Wciąż nie mam czasu, by tu posadzić tę obiecaną notkę o Haneczce, ale nic nie poradzę. Jest to w zamyśle epicka opowieść, której ukończenie wymaga ode mnie sporo pracy oraz przejrzenia materiałów źródłowych. Więc może za dzień albo dwa, dobra? Tymczasem krótki szkic o tym, co mnie się dzisiaj przydarzyło w biurze.

Otóż kole południa przyszedł w charakterze interesanta taki przyjemny pakerek. Nie za młody, nie za stary, a w sam raz. Kulturalny, ułożony, wysłowić się umiał, a na dodatek bardzo przyjemnie waniał. Chyba jakimś Muglerem. No, nieistotne. W try miga zrobiliśmy te jego kwity i się – nie wiedzieć kiedy – zawiązała rozmowa taka jakby prywatna. O stylach życia, sporcie, aktywności fizycznej i takie takie.

I on w pewnej chwili mówi, że zaprasza do siebie na salę, na treningi tekłondo. A gdy mimowolnie parsknęłam, to powiedział, że nic to nie jest śmiesznego, bo poza sekcją regularną, prowadzi on także zajęcia rekreacyjno – ruchowe dla młodzieży starszej, żeby nie powiedzieć – trzeciego wieku. Rozmaite skoki, biegi, pompki i inną gimnastykę, a gdy to komuś odpowiada, to może przejść do tych wszystkich wymyków i kopaniny oraz całej tej nawalanki.

No i spodobał mnie się ten pomysł. Już sobie zaczęłam w głowie komponować odpowiedni strój sportowy i snuć rozmaite fantazje na temat samego trenera. Ale się go jeszcze, tak dla pucu spytałam, czy on naprawdę uważa, że to jest odpowiednia dla mnie dyscyplina. Bo mam w sumie tyle a tyle lat (pięć odjęłam), ze sportem kontakt dość luźny, niewielkie doświadczenie i tak dalej.

A on mi na to z uśmiechem sunie, że ależ oczywiście, że to jest bardzo fajna grupa, zgrana i wyrozumiała. I że ćwiczenia są starannie dobrane i dostosowane do możliwości uczestników. Oraz że atmosfera jest miła i bezstresowa. I że jego dziewczyna chodzi na te treningi od prawie trzech miesięcy i bardzo jej się podoba

No, skoro jego dziewczyna też tam chodzi, to już się, kurwa, rozpędziłam…