No i wtedy do naszego stolika podżeglował jakiś taki kolega Bogu-nie-miłej, grzecznie się przywitał i coś tam zaczął jej opowiadać. Ale bez przerwy lampił na mnie, no chyba że mi się zdawało.
W tym czasie, na poziomie sztabowym zapadła decyzja, żeby jednak jeszcze gdzieś na jednego pojechać. Gdzieś z tańcami, a ja za tańcami bardzo, tak nawiasem mówiąc. Aż tu wtem nagle, kiedyśmy się już zbierały do odejścia, ten Bogu-nie-miłej koleżka pobrał ze stolika wafelek od heinekena, coś tam szybko napisał i mi wręczył.

Nie jedź z nimi, zostań tu ze mną, potem cię odprowadzę do domu, proszę – przeczytałam na otoku wafelka.
Ja, jak wiadomo, jestem gupia pizda, która takie końskie zaloty łyka bez popitki. I to „proszę” na końcu tak mnie jakoś ujęło. A ponadto, tego wieczoru byłam już taka trochę, hmmm, interesowna. Więc się zgodziłam. I tamte piczki pojechały na dancing, a ja zostałam z Piotrusiem (sic!) przy stoliku.

Co za porażka. Facet w ciągu pół godziny doprowadził się do konsystencji galaretki agrestowej. Co najmniej pięć razy powiedział mi, że takie głosy jak Marka Lanegana to Bóg rozdaje osobiście. Usiłował mi też opowiedzieć swoje nieudane spożycie z byłą żoną, ale mu nie pozwoliłam.
A tak się fajnie zapowiadał. Nie za młody, nie za stary, schludnie zrobiony na chłopaczka z sąsiedztwa. Ale takiego z ambicjami.
A tu taka padaczka. Leszczyna. Po raz kolejny, kurwa, leszczyna.
Uf, skończyłam.