na starość robi niebezpieczna. I zaczyna mnie poważnie niepokoić. Bo miał być normalny, fajny, spokojny wieczór, a tu ona taką zadymę nakręciła, że o mało co, a może mogłybyśmy musieć pójść siedzieć. Przynajmniej jedna z nas. Ale po kolei.

Poszłyśmy sobie do zaprzyjaźnionej restauracji  na wigilię Saint Patrick’s Day. Ja oczywiście pomna ostatnich doświadczeń oświadczyłam Jadwini, że jeśli tylko wypowiem słowo karaoke, to ona ma mnie zdzielić w pysk, buch do taksówki i wio do domu. I ona chyba tę moją prośbę trochę opacznie lub też fragmentarycznie zrozumiała. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

W każdym razie postawiłam sobie za punkt honoru się nie schlać i prawie mi się udało. O czym może świadczyć choćby niniejsza moja działalność, bo opisuję zdarzenia niemal w czasie rzeczywistym, nieprawdaż. Dobiega mianowicie trzecia, a jeszcze dwie godziny temu byłyśmy na pierwszej linii frontu. Ale do rzeczy.

Był miły wieczór. Ja sobie wyjątkowo odpuściłam amory, bo apriorycznie uznałam, że nie ma w lokalu ani jednej leszczyny zasługującej na moją uwagę. Zajęłam się tedy niespieszną konsumpcją, poprosiwszy uprzednio barmana, żeby pod żadnym pozorem nie lał mi więcej niż setę na godzinę.

Zbynio jest solidna firma i każdorazowo, gdy się do niego z podobną sprawą zwrócę, wywiązuje się koncertowo. Z zegarkiem w ręku. Dzisiaj było podobnie. Trzymałam się więc o jednym majonezie na godzinę, czas umilając sobie luźnymi rozmowami ze znajomymi. Oraz rozlicznymi nieznajomymi. A pogadać było z kim, bo się w ten przeddzień świętego Patryka zebrał w naszym lokalu ferajny kwiat.

Jadwinia sobie oczywiście przygruchała jakiegoś absztyfikanta, z którym, przez dobre dwie godziny przemierzała parkietu przestrzeń. Nasze trajektorie spotkały się dopiero kole północy przy barze. Ja już troszkę zagazowana, ale jeszcze w służbie narodu. Jadwinia dosyć już trafiona, ale za to wytańczona, więc może i trochę procentów po drodze zgubiła. Taką miałam nadzieję.

U Jadwiniowego boku oczywiście – z przerwami na wizyty w tualecie – trwał Arturek, czyli mojej psiapsióły najnowsza zdobycz. No i kiedyśmy tak sobie siedzieli we trójkę na tym barze, podżeglowała do nas jakaś taka fruzia w trudnym do określenia wieku, ale tak z dychacza ode mnie młodsza. I do tego Arturka mówi coś w stylu: długo się nie odzywasz, misiu, ale ja nadal czekam na telefon, więc możesz do mnie przyjść jutro, albo od razu dzisiaj, a w ogóle to czekam przed lokalem. A do nas nic, ani cześć, ani pocałujcie mnie w dupę… No, powietrze. Po czym odeszła, zaszczyciwszy nas na koniec pogardliwym spojrzeniem.

Ja tam luz, bo mnie sytuacja bezpośrednio nie dotyczyła, ale Jadwini na moment szczękę zmarmurzyło. Po czym wstała chwiejnie ze stołka, dogoniła dziewczę i… od tego momentu wersje się różnią. Bo na policji Jadwinia zeznała, że w chwili gniewu i wzburzenia tamtą lekko spoliczkowała, ale zaraz tego pożałowała.

Natomiast ja widziałam na własne oczy, że na zimno pociągnęła ją dwa razy z łokcia i jeszcze by poprawiła z laćka, ale się zrobił straszny rejwach, a zza baru wybiegł właściciel, który zaczął wrzeszczeć, panikować, machać komórką i tak dalej. Kompletnie facet nie zna życia nocnego wraz z jego rozlicznymi, nieuniknionymi meandrami.

Ten poprzedni zawiadowca restauracji, to miał jaja ze stali. Jakby się taka akcja zdarzyła za jego kadencji, to by się skończyło na szybkiej mediacji, paru dobrych argumentach oraz dwóch krótkich strzałach na zgodę. A po piętnastu minutach obie zwaśnione strony by przy barze zgodnie waliły drinki, nie pamiętając o całym ambarasie.

A ten nowy pizduś, zanim pomyślał, to już wezwał psiarnię, straż miejską i ambulans. Dobrze, że strażaki nie przyjechali pożarne… No i już nie było odwrotu. Ta małolata, co od Jadwini wyłapała, to się chyba znała na procedurach, bo się zaraz tą krwią z nosa umazała od stóp do głowy. A jak tylko policję zobaczyła, to się zaczęła słaniać, mdleć i mówić, że jej słabo i ciemno w oczach, czyli taki  program podstawowy.

W tej sytuacji Jadwinię niestety powieźli kibitką w nieznanym kierunku, ale jeszcze jej zdążyłam powiedzieć, żeby się nie martwiła, bo ja będę w swoim domu czekać pod komórą i że jakby jakiś większy smród się kroił, to niech dzwoni o każdej porze, a niezwłocznie zacznę coś działać.

Nie było jednak takiej potrzeby, bo przyjechała do mnie przed drugą, załomotała kolbą w drzwi, a następnie zasiadła, z radością przyjęła szklanę dżeka, po czym stwierdziła, że ją spisali i wypuścili, ale szału raczej nie ma. Bo tamta laska zamierza ją skarżyć, gdyż doznała złamania nosa i podobnież urypał się jej mostek, co go sobie niedawno zainstalowała w górnej klapie. Dowiedziałam się też, że gnojówa obdukcji jeszcze nie ma, ale jutro ma mieć.

Na takie dictum, chwilę pomyślałam, po czym wykonałam telefon do dyżurnego oficera dzielnicowej komendy policji, gdzie głosem najsłodszym z możliwych przedstawiłam się z imienia, nazwiska oraz wszystkich posiadanych tytułów. Profesji szczegółowej nie podałam, więc mogło powstać uzasadnione wrażenie, że trudnię się na przykład adwokaturą.

I, tonem w zasadzie nie znoszącym sprzeciwu, spytałam, czy w drodze wyjątku nie mogłabym otrzymać danych osobowych poszkodowanej z takiej a takiej akcji, gdyż moja klientka, działająca uprzednio w afekcie oraz wódczanej malignie, pragnie czem prędzej naprawić szkodę oraz zadbać  o stosowne zadośćuczynienie. Dodałam, że za wszelką cenę chcemy uniknąć komplikacji życiowych dla sprawczyni zajścia, a tym samym oszczędzić fatygi szanownej policji, i tak już nadmiernie przeciążonej ogromem spraw oraz zadań spoczywających na jej barkach.

Oficer dyżurny się najpierw trochę jakby zacukał, ale potem stwierdził, że ten ostatni argument, to w sumie do niego przemawia, a poza tym znana jest w kodeksach taka forma samoukarania oraz kompensacji strat. I że on, jako zwolennik nowoczesnych form sprawowania władzy, może nam poza protokołem powiedzieć, że gościówa się nazywa tak i tak, zamieszkała tu i tu, a jeszcze przypadkiem dysponuje on numerem komórczaka poszkodowanej. Zuch chłopak.

Znakiem tego, pewnie uda nam się sprawę zwekslować na poziomie mieszkaniowym. Tym bardziej że przy niedzieli zarówno psiarnia, jak i lekarze nie będą się zbytnio palić do rozmaitych obdukcji, tudzież zakładania akt sprawy. Ale profilaktycznie zadziałać musimy, żeby nam się z rąk przypadkiem co nie wymkło.

Chociaż nie sądzę, żeby do jakiejś sprawy sądowej czy innych perypetii prawnych doszło. Jest bowiem taka stara zasada, która tutaj znajduje, moim skromnym zdaniem, szczególne zastosowanie. A brzmi ona:

Kurwa kurwie łba nie urwie.