Pokazałam dziś Jadwini na Świerczewskiego tego Piotrunia, co mnie w piątek poderwał, a potem zanudził na śmierć i porzucił, czyli o mnie zapomniał. Jadwinia powiedziała, że go świetnie zna, tylko w piątek nie poznała, bo wiadomo.
I zdaniem Jadwini, dobrze się stało, że chłopak się wtedy zawiesił, bo to drań i podrywacza kawał. I jakby co do czego przyszło, to by mnie owinął wokół palca i zmarnował mi życie.
Hłehłerechłe. No, przepraszam. Ta Jadwinia to niby jest nowoczesną dziewczyną, która pracuje w nowoczesnej, europejskiej, skomputeryzowanej instytucji, ale teksty to ma czasami jak z Poradnika Domowego.
Zdziwiłby się Piotrunio – gawędziarz, kto by komu życie zmarnował.

A w ogóle to mamy z Jadwinią szatański plan na wieczór. Bo w naszym skrzydle we firmie jest jakieś przeprogramowanie systemu i dostałyśmy Dwa Dni Urlopu. Płatnego, ma się rozumieć. Who-is-the-king przysięgał i bił się w pierś, że płatnego. Więc się dziś u mnie zamierzamy natrąbić.
Ten, jakże oryginalny plan zrodził się w drodze z roboty, kiedy to Jadwinia dostrzegła na statoilu wielgachne pudła heinekena – sześć piw plus kapelusz. Nie wiem czy wypijemy po sześć, ale to chyba oczywiste, że musiałyśmy mieć DWA kapelusze. Więc dwa pudła są już u mnie w kuchni, a Jadwinia pojechała do swoich starszych coś obgadać. Ja wiem co, ale nie jestem plotkarą. Powiem, jak już się samo rypnie.

Jak znam życie, to Jadwinia będzie chciała w tym heinekenowym kapeluszu wracać do domu, ale to nie jest jeszcze najgorsze. Bo mamy dodatkowy projekt, żeby się przebrać w koszulki piłkarskie, które kupiłyśmy sobie w maju na targach w Pradze. Ja – Del Pierro, a Jadwinia – Zidana. I dziś premiera.

Idę sprzątać, bo mam niedobre wrażenie, że kot coś walnął poza kuwetą.