Po odejściu hazardzisty, na kwadrans zrobiło się trochę gęsto i rozgorzała społeczna debata, czy iść dalej w tango, czy też powoli trąbić odwrót.
Mnie to osobiście waliło o tyle, że chwilowo jestem wolna jak taczanka na stepie i poza kotem, nikt na mnie nie czeka. A kotu, przed wyjściem z domu, przemyślnie nawaliłam do miski trzy saszetki jedzenia. I pół kuwety piasku, co jest o tyle bez znaczenia, że jeśli by tylko chciał to i tak by nalał do palmy albo do koszyka z gazetami. Norma.

Tyle ja. Natomiast reszta zaczęła się intensywnie zastanawiać. Bo na Agatę czekał mąż-nie-mąż, do Jolandy wydzwaniał takich jeden upierdliwy, który chciał ażeby ona natychmiast wracała do domu, natomiast Bogu-nie-miła od początku źle się bawiła, pić nie chciała i mnie swoimi humorami zaczynała z wolna podkurwiać. Nazwijmy rzecz po imieniu.

Reasumując, miałam dobrą pozycję startową, bo Jadwinia, choć teoretycznie nieskrępowana matrymonialnie, to na moje niewprawne oko, na ten wieczór miała już dosyć. Więc podejmowałam heroiczne wysiłki żeby Jadwinia nie wprowadzała już kolejnego u-bota, bo to by się mogło skończyć zwyczajową próbą zrobienia striptizu, ściąganiem jej ze stołu, wrzucaniem widłami do taksówki i całonocnym czuwaniem nad Jadwinią rzygającą do żółtej miski.