Zacznę od końca. Czyli od piątku, który skończył się w sobotę. Koło południa, we firmie wyjaśniła się pewna bardzo ważna dla naszego oddziału sprawa. Otóż dwa tygodnie temu, moja koleżanka Karolina, w pięknym stylu spaprała pewną transakcję, co nas w efekcie trzepnęło na okrągłe trzydzieści pięć tysięcy w nowym polskim złocie.

Who-is-the-king, w pierwszym odruchu oznajmił Karolinie, że zapłaci ona z własnej kieszeni i tak dalej, ale potem skruszał i właśnie w piątek uroczyście ogłosił, że wszystko dobrze, że stratę udało się zminimalizować, że wrzucimy to w koszta, a Karolina musi na przyszłość uważać, bla, bla, bla…

Karolina się nagle poczuła posiadaczką trzydziestu pięciu kawałków z odzysku, toteż zaprosiła naszą pakę na picie z radości. Nieśmiało zaproponowałam, że skoro Who-is-the-king był taki miły i łaskawy, to może by poszedł z nami, ale mnie zabito stadnym śmiechem.
Tośmy poszłe same.