elka-gra blog

elka-gra




pimp my ride

No więc Haneczka zaszokowała wszystkich, bo sobie przyprawiła dwie piłki do kosza, nieprawdaż. Przy okazji trochę się jej poprzestawiały niektóre klepki, bo od tygodnia trwa nieustający koncert życzeń i z każdym chętnym (płci żeńskiej na szczęście) Haneczka zasuwa do kibla, żeby dokonać pełnej prezentacji. Ze trzysta razy zrobiła też flashing w swoim gabinecie. A to już jest dla mnie lekka żenuła.

Do tych monstrualnych cycków dochodzą oczywiście dekolty do pępka, sportowe staniki i te klimaty. Podobnież - zdaniem profesora Wyciora, który przeprowadził operację - z czasem piłki do kosza trochę się zmniejszą, ale marne to pocieszenie. Mówię za siebie.

Mąż Haneczki na punkcie tych nowych cycków podobnież kompletnie zwariował, a ich pożycie weszło w fazę maniakalno – napadową.
Niechaj i tak będzie.

Natomiast Jadwinia przebywa na urlopie wypoczynkowym i nie pokazuje się publicznie. Wcale jej się nie dziwię, bo wygląda upiornie. Jakby przeżyła zderzenie autobusów albo stoczyła dwunastorundową walkę z Tajsonem czy innym Pudzianem.

Nie wiem, po kiego chuja prostowała sobie nos oraz przebudowała brodę. Do tego oczywiście pełny naciąg twarzy i obowiązkowy botoks w wary i policzki. Chodzi po domu, wkurwiona i spuchnięta. Pić nie może, gadać za bardzo też. Łypie tylko na mnie spod bandaży i czeka na oklaski.

Bóg ją opuścił, mówię Wam.


   
2010-01-30 20:44:13 skomentuj (30)
zatkało mnie

Dziewczyny powróciły z kliniki.
Haneczka w sobotę, a Jadwinia dzisiaj.
Na razie jestem w głębokim szoku poznawczo - pourazowym.
Ale niebawem się rozpiszę, bo jest o czym.

Oj, jest.


2010-01-26 01:32:59 skomentuj (20)
chwila prawdy

Nie wyszłam z grupy.
Moja pycha będzie mnie kosztować skrzynkę dżeka.

Może się chociaż podłączę.


2010-01-21 17:49:47 skomentuj (34)
koncert życzeń

Napisało do mnie dziewczę, zarzucając mi, że na blogasku nie dokańczam wątków, przerywam opowieść w połowie, jestem niekonsekwentna i w ogóle się nie staram. Wszystko prawda, ale to dlatego, że ja, Kochani, nie mam takiego ciśnienia, żeby Wam donosić o każdym pierdnięciu, kichnięciu oraz miesiączce.

Piszę jak mi się chce, a jak mi się nie chce, to wtedy nie piszę. Ale skoro z powodu mojej przypadłości niczego tu nie można zrozumieć, proszę bardzo. Dla sympatycznej panny Joasi z turnusu drugiego, od sympatycznej, niewątpliwie i absolutnie pani Eli. Dokańczam wątki.

No, miałam dwóch, a nawet trzech mężów. Z jednym wcale nie mam kontaktu. Drugi czyli Andrzejek sporadycznie mi dokucza. A to mi coś wyniesie z domu, a to zadzwoni po pijaku albo wyśle krótką, czerwoną serię sms-ów o świtaniu. Norma. Ten trzeci, co długo nie zagrzał miejsca, już przestał mnie nękać. Podobnież bierze jakieś lekarstwa i wkrótce ma być zdrowszy.

No, miałam subaru forester, ale go sprzedałam. Teraz mam inne SUV, ale co to za SUV, skoro przedwczoraj utknął w zaspie i musiałam do niego zamawiać holownik za prawie trzy stówy.

Who-is-the-king prawie jawnie prowadza się z Wirdżinią, ale trwa to już tyle lat, że się wszyscy przestali ekscytować. Jego gruba żona trwa na posterunku, bo podobnież nie odebrała ona żadnego, gruntowniejszego wykształcenia, nie jest też z domu bogata w pieniądze. Toteż w zaistniałej sytuacji obrażenie się na Who-is-the-kinga byłoby mocno nierozważne i mogłoby skutkować zauważalnym pogorszeniem się jej sytuacji bytowej.

Bogu-nie-miła oraz kutafon Stachurski teoretycznie znowu tworzą podstawową komórkę społeczną, ale to już nie to samo i – jeśli wierzyć Boguni – w piecu kompletnie wygasło. Co mnie zbytnio nie dziwi, bo Stachurski wywalił nad tym morzem numer koncertowy.

Olo nadal tkwi w okowach lodu, czyli małżeństwie z moją durną siostrą. Dobrze poinformowane źródło – czyli moi starzy – donoszą, że z zapałem godnym większej sprawy nadal trwają próby wprowadzenia mojej siostry w stan błogosławiony. A numer z owulacją, przerwaniem nasiadówy i poinformowaniem wszystkich zebranych, że pędzą zrobić TO, stał się żelaznym punktem programu każdej rodzinnej uroczystości. Nie wiem, nie bywam.

Startuję w konkursie na blog roku, bo tak mi się podoba. Nie o nagrodę mi raczej chodzi, bo takimi komputerkami to mogłabym Wam oczy popodbijać. Powiedzmy, że się założyłam o przekonanie. Oraz skrzynkę Jacka Danielsa. Że wejdę do finału.

Ze Sprzątaczem się w końcu nie ustawiłam, bo już u nas nie sprząta. Kiedy dla hecy zadzwoniłam do niego w nowy rok, smutnym głosikiem oświadczył, że jego świąteczny pobyt w rodzinnym Biedrusku czy innym Pobierowie przedłużył się, gdyż szanowna Mamusia jest trochę chora. Tak mi mów. Coraz bardziej palę się do związku z takim właśnie typem faceta.

Chudy zapina strasznie kulawo, bo przez pocztę kwiatową podsyła mi jakieś koszmarne bukiety z żałosnymi bilecikami. Ale nie jest z niego aż taki desperado, żeby w ciemno dyndać do mnie przez morze z przyobiecanym pierścionkiem.

Jadwinia już w klinice. Dzwoni do mnie na komórkę, płacze, gada straszne głupoty i okropnie bełkocze. Chyba jej coś robią z buzią.

Tyle.



2010-01-14 18:22:20 skomentuj (45)
żaden tytuł nie pasuje

W Karpaczu było niby bardzo fajnie, ale zdarzyło się coś, co zjebało nasz pobyt na samym starcie. Strasznie tajemnicza historia. Chociaż, czy ja wiem? Może nic nadzwyczajnego. Samo życie. Ale po kolei.


Zajechałyśmy do hotelu w wigilijne przedpołudnie i zaraz potem poznałyśmy dwie fajne laski. Chyba les, ale to bez znaczenia, bo dogadywałyśmy się świetnie. Trochę się razem zwłóczyłyśmy po okolicy, a potem zrobili nam całkiem niczegowatą kolację wigilijną. Jak na zupełnie nieznane towarzystwo i hotelowe warunki było dość przyzwoicie.
 
Późnowieczorową porą, w czterosobowym składzie rozpoczęłyśmy w naszym pokoju lekkie spożycie. Rewelacja, balowałyśmy do wczesnych godzin porannych. Trochę niedospane zeszłyśmy na świąteczne śniadanie i po raz kolejny mile się zaskoczyłam. Bo hotel zrobił robotę.

Następnie, dla higieny psychicznej udałyśmy się w góry. Góry jak to góry. Tamte dwie uczyły się jazdy na nartach, a my z Jadwinią pod wyciągiem gulnęłyśmy sobie po dwa heinekeny.
Kole szesnastej wróciłyśmy do hotelu, gdzie się odbyły zajęcia w podgrupach. Czyli drzemka poobiednia.

Obudziły nas lamenty jednej z dziewczyn, która wywaliła drzwi od naszego pokoju razem z futryną, po czym nam zakomunikowała, że tamta druga nie żyje. Po prostu. Walnęła się po tych nartach spać i nie wstała. Młoda siksa, trzydzieści sześć lat, zero chorób, zero dragów, nic, nul, archiwum X.

Gliny oraz pogotowie załatwili to bardzo dyskretnie, ale i tak cały hotel był w ciężkim szoku. Tej drugiej też już potem nie spotkałyśmy. Podobnież, po złożeniu stosownych wyjaśnień, spakowała graty i po angielsku wyjechała. Ale schiza.


Ja to wszystko przyjęłam na miękkie bloki, ale Jadwinia zwariowała. Najpierw, jeszcze w Karpaczu, przez pół dnia bełkotała o nawróceniu, klasztorze, odnowie duchowej i podobnych klimatach. Po powrocie do domu z kolei wpadła w amok pisania testamentu. Jeszcze przed sylwestrem obeszła wszystkie biura notarialne i banki, gdzie nawypisywała milion pełnomocnictw i innych świstków. Total.


Sylwester był kompletnie do dupy, bo z braku stosownego nastroju oczywiście nigdzie nie poszłyśmy. Ja siedziałam w domu i oglądałam telewizję. Jadwinia przyszła do mnie przed samą północą, totalnie zagazowana, po czym wypiła ze mną toast noworoczny i zgasła na wersalce.

A przedwczoraj oświadczyła mi, że dosyć smuty, żałoby i grzebania się. I że wypłaca wszystkie oszczędności i jedzie z Haneczką do tej kliniki plastycznej. I przyprawi sobie wszystko, co jest do przyprawienia oraz naciągnie wszystko, co jest do naciągnięcia.


Martwić się?



2010-01-07 19:41:59 skomentuj (32)
haneczka robi robotę

Jestem na świeżo po firmowym christmas party. Od czego by tu zacząć... Po pierwsze, zgodnie z moimi przypuszczeniami Who-is-the-king przybył bez grubej żony, która źle się czuła. Tym samym, nie mogliśmy ustalić czy ma rękę w gipsie. Tym samym, nierozwiązana pozostaje drażliwa kwestia niedawnego strojenia biura, z której to imprezy – jak pewnie pamiętacie - Who-is-the-king się wywekslował z powodu rzekomej wywrotki grubej żony i złamania przez nią kończyny górnej. Nieważne.


Ponieważ na takie sezonowe nasiadówki zaprasza się cały personel, przybył także Mój Sprzątacz, tadam. Z którym wypiłam półtorej butelki wina i się ustawiłam na po Świętach. Bo on na Wigilię musi iść do Mamusi, a ja wiadomo – dżez babariba w tym całym Karpaczu. Przy okazji – to nie jest żaden dorabiający studencina ani inny Rysiek, co nie skończył podstawówki. Po prostu – robi to, a nie coś innego. Fajny, schludny, nie za młody, nie za stary, mocny w gębie. Może kolejna leszczyna…
Obadamy w swoim czasie.

Teraz do rzeczy, czyli hit wieczoru. Ponieważ we firmie i przy Who-is-the-kingu nie wypadało się złoić, w drodze do domu wpadłyśmy jeszcze całą paczką na jednego do naszej zaprzyjaźnionej restauracji. Tam Haneczka podzieliła się z nami dobrą nowiną. Otóż z okazji Świąt mąż Haneczki postanowił jej zafundować nowe cycki. Szesnaście koła polskich złotych, cena zawiera tygodniowy pobyt w klinice oraz dwuletni serwis pogwarancyjny.

Reakcje były zróżnicowane. Od świętego oburzenia Bogu-nie-miłej, przez niezdrowy chichot Karoliny, aż po dziki entuzjazm Jadwini. Termin jest już przyklepany na połowę stycznia i teraz pozostaje radosne oczekiwanie. Powiem tylko, że Haneczka szuka towarzystwa i próbuje mnie nakłonić, ażebym się tam udała razem z nią. Oczywiście nie jako kibic, ale jak najbardziej zawodnik. Źle trafiła, nieprawdaż. Bo, o ile te szesnaście tysięcy jakoś bym wyskrobała, to tak się składa, że bardzo jestem przywiązana do moich cycków i nie zamieniłabym ich na żadne inne.


Tak już mam.




2009-12-22 23:19:38 skomentuj (41)
gazu

Chyba nie mam ochoty na kolejne Święta za stołem. Poza tym sytuacja jest trochę nabrzmiała przez te niedawne końskie zaloty Olka. Że nie wspomnę o tej debilce, jego żonie, a mojej siostrze. Chyba nie dam rady.

Pępowinę odcięłam w zeszłym roku, kiedy to pierwszy raz nie wigilijowałam ze starymi, bo mi wypadła ta zsyłka do Bostonu, nieprawdaż. To mogę pójść za ciosem. Trochę późnawo sobie przypomniałam, ale takie wypady na ostatnią chwilę są najlepsze.

Jadwinia wynalazła upiornie drogie, ale ponoć wypasione wczasy świąteczne w jakimś Karpaczu. Był tam kto? Gdzie to jest? Fajnie? Piszcie szybko, bo w poniedziałek muszę zapłacić.


Jakby co.



2009-12-18 23:21:14 skomentuj (17)
seksi fleksi

Zaczęło się od tego, że dnia pewnego Jadwinia stwierdziła, iż dostaje dupy. Czyli tyje. Oczywiście nastąpiła kompletna panika i stan wyjątkowy. Ja też się zaczęłam nad sobą zastanawiać, bo niby nadal jestem szprycha i nawet niekiedy dla jaj (i polepszenia samopoczucia) zakładam prehistoryczne gumy firmy Cassucci, w których pocinałam na studiach. Ale z drugiej strony matka moja stała się kulką, a babka była kulką od kiedy pamiętam. To i na moje boskie kształty może przyjść zmierzch nie wiadomo kiedy.

Ograniczyłyśmy więc chipsy i inne dżankfudy, ale pomogło średnio. Na kosza trochę za zimno i za mokro, więc w rozpaczy zapisałyśmy się na aerobik seksi fleksi. Uwielbiam takie nowe pomysły i zmiany w lajfstajlu. Na zachętę kupiłyśmy sobie włoskie, profesjonalne kostiumy oraz rozmaite frotki, przepaski, getry, buty, szpanerskie bidony i resztę ekwipunku. Czyli to, co w sporcie najważniejsze.

Ale do rzeczy, czyli ćwiczeń seksi fleksi. Trzy razy w tygodniu po półtorej godziny. Piękna sprawa. Pot kapie z nosa, a ciuchy do wykręcania. Tak lubię. A poza tym niedaleko klubu jest świetna pizzeria, więc zawsze po zajęciach, odświeżone i wypachnione, chodzimy tam sobie na podwójną pepperoni i parę piw. Jest dobrze.

A Chudemu dałam z wozu.




2009-12-16 19:10:52 skomentuj (36)
niemoralna propozycja

Kurde, ale się porobiło. Chyba ja sobie te uczucia Chudego zważyłam trochę lekce. Bo zadzwonił wczoraj i powiedział, że to jest dla niego poważka. I jeśli się zgodzę i dam mu nadzieję, to on przyjedzie do mnie na Święta. Z pierścionkiem.

Niezwłocznie poddałam tę kwestię pod społeczną konsultację. Jadwinia w pierwszym odruchu powiedziała, że jak on jest taki cwany, to niech przyjedzie w ciemno. Ale potem jakby spoważniała i stwierdziła, że to jest moja wielka szansa, że może by tak skończyć z rokendrollem i poważnie pomyśleć o życiu. No, kto to mówi…

Musiałam w tej rozmowie z Chudym zabrzmieć obiecująco, bo dzisiaj z rana wywalił mi maila na trzy ekrany i naobiecywał cudów. Że już jest na emeryturze, że może coś znaleźć w Polsce, że możemy mieszkać tu albo bryknąć z powrotem do Bostonu. Że przed nami piękna przyszłość, dom, dzieci, psy, ogród, basen, fuksje i tak dalej.
No, nie wiem.

Jakoś tego nie czuję. 



2009-12-08 17:59:56 skomentuj (33)
po godzinach

Who-is-the-king zapowiedział nam dzisiaj z samego rana, że po fajrancie, w czynie społecznym wszyscy zostajemy we firmie i montujemy świąteczne dekoracje. Trochę niektórzy szumieli, ale do południa im przeszło. Wtedy to, podczas lanczbrejku Who-is-the-king przypomniał nam o akcji, napomknął też, że on chyba nie będzie mógł zostać, bo właśnie miał telefon, że jego żona poślizgnęła się, złamała nadgarstek i teraz leży w domu z gipsem do łokcia, więc oczywiście on musi się ewakuować wcześniej, bo wiadomo.

Ugryzłam się w język, za to Jadwinia ze słodkim uśmiechem kazała mu pozdrowić małżonkę i wyraziła nadzieję, że do czasu świątecznego party zdejmą jej gips. Who-is-the-king pobladł, ale nie skomentował. Zdaje się, że zapomniał o firmowym przyjęciu i troszkę mu się zełgało nie w czas. Ale nic to. Zobaczymy, co zrobią. Wyjścia są dwa. Albo jej rękę wpakują w jakiś bandaż elastyczny, albo nie przyjdzie wcale. No, chyba, że nam spróbują wciskać, że teraz się nosi gips przez półtora tygodnia. Obadamy.
Tak więc boss się chamsko urwał, ale przynajmniej zabezpieczył nam posiłki. Godzina piąta minut trzydzieści przybył umyślny z czterema pizzami i dwunastopakiem koli. Zaraz potem nasz cieć przytaszczył z piwnicy siedemdziesiąt pudeł z choinkami, bombkami, girlandami, gwiazdkami, farbami, pędzlami i innymi śniegami w sprayu. I się zaczęło.

Ale jeszcze przedtem ja w milczeniu spojrzałam na Jadwinię, zaś Jadwinia w milczeniu spojrzała na mnie i w rezultacie śmy w milczeniu poszły do pobliskiego hipermarketu po parę heinekenów.
W tym czasie brygada pracy socjalistycznej opierdoliła wszystkie pizze, łaskawie zostawiwszy nam po dwa kawałki. Nieważne. I tak się odchudzam.

Bogu-nie-miła wykorzystała naszą nieobecność i rozdzieliła robotę. Bardzo sprytnie rozdzieliła. I tak, Haneczka w towarzystwie Agaty zawiesiła nad drzwiami girlandy i po kwadransie już ich nie było. Karolina namalowała na oknie jakiegoś zdechłego bałwanka oraz dzwoneczek ze srebrną wstążką i również się zmyła. Bogu-nie-miła powsadzała do dzbanków jakieś habazie, a potem powiesiła na nich parę bombek oraz trochę waty, po czym oświadczyła, że też musi się zwijać.

Nam przypadło przystrojenie trzech dwudziestometrowych choinek i zgodnie z moimi przypuszczeniami, pierdoliłyśmy się z tymi choinkami do wieczora. Ale nic to, bo po trzecim heinekenie atmosfera się znacznie ociepliła i przestałyśmy zważać na cokolwiek. Tym bardziej, że korzystając z chwilowej przerwy Jadwinia podskoczyła do nocnego po doładowanie.

Kole dwudziestej pierwszej, kiedy byłyśmy już z lekka nieważkie, do biur przybyli konserwatorzy powierzchni poziomych i się okazało, że sprząta u nas bardzo interesujący chłopaczyna.

Po Świętach będę musiała się koło niego zakręcić.
 

 

2009-12-02 00:34:19 skomentuj (34)
krótko

Z moim ostatnim narzeczonym Marianosem to było tak, jak Wam już pisałam. Sprawa z Archiwum X. Nic nie tłumaczy mojej głupoty, ale dałam się podejść jak mały lisek. Z początku wszystko super, a potem koleś rozpoczął regularną inwigilację. Za pierwszym razem spytałam go grzecznie, co on tu odpierdala, na co mi odrzekł, że nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. I dalej mi pruł pocztę, szuflady, torebki i notesy.
Więc go wywaliłam z hukiem. Trochę się stawiał, udawał zdziwionego, a na odchodne powiedział, że jestem dziwna. Ja jestem dziwna? Żałuję, że nie zaprosiłam Jadwini do tej akcji, bo koleś wyłapałby jeszcze po kłapaczu.


Aż do Świąt żadnych romansów.



2009-11-17 00:12:04 skomentuj (82)
still alive

Już po sprawie. Kolejny fałszywy alarm. Antybiotyk zrobi robotę. Co za ulga. Dzięki, że trzymaliście kciuki. Choć niektórzy mieli niezłą bekę i mogli się poprzerzucać dialogami z hałsa. Nie ma sprawy.

Z radości zrobiłyśmy sobie małe dwuosobowe party, co by uczcić zwycięstwo człowieka nad materią. Oprócz wytężonego spożycia, w programie znalazła się uczta duchowa w postaci wielkiego prucia naszej klasy. Zaprawdę powiadam Wam, nic nie wiemy o swoich bliskich. Nic a nic. Ale po kolei.

Jadwinia jest dosyć bywawsza na wspomnianym portalu, czego nie mogę powiedzieć o sobie, bo jakoś tak wcześniej nie miałam przyjemności, ba, nawet trochę stroniłam. Ale dzięki temu czekało tam na mnie wiele pysznych niepodzianek.

Na pierwszy ogień poszedł Who-is-the-king. Jakoś wcale mnie nie zdziwiło, że dał on na swoim profilu same prehistoryczne zdjęcia, na oko sprzed dziesięciu lat. Mallorca, Egipt, z motorem, z furą, na wspinaczce, zero grubej żony. No, jednym słowem kawaler do wzięcia. Pośród jego tak zwanych znajomych znalazłyśmy kilka biuściastych szesnastek oraz masę znajomych pysków. Ale nie o nim tu chciałam.

Ochłonąwszy po pierwszych silnych wrażeniach, przystąpiłyśmy do poszukiwania dziewczyn z pracy. Bo co to za frajda oglądać obcych, nieprawdaż. Konta Agaty oraz Wandeczki trochę nas rozczarowały, bo drętwe. Ale laski wiedzą, że jak już się maksymalnie wywija w realu, to przynajmniej w sieci trza być ostrożnym.

I już miałyśmy sobie dać spokój z dalszymi poszukiwaniami, ale Jadwinia się uparła, żeby odnaleźć Bogu-nie-miłą, bo – jak stwierdziła – czuje w moczu, że czekają nas niezłe wzruszenia. Oj, czekały. Swoją drogą nieźle się ta nasza Bogu-nie-miła schowała, bo nie dość, że nie wyrzucała jej wyszukiwarka, to jeszcze stara krowa przed swoim nazwiskiem umieściła wdzięczne imię Bogunia, czego się tak trochę nie spodziewałyśmy i co nam nieco utrudniło akcję poszukiwawczą. Ale dla atomówek nie ma rzeczy niemożliwych, toteż w końcu ją dorwałyśmy.

Wtargnęłyśmy na jej profil i… zapanowała kłopotliwa cisza, przerywana tylko dźwiękiem otwierania kolejnych butelek z heinekenem.
Galerię zdjęć zablokowała (ciekawość mnie zżera, co też byśmy tam zobaczyły), ale lista znajomych niestety (albo stety) jest jawna i dostępna dla każdego.
To może ja, bez dłuższych wstępów wyliczę CZĘŚĆ profili i klubów, do których należy Bogu-nie-miła. Kto jeszcze nie siedzi, niech usiądzie. Jadziem:

*
Cztery fankluby Kasi Cichopek,

*
Siedem fanklubów Pawła Małaszyńskiego,

*
Wierni na Zawsze,

*
Wszystkie Piękne Polki z Dużym Biustem,

*
Wszystkie Które Kochają Swoich Mężczyzn,

*
Anioły Dobroci,

*
Piękne i Szczęśliwe Żony,

*
Lady Incognito,

*
Cudowne, Wspaniałe i Naturalne Kobiety, Dziewczyny i Żony, Naturalne, Spontaniczne, Szalone i Zawsze Piękne,

*
Dółlandia (Dół, Załamkii i  Smutkii)

*
Zdradzone i Zranione Serducha,

*
Smutek, Cierpienie i Oszusztwo,

*
Miłość to Uczucie o Które Warto Walczyć, Miłość Zwycięży!!!,

*
Klub Pożeraczy Żelków Pod Każdą Postacią,

*
Fan Klub Dire Straits,

*
Spragnieni Miłości,

*
Wszyscy Którzy Lubią Się Uśmiechać I Kochają Słońce,

*
Troskliwe Misie (N.D.S.K.F.),

*
Samotni w Tłumie, Samotność To Taka Wielka Trwoga,

*
Wielka Pustka i Ogromna Tęsknota,

*
Radość i To Co Jeszcze Może się Wydażyć,

*
Szpital W Leśnej Górze,

*
Szczęśliwy Kwiatuszek,

*
Jestem Sobą, Stop Pozerom,

*
Wszystkie Dziewczyny Kochające Błyszczyk,

*
Słonik Na Szczęście,

*
Piękne Niezależne Flirciary,

*
Ludzie Kochający Polskę,

*
Najpiękniejsza Opalenizna,

*
Fan Klub Kotów i Koteczków. 

Pasuje Wam taki zestaw? Myśmy zdziczały. Pisownia oryginalna. Jestem zażenowana. Nie wiem, jak mam jej jutro we firmie spojrzeć w oczy.

Chyba nie dam rady być poważna.



 
2009-11-10 19:59:21 skomentuj (51)
do wtorku żarty na bok

Nie wracajmy do tematu Mariana, bo to było jakieś piramidalne nieporozumienie. Koleś był podstawiony przez CBŚ, czy co... Nie wnikam. A poza tym, jest to chwilowo jak gdyby nieważne, bo mam inny problem na głowie. Coś mnie zaniepokoiło parę tygodni temu, potem zaniepokoiło moją lekarkę i potem jeszcze paru kolesi. I we wtorek odbieram przełomowe wyniki. Dygam.

Bądźmy w kontakcie.  


2009-11-07 16:48:36 skomentuj (28)
lepiej by mi chyba było skoczyć z mostu, niż do domu gada wpuszczać, pani zofio...

Może ja powinnam się zobaczyć z jakimś lekarzem, co? W związku z tymi moimi skokami i wahnięciami. I kompletną nieumiejętnością zdrowej oceny sytuacji. Tak, dobrze myślicie – Maniek mnie zaczyna gnieść. Czy ja pisałam, że on jest nieinwazyjny? Chyba miałam jakieś zatrucie metylakiem.

Wpierdziela się w moje życie, odbiera moje telefony, zagląda mi do komórki, sprawdza moje maile. No, kurwa, nie taki był plan. Jadwinia oczywiście triumfuje i mówi, że to przeze mnie on się tak rozgościł. Bo za wcześnie zamieszkaliśmy w jednym lokalu. Dobra, sama namieszałam, to sama to muszę jakoś rozkminić.


Zmiana tematu. Gadałam z Chudym. Strasznie smędził. Dowiedziałam się między innymi, że żyć beze mnie nie może. I że wznowili to jego śledztwo i znów go zawiesili. Poza tym poinformował mnie, że jest nieszczęśliwy, bez forsy i w szponach hazardu. A ponadto przytył trzydzieści pięć kilo. Mistrz autoreklamy, nie?


Ale z tymi facetami to jest sraka.

 


2009-10-28 22:18:30 skomentuj (24)
olo ma dość

Dałam wczoraj Maniusiowi wychodne, a sama zorganizowałam konferencję na szczycie z moim szwagrem Olem, który w rozmowie telefonicznej oświadczył, że ma problem nie lada. I że tylko ja mogę mu pomóc. Tadam.
Jak powszechnie wiadomo, uwielbiam czuć się potrzebna, a ponadto zadymę mam we krwi, więc zgodziłam się bez wahania.

Kiedy już zasiedliśmy przy fajce i butelce, okazało się, że problemy Ola mają charakter trochę jakby egzystencjalny. A rozchodzi się oczywiście o moją durną siostrę.
Jak pewnie pamiętacie, mieli oni niedawno napocząć dziecko. Ale z pewnych względów nie napoczęli. I dobrze się stało, bo nieco ochłonąwszy, Olo zaczął się zastanawiać nad przyszłością tego związku.
Niby wszystko gra, bo Gosiaczek (zakurwia mnie do bólu kiedy Olo tak ją nazywa) jest bardzo dobrą żoną. I troskliwą, i gospodarną i w ogóle. Ale jest, zdaniem Olka, tragicznie durna. Tragicznie, bezbrzeżnie i nieuleczalnie.

Dla mnie to w sumie żadna nowość, bo od zarania dziejów był to w rodzinie powód do silnego i uzasadnionego niepokoju. Nawet moja matka, pomimo matczynej bezstronności i ślepego dla swych dziatek uwielbienia, nie raz i nie dwa załamywała ręce. Ojciec się raczej nie wypowiadał, ale on się rzadko wypowiada. Taki typ. Nie wnika. Takie ma życiowe motto.

Po kim ta moja siostra taka pusta, tego nie wiem. Ale to największy pokemon i wieśniara w galaktyce. Olek też może nie należy do asów intelektu, ale przynajmniej ma odrobinę wyczucia. A z Gosiaczkiem to wstyd się gdziekolwiek pokazać. Bo jak akurat nie pali irysów z odgiętym paluszkiem, to gada tak, że tylko się ze wstydu schować pod stół.

Mówi Olek, że poszli w zeszły weekend na jakiegoś grilla do jego kierownika z pracy i moja durna siostra dała taki popis, że Olo poważnie brał pod rozwagę pójście na chorobowe, żeby tylko tych ludzi w poniedziałek nie spotkać.

Póki na stole były karkówki i kiełbasy, wszystko było cacy, bo miała zajętą gębę. Ale potem zaczęła tak pierdolić, jakby się naćpała. Ludzie kwiczeli ze szczęścia. Olo ją ponoć uspokajał, trącał i próbował zmienić temat, ale nie było na nią bata. O wszystkim chciała dyskutować. O polityce, piłce nożnej, gospodarce i tańcu z gwiazdami.
Gleba ponoć była kosmiczna.

W czym problem? To najlepsza żona na świecie. Gotuje, sprząta, pierze i prasuje Olowe koszule. Zawsze na niego czeka, piętnaście razy dziennie do niego dzwoni, nadskakuje mu i w ogóle pył sprzed stóp omiata. A jak Olo idzie się kapać, to ona przyłazi do łazienki i mu myje głowę szamponikiem dla dzieci. Total.

Wywaliwszy z siebie wszystkie żale, Olo się chyba trochę rozpędził i zaczął mnie rwać. Jak bum cyk cyk. Mizdrzył się i opowiadał, jaka to ja mądra, ładna i roztropna. Niby wszystko się zgadza, ale musiałam go osadzić, bo nie były to akurat wyznania na tę okazję. A poza tym, niech se chłopina nie robi nadziei, bo po pierwsze, nie ma o czym gadać, a po drugie, to chyba za duża wolta jak na jedną statystyczną rodzinę. A poza tym to chyba nie Olo, tylko wódka tak głupio gadała. Ale mniejsza o to.

Wypiwszy, co było do wypicia, rozstaliśmy się z problemem raczej nierozwiązanym. Na koniec podałam mu rękę, żeby ją sobie chwilę potrzymał dla otuchy i nawet go chyba parę razy poklepałam ze współczuciem. Ale co tu poradzić na taki ból…

Zawsze się mówiło, że jak ładna to głupia. I odwrotnie. Ale moja siostra to pasztet jakich mało. Dał się ten Olo podejść jak mały lisek. Podobnież wiele lat temu nazad złapała go ona na jedną ze swoich rozlicznych urojonych ciąż. A jak się okazało, że lipa, to już było po ślubie.

Czyli w sumie nie taka głupia.


 
2009-10-21 02:18:42 skomentuj (29)
teraz ja

Nie pisałam Wam o pewnym wątku przez dłuższy czasokres, bo chciałam sprawdzić, czy się nie ciachnie. Nie ciachnęło. Ale po kolei.

Poszłyśmy razu pewnego z Jadwinią do takiej jednej restaurancji, gdzieśmy zapoznały dwóch fajnych kawalerów. Godka godka, piwo, wino, wódka, dżez i w rezultacie, jeszcze tej samej nocy Jadwinia wylądowała z tym swoim wybrankiem w łóżku.

Ja nie taka szybka, ja się wolę całować i szeptać słodkie kawałki (byle bez przesady), toteż o świcie skończyliśmy na jakiejś Petrochemii, po czym on poszedł w swoją stronę, a ja w swoją. Wymieniwszy się uprzednio wszystkimi danymi operacyjnymi.

A ponieważ podejrzanie mnie do niego ciągło, toteż się zbytnio nie wzbraniałam przed następną randką. Ależ to frajda, mówię Wam, mając lat niepiętnaście chodzić na randki z facetem. I do kina, i na zakupy i tak dalej. A ponieważ starość nie radość, a młodość nie wieczność, to mu powiedziałam po tygodniu czy dwóch, żeby się nie obczajał tylko przeprowadził do mnie. I jest git majonez.

A tak apropos i bynajmniej bez satysfakcji, to powiem tylko, że Jadwini się z takim gościem oczywiście rozpierdoliło, a mi przeciwnie. Som widoki. Panoramiczne.

Trochę porypany ten mój narzeczony i ma swoje fisie. Ale nic to, bo trafił swój na swego. Płyt do mnie naniósł cztery tony i tyle samo filmów, książek oraz szmat. Ale co mi tam, chata duża i pustawa, to się pomieścimy. A hobbystycznie tośmy się zwąchali jak w korcu maku. Tak na marginesie.

Zbój trochę z Mariana tak na pierwszy rzut oka, ale zbój z wdziękiem. Delykatny, kulturalny, z wyższym wykształceniem salonowym i w kobiecych potrzebach obeznany. Miał dwie żony, ale to złe kobiety były. Jakoś tak go kocham i jakoś tak mu ufam.

Nie powiem mu za szybko, że jestem nim podjarana, bo jeszcze mnie się chłopina zepsuje. Ale podjarana jestem do białości. Aż mam jakieś zmiany osobowościowe. Widać?
Żem się już milion razy na facetach sparzyła, ale tym razem będzie cacy, wiem to.

Co by Wam tu jeszcze? Moc na wtryskarce chłopak posiada przepisową, ale wcale to nie jest dla mnie najważniejsze. Bardziej to całe jego jestestwo. Gadamy godzinami, aż szkoda iść spać. I bawi mnie gościu i rozczula, co aż takie łatwe nie jest w moim przypadku.

Ponadto Maniek pięknie i artystycznie przeklina, a to trzeba umieć. Ale poza tym polszczyznę ma taką kunsztowną, że wymiękam. Zawsze mnie to w chłopach kręciło, ale się wstydziłam przyznać, że lubię, jak facet gada składnie, do rzeczy i bez błędów. Inna sprawa że spotykałam samych takich co gęgali i zdania budowali jak inżynierowie z Petrobudowy.

Trochę niebogaty jest Marian w pieniądze, ale jak już pisałam, nie wnikam. Coś tam robi, coś tam pisze i wysyła, z kimś tam się spotyka i doradza. Dajemy radę.

Poza tym, w rozsądnych granicach gotuje, sprząta i pierze, ale o dziwo wcale mnie to nie pieni. W ogóle mało co mnie przy nim pieni. Bo Maniuś czai jak mało kto i wie, jak działać żeby mi na odcisk nie wejść. Kumaty jest oraz nieinwazyjny. I za to go lubię.

Nie pije, ale go nauczę. Papierosy pali, ale na balkonie. Chyba mu nawet pozwolę jarać w mieszkaniu, bo na dworze zaczyna z lekka pizgać, nieprawdaż.

Jeszcze mi się przeziębi.
 

 
 

2009-10-16 23:53:13 skomentuj (28)
z miłości

No i cała nasza misja w pizdu. Bogu-nie-miła zdecydowała się powrócić do tego złamasa beznadziejnego. Właściwie to już jest faktem, bo przedwczoraj rozpoczęła wprowadzkę na stare śmieci. Zrobili to z miłości do dziecka, jak się zgrabnie wyrazili. I ona mu uroczyście puszcza w niepamięć tę sekretarkę oraz wyczyny choinkowego dziadka (bo się okazuje, że o wszystkim wiedziała, tylko cierpiała w milczeniu). 

Stachurski komisyjnie przyobiecał wrócić na drogę cnoty i już się nie łajdaczyć, natomiast Bogu-nie-miła przez łzy oświadczyła, że będzie lepszą żoną. Żenuła do sześcianu. Jadwinia powiedziała, że po raz ostatni wzięła udział w podobnym cyrku. Po czym pierdolła drzwiami i opuściła zebranie. A Stachurski zaczął nakrywać do stołu i zaproponował, żebyśmy się z tej okazji napili. Co za ciota, jak pragnę wakacji…


Nam jest tu znany taki przypadek nierozważnych i romantycznych działań z miłości do dziecka. Do niczego dobrego to nie prowadzi, a w krócaku historia przedstawia się tak. Jadwini brat rodzony, leszczyna jakich mało, paręnaście roków temu związał się był z dziewczęciem. Po przepisowym czasie dziewczę powiło dziecię płci męskiej, po czym oddaliło się do zadań służbowych. Czyli rzuciło w wir kariery. A ten mosiek został poniekąd z dzieckiem na głowie. A dokładniej przy cycku.

I tu zaczyna się komediodramatyzm sytuacji. Bo żadna baba na dłuższą metę nie będzie się podniecać siedzącym w domu śledziem. W poplamionym kaszką dresie, ze smoczkiem w jednej ręce i osranym pampersem w drugiej. Nie mieszajmy pojęć. Bejbi to jedna sprawa, a fafluśniak i słodkopierdzący karampuk to druga sprawa. Choćby nawet ojciec tego bejbi.

No i z czasem dziewczęciu się zaostrzyły objawy, bo w wirze kariery zapoznała Prawdziwego Mężczyznę, który nigdy nie był poplamiony ani zmiętolony. Przeciwnie – zawsze wyprasowany i popsikany adidasem. Reszty się domyślacie. Przy Prawdziwym Mężczyźnie w dziewczęciu się obudziła Prawdziwa Kobieta. I rozpoczęli góralskie tańce. A jadwiniowy głupi brat postanowił z miłości do dziecka tkwić w tym pojebanym układzie i czekać na morele z kopca.

No i stało się to co miało się stać. Dziecię płci męskiej chowało się chwalebnie, dziewczę pod postacią Prawdziwej Kobiety nadal korzystało z życia swego, tylko leszczynie coś ten cały układ jakby przestał służyć. W każdym razie psychicznie zaczął czuć się niezdrowy i po dwuletniej nierównej walce z oporem materii wypisał się on na własną prośbę z tego małżeństwa.


Na chwilę obecną sytuacja ma się tak, że Prawdziwa Kobieta z Prawdziwym Mężczyzną wychowują dziecko jadwiniowego brata. Może wychowują to niewłaściwe słowo, ale w każdym razie to oni kontrolują sytuację. Jadwiniowy brat natomiast od kilku już lat, w wódczanej malignie zastanawia się, w którym miejscu popełnił błąd.  


Tyle plotek.
 



 

2009-10-06 19:18:18 skomentuj (65)
last christmas

Ależ z tego Stachurskiego to jest pizduś. Nie wierzę. We wtorek przyszedł do mnie osobiście i poprosił, żebym mu pomogła odkręcić całą sytuację z Bogu-nie-miłą. Bo on się zapomniał, a tak w ogóle to bardzo ją kocha. Oraz Bartusia. Jego słowa.

Moja reakcja była oszczędna oraz spowolniona tylko poprzez fakt, że akurat miałam morderczego kaca i tylko marzyłam żeby znaleźć jakiś cichy kąt i spokojnie skonać. Ewentualnie wypić piwo reanimacyjne.
Spojrzałam tylko na niego oczami angory i powiedziałam, żeby rwał na szczaw, bo ja w tym maczać palców nie zamierzam. Odpowiedział mi - chamisko bezczelne - że za późno, bo już zamoczyłam całą rękę. I jeśli dobrze życzę swojej przyjaciółce, to mam mu pomóc.

Najgorsze, że Bogu-nie-miła o niczym innym nie marzy. Bo sobie kompletnie nie radzi. Z dzieckiem, z forsą, z tym mieszkaniem, z pracą, z depresją, ze swoim życiem, kurwa z wszystkim. A ja jej nie chcę dobijać.
Bo w ślad za ostatnimi wyczynami Stachurskiego przeprowadziłam drobiazgowe śledztwo, które pokazało, że ten fiut jest kompletnie, ale to kompletnie niereformowalny i nieprzyszłościowy. Może posłużę się pierwszym z brzegu przykładem.

Ja, jak wiadomo, spędziłam cudowny czas Bożego Narodzenia w Bostonie. A w tym czasie tu odchodziły niezłe cyrki. Ale po kolei. Stachurski, poprzez te swoje gaśnice i inne środki ochrony roślin, ma kontakt z różnymi magikami i innymi leśniczymi. Tak więc od kilku sezonów organizuje dla całej naszej paczki piękne choinki i nawet osobiście rozwozi je po domach. I podczas takiego rozwożenia, z zimną krwią wystukał taką naszą koleżankę Mariolkę.

Pamiętam, pamiętam dokładnie, gdzieś tak w listopadzie, gdy na parę dni zjechałam do Polski, miała miejsce dzika impreza u Haneczki i oczywiście obrabialiśmy wszystkim dupy. I chyba Jadwinia wtedy zażartowała, że Mariolka jakaś taka spicniała, z chłopem jej się nie klei i byłoby dobrze, gdyby w ramach dobrego uczynku ktoś ją wystukał. Miesiąc potem, zgodnie z wytycznymi wystukał ją Stachurski. Mąż pierdolniętej Bogu-nie-miłej, która w tych żartach na temat Mariolki brała udział i świetnie się bawiła.

No ja pierdolę, ale schiza. Rozumiem, że święty węzeł małżeński, podstawowa komórka społeczna i ten Bartuś na dodatek, ale kurwa mać, przecież ten Stachurski to się nadaje do utylizacji.  

Gdy Jadwinia wróci ze stolicy, to się naradzimy.
 


2009-09-11 18:39:21 skomentuj (75)
atomówki

Troszkę czasu nie pisałam, zgoda, ale brałam udział w akcji ratowania Bogu-nie-miłej. Ale po kolei.
Tydzień temu Bogu-nie-miła w towarzystwie Stachurskiego oraz dwurocznego dziecka udała się nad morze, gdzie miała wykupiony czternastodniowy pobyt rekreacyjny w miejscowości wczasowej Władysławowo. Pobyt dla siebie jeno oraz dziecka, bo Stachurski ich tylko odwoził, gdyż musiał wracać do firmy, gdyż jego wspólnik się rozchorował.
Podobnież nie za bardzo się Bogu-nie-miłej taka perspektywa solowych wakacji podobała, ale trudno. Dobrze, że chociaż odwiezie – pomyślała sobie – to nie trza będzie dyndać w bydlęcym wagonie.

Całą drogę na wzmorie małżonkowie rozmawiali sobie o dupie Marynie, czyli że zara po wakacjach muszą zmienić wykładzinę w dużym, na jesieni kupią sobie nową euro kuchnię, a na święta pojadą razem do Karpacza albo innego Szczyrku, nieprawdaż.

Po czym dojechali, po czym Stachurski dopomógł Bogu-nie-miłej dopełnić czynności meldunkowych, po czym wniósł do numeru jej bagaże, po czym posadził ją przy stole i oznajmił, że ma babę. I powiedział, że Bogu-nie-miła ma dwa tygodnie żeby to sobie jakoś w głowie zaaranżować. Przy czym nadmienił, że przypomina iż mieszkanie kupili jego rodzice, a fura jest mu niezbędna do pracy, nieprawdaż.
I jeszcze wspomniał, że służy pomocą przy wyprowadzce i tak dalej, ale najchętniej to by się już z Bogu-nie-miłą nie widywał. Po czym grzecznie się pożegnał, pierdolnął drzwiami i odjechał, pozostawiwszy Bogu-nie-miłą czterysta kilometrów od rodzinnego sioła, z dwuletnim dzieckiem we wózku oraz killem w sercu.

Dowiedziawszy się o zaistniałej sytuacji, stwierdziłam, że zajebiemy gnoja później, a na razie trzeba reanimować koleżankę. W tym celu, od szwagra mego Olka pożyczyłam rakietę marki Opel Astra, którą pomknęłam do Władysławowa.
Upewniwszy się, że w nowych okolicznościach przyrody Bogu-nie-miła nie pragnie pozostać na wzmoriu i wdychać jodu, wrzuciłam ją oraz jej dobytek na pakę i heja z powrotem do Miasta. Gdzie z bólem serca oddałam matce z dzieckiem jeden pokój, sama zaś zabrałam się za sprzątanie i wyrywanie chwastów.

W pierwszej kolejności zadzwoniłam na komórkę Stachurskiego i mu powiedziałam, że do wieczora nie ma wjazdu do swojej chaty. Po czym się tam udałam w towarzystwie Jadwini, ażeby pobrać majątek ruchomy Bogu-nie-miłej, która w międzyczasie leżała w spazmach na mojej sofie.
A ponieważ osobniczka chwilowo nie kwalifikowała się do pełnienia funkcji rodzicielskich, zawiozłyśmy dziecko Bogu-nie-miłej do jej matki, która jest starą czekistką i w podobnych okolicznościach poligonowych współpracuje jak mało kto.

Po czym powróciłyśmy na pierwszą linię frontu i nim jeszcze słońce zaszło za jezioro Bogu-nie-miła dysponowała nową metą. A to dzięki Karolinie, która posiada w nieruchomościach absztyfikanta, z którym już w zasadzie wszystko skończone, ale jeszcze ich łączy przyjaźń erotyczna, w związku z czym świadczą sobie drobne grzeczności. Koleś zadziałał ekspresowo, w wyniku czego wytrzasnęła się spod ziemi całkiem fajna kawalerka w całkiem fajnej dzielnicy.

Było do wzięcia jeszcze jedno mieszkanie, trzy ulice od mojego kwadratu, ale nie zamierzam ja do końca życia robić za niańkę, pogotowie energetyczne i pocieszycielkę strapionych. Zrobiłam swoje? Zrobiłam. Zostawiłam przyjaciółkę w potrzebie? Nie zostawiłam. Odbyło się to kosztem mojego czasu oraz życia prywatnego? Odbyło. To teraz wydupaka.

Skończywszy przeprowadzkę, na wielki finał pojechałyśmy do firmy Stachurskiego, który na przedmieściach sprzedaje jakieś gaśnice i inne środki ochrony roślin. Ma złamas szczęście, że akurat nie było żadnych klientów, to przynajmniej oszczędził se wstydu publicznego, gdy go Jadwinia wyciągnęła zza biurka i bez większych wstępów zamalowała dwa razy w papę. Kulturalnie, z liścia, jako przejaw naszej dobrej woli oraz gotowości do partnerskich rozmów.

Po czym Stachurski wywiesił wywieszkę, że zamknięte i przystąpiliśmy do negocjacji. Może to nie jest najwłaściwsze słowo, bo w negocjacjach biorą udział obie strony, tymczasem w tym akurat przypadku myśmy mówiły, a Stachurski słuchał. Poinformowałyśmy go z grubsza, w jaki sposób ma zaspokoić  Bogu-nie-miłą, ustaliliśmy też podstawowe roszczenia finansowe oraz podobne sprawy organizacyjne.
Po czym Jadwinia mimochodem wspomniała, że byłoby dobrze gdyby Stachurski się z tą nową dupą zbytnio nie afiszował, bo może to spowodować jakieś nieprzyjemne konsekwencje natury towarzyskiej. Chyba zrozumiał, bo tylko siedział i potakiwał.

Pozostawiwszy Stachurskiego sam na sam z jego nowym zadaniem domowym, udałyśmy się do śródmieścia, gdzie w umówionym miejscu zwróciłam Olowi kluczyki od Rakiety. Po czym, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, w zaprzyjaźnionej restauracji odreagowałyśmy.

Ale tak że iskry szły.  
 

   

2009-08-13 05:41:29 skomentuj (281)
cze

Kołobrzeg jest przereklamowany. Miliony śmierdzących wczasowiczów, banda zgredów i szpanerów. Ale nic to. Zaopatrzenie w płyny spirytystyczne mają tam należyte, toteż trzymałam pion. I się oczywiście już drugiego dnia uwikłałam z miłym chłopcem pod czterdziestkę. Tak mi się z perspektywy czasu wydaje, że chyba po to pojechałam, tadam. No, ale powróćmy do chłopca.

Fajniusi. Poecinka skryty, jeszcze nie odkryty, ale bajerant. Oczywiście goły w pysk, za to z dużym wdziękiem jadł i pił za moje pieniądze. Ale nie ma sprawy, tego akurat mam pod dostatkiem. Rozwiedziony, czyli był w Syfie. Stosunek do poprzednich związków uregulowany. Czyściutki, schludny, bez żadnych kolczyków, dziar czy innego fisiowania.
Tak jak lubię.


No i żeśmy tak sobie przepędzili ponad tydzień, trochę w łóżku, trochę nad morzem zasyfiałym, trochę w wódczanej malignie. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Za gorąco na myślenie. Powiedział, że napisze. Z jednej strony to pierdolę, a drugiej to bym chciała. Jak nie napisze, to ja go wydzwonię, a co? Nie wolno?
Dlaczego ja się ciągle wiążę z popaprańcami i nieudacznikami?
To tak wszystkie baby mają?

Jezu, ale upał. 


 

2009-07-27 19:38:02 skomentuj (44)
nuda

Jestem taka zmęczona.
Wszystko w proszku.
Ten pajac Who-is-the-king nadal nie może się zdecydować, czy mam wracać na ten staż do Bostonu, czy siedzieć we firmie. Chodzę więc do biura, nic nie robię, snuję się jak smród za wojskiem i mi się odechciewa wszystkiego.
A że Who-is-the-king naciska, żebym wzięła urlop, to chyba wezmę.
I się pojadę trochę sponiewierać.
Na przykład do Kołobrzegu.

Śmiga ktoś ze mną?


2009-06-26 08:10:59 skomentuj (23)
ta mała piła dziś

Jezu słodki, jeszcze nie byłam chorsza.
Zaczęło się od tego, że ta pierdolnięta Jadwinia zadzwoniła do mnie i powiedziała, że jej zdaniem odbyłam wystarczającą kwarantannę i już się można ze mną spotykać.
Więc się wczoraj poszłyśmy złoić.

Przeszłyśmy legendarny szlak bojowy od naszej knajpy, przez tańce, Petrochemię, aż do makdonalda, w którym o piątej trzydzieści wypiłyśmy kawę. A ponieważ po tej kawie trochę jakby odżyłam, wstąpiłyśmy do całodobowego sklepu, gdzieśmy pobrały po jednym piwie reanimacyjnym.

Oj, potrzebne mi było to piwo jak kurwie dziecko w karnawale. Z początku było fajnie, bo piwko o szóstej rano na miejskich plantach to w zasadzie poezja. Ale wtem nagle poczułam, że coś zaczynam słabować. Teleportowałyśmy się więc do mojego mieszkania, gdzie do południa na przemian wołałyśmy do muszli. Następnie s
pałyśmy do wieczora, po czym Jadwinia zawinęła się do domu. Bo musiała coś na poniedziałek przygotować do pracy.

Ja chwilowo nie pracuję i jadę na oparach tych bostońskich pieniędzy. To znaczy mam jeszcze trochę oszczędności, ale chcę znów kupić wóz. Miałam jutro jechać na giełdę, ale gdzie ja w takim stanie pojadę po samochód… Nie godzi się.
Kurde, a poza tym to nie wiem, czy kupować ten samochód, czy nie. Bo jak znowu pojadę do Bostonu, to co wtedy?
Nie wiem, co się dzieje, strasznie mi źle. Na żołądku i w ogóle.


Nie chcę tu zostawać w Polsce, ale w sumie, to co ja tam będę robić w tej Ameryce?  Wszędzie jest chujnia i noł fjuczer.
Wczoraj, podczas tego picia dowiedziałam się, że Szczękoblaszakowiec już nie jest z tamtą babą, co wtedy. Jest z inną, za to spodziewają się dziecka. To już chyba jest bezszansie, co?

Ale ja mam przesrane. Jestem na jakimś pieprzonym zakręcie. Żebym tak umiała się ustatkować i chociaż trochę spierniczeć. Bym gotowała obiady, sprzątała dom, doglądała mężusia, dbała o niego. Może bym wtedy nie skończyła jako stara wywłoka.

Słuchajcie, ja tu straszne farmazony posuwam, wiem. Ale otworzyłam sobie małego jacka danielsa, który był schowany na czarną godzinę. Tak mnie napierdalała głowa i tak mi się strasznie chciało rzygać, że uznałam, iż czarna godzina nadeszła. I otworzyłam i sobie piję.
Jutro skasuję te brednie, nie martwcie się.

Narka.



2009-06-14 01:03:02 skomentuj (24)
jak żyć?

Chudy bez przerwy wydzwania i jęczy.


2009-06-05 22:24:41 skomentuj (26)
zabić to mało

Sorry, że się nie odzywałam przez parę dni, ale nie byłam w nastroju. Laska która opiekowała się moim mieszkaniem jest beznadziejna. Żal mi jej, że taka dupa wołowa, ale musiałam ją wywalić. Bo pod moją nieobecność pozwoliła Andrzejkowi  wynieść pół mieszkania. Ale po kolei.

Dawno, dawno temu, w czasach bimbru i carmenów, kiedy jeszcze tworzyłam z Andrzejkiem podstawową komórkę społeczną, razu pewnego zapoznałam taką jego sympatyczną Ciocię, która samotnie mieszkała sobie gdzieś przy 1-go Maja. I pewnego dnia ta jego sympatyczna ciocia powiększyła grono aniołków. Zaraz się tam rzuciła ekipa szabrownicza złożona z bliższych i dalszych familiantów, którzy w trymiga zawinęli sztućce, obrusy, szkło i temu podobne trofea.

Andrzejek, ma się rozumieć, w tej akcji nie uczestniczył, a wezwali go dopiero jak potrzebny był chłop do opróżnienia mieszkania i taszczenia pudeł. Wtedy się okazało, że ci złodzieje zostawili bardzo piękne, stare meble, przywiezione przez ciocię jeszcze z Kresów. I od słowa do słowa Andrzejek pozyskał gigantyczne lustro w wielkiej ramie, co się chyba nazywa tremo. Poza tym zajebisty przyłóżkowy stolik z marmurowym blatem (zawsze mnie wkurwiała jego nazwa - nakastlik) oraz nieziemską  toaletkę z nieznanego mi rodzaju drewna.

Jak mi na ogół takie fanty wiszą i powiewają, to w tych akurat eksponatach zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Andrzejkowi były kompletnie obojętne, toteż dwa roki później, wyprowadzając się ze wspólnego gniazdka nawet na meble nie spojrzał.

I myślałam, że to koniec tematu, aż tu wtem nagle, kiedy siedziałam w tym Bostonie, pewnego wieczora Andrzejek wparował z czterema Bolkami, laska mu otworzyła (bo go znała), grzecznie się przywitał, po czym oświadczył, że w uzgodnieniu oraz porozumieniu ze mną zabiera swoje dziedzictwo. Tak powiedział. A ta durna piczka, jak usłyszała, że w porozumieniu ze mną, to im oczywiście pozwoliła zabrać wszystko, co uważali. I jeszcze im, pinda jedna, drzwi od windy trzymała.

Jaka perfidia, no kurwa nie wierzę. Nic nie wziął kutafon poza tymi trzema meblami, nic. Ani garnuszka, ani talerzyka, ani nawet zdechłej książki albo płyty. Chociaż były na wierzchu. Chociaż niby jego.
A jaki wersal odpierdolili. Zawartość szuflady nakastlika przełożyli mi do pudełka po butach, a miałam jeszcze na tej toaletce nawieszane różnych koralików i łańcuszków, to mi je piękne, ostrożnie ułożyli na łóżku.

Dzwonię do tego złamasa od tygodnia, ale nie odbiera.
Co ja mam zrobić?

Przecież mi chatę opierdolił na żywca.
 

  

2009-05-20 19:58:29 skomentuj (29)
no jestem

Jaki kanał w tej Polsce. Ale po kolei.
Wyleciałam parę dni później niż planowałam, bo mi Who-is-the-king kazał coś tam jeszcze pozałatwiać  w Bostonie. No i zgodnie z planem, na lotnisku kupiłam sobie zero siedem jacka danielsa, żeby się potem na pokładzie nie prosić u tych piczek.

Potem się odprawiłam, wsiadłam, zjadłam na kolację ten lotniczy dżank (żeby nie sikać na pusty żołon), po czym przystąpiłam do niespiesznej konsumpcji. Obok mnie na szczęście nikt nie siedział, toteż nie musiałam się zbytnio obczajać. Nie cierpię, co prawda, pić z plastikowego kubeczka, ale szklanek nam jakoś nie dawali. Nie ma sprawy.

Wypiwszy troszkę ponad pół butelki, postanowiłam pooglądać telewizję. I nie wiedzieć kiedy zeszłam. Gdy się obudziłam, w samolocie było ciemno jak w dupie i zimno jak na Kamczatce, a wszyscy spali pod siedmioma kocami i czterema kurtkami. Ja szczękałam zębami i czułam się koszmarnie, bo oczywiście przycięłam komara w cieniutkim sweterku (pięknie eksponującym moje jakże bujne wdzięki) i najnormalniej w świecie się zaziębiłam.

Prewencyjnie tęgo sobie gulnęłam z gwinta, ale już było za późno. Na Okęciu wylądowałam z katarem, kaszlem i dreszczami. Nie licząc kaca i karbidowego oddechu. W takim też stanie, cztery godziny później dojechałam do uprzednio przyklepanej hotelawki (moje stare mieszkanie wynajmuję takiej jednej sympatycznej dziewuszce, a z pewnych względów nie informowałam jej, że przyjeżdżam), gdzie się ogarnęłam, odświeżyłam i wyruszyłam w miasto.

Postanowiłam zrobić Jadwini niespodziankę, więc bez uprzedzenia zajechałam do niej na chatę. Chyba z pięć minut stałam tam pod drzwiami dzwoniąc, charkając i smarkając. Ale ta pinda po otworzeniu drzwi wcale się nie ucieszyła, tylko zrobiła dwa kroki wgłąb przedpokoju i powiedziała żebym nie podchodziła bliżej, bo mogę mieć świńską grypę.


Po takim gorącym przyjęciu odwróciłam się na pięcie i solo poszłam do zaprzyjaźnionego baru, skąd zadzwoniłam do Karoliny, Bogu-nie-miłej oraz Haneczki, próbując sholować je na jakąś bibkę. Karolina powiedziała (troszkę jakby nieszczerze), że sory, ale właśnie ma gości. Bogu-nie-miła oznajmiła, że właśnie jest w Kerfurze czy innym Tesco i że po zakupach się odezwie. Natomiast Haneczka, jako jedyna szczerze mi wywaliła, żebym się nie wysilała, bo Jadwinia przed chwilą obdzwoniła wszystkich, informując, że przywiozłam ze Stanów świńską grypę. A to sucz jedna.

W takiej sytuacji napiłam się jeszcze trochę, po czym powróciłam do bazy, zakupiwszy po drodze flakon starej dobrej Żołądkowej. Jeszcze tylko przez chwilę pomyślałam o tych świniach niewdzięcznych, które uważałam za przyjaciółki. Ale OK, jak się komuś nie podoba moje towarzystwo to wypad. A te prezenty, które dla nich miałam, to dam matce albo nawet Mojej Durnej Siostrze. Będzie się debilka cieszyć.

Z tym postanowieniem zabarykadowałam się w mieszkaniu i rozpoczęłam przygotowania do kolejnej samotnej imprezy. Żywota dokonałam w fotelu, skacząc po kanałach i jarając się polską telewizją, która jest bezkonkurencyjna jako tło do spożycia.  

Będziemy w kontakcie.



2009-05-02 02:58:31 skomentuj (44)


      księga gości

2010
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień


BLOG ROKU
Go, Elka, Go

listy wrzucać
tutaj