Przed godziną jedenastą byłyśmy już nawalone w dym. Bo po pierwsze – była ku temu niebywała okazja, po drugie – Jadwinia przypomniała sobie o takim harcerskim wynalazku jak u-boty, a po trzecie – Jadwinia zorganizowała skręta. Jednego na nas pięć, ale wystarczyło i był to przedostatni papiak do naszej zbiorowej trumny.
I wtedy się pojawiła Pierwsza Leszczyna, przyjęta przez pijane baby jak jakiś Mesjasz. Leszczynie było na imię bodajże Łukasz i się ten Łukasz spalił w przedbiegach, bo się dowiedział, że Jadwinia w listopadzie wyjeżdża do Australii i chciał się zakładać, że nigdzie nie pojedzie. Bo on tak zadziała, że nie pojedzie.

Na takie diktum Jadwinia troszkę ochłonęła i jakby przetrzeźwiała, po czym spytała leszczynę, co on tu sobie kurwa wyobraża. I dodała żeby spierdalał w podskokach. Bo to nie jest jakiś targ wielbłądów i że z nią trzeba najpierw pójść do łóżka, a potem proponować kawę, a dopiero potem decydować o jej życiu. Czyli Jadwini ulubiona odzywka.
Zdziczał, po czym się zmył.