elka-grakrótko Z moim ostatnim narzeczonym Marianosem to było tak, jak Wam już pisałam. Sprawa z Archiwum X. Nic nie tłumaczy mojej głupoty, ale dałam się podejść jak mały lisek. Z początku wszystko super, a potem koleś rozpoczął regularną inwigilację. Za pierwszym razem spytałam go grzecznie, co on tu odpierdala, na co mi odrzekł, że nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. I dalej mi pruł pocztę, szuflady, torebki i notesy. Więc go wywaliłam z hukiem. Trochę się stawiał, udawał zdziwionego, a na odchodne powiedział, że jestem dziwna. Ja jestem dziwna? Żałuję, że nie zaprosiłam Jadwini do tej akcji, bo koleś wyłapałby jeszcze po kłapaczu.
2009-11-17 00:12:04 skomentuj (56) still alive Już po sprawie. Kolejny fałszywy alarm. Antybiotyk zrobi robotę. Co za ulga. Dzięki, że trzymaliście kciuki. Choć niektórzy mieli niezłą bekę i mogli się poprzerzucać dialogami z hałsa. Nie ma sprawy. Z radości zrobiłyśmy sobie małe dwuosobowe party, co by uczcić zwycięstwo człowieka nad materią. Oprócz wytężonego spożycia, w programie znalazła się uczta duchowa w postaci wielkiego prucia naszej klasy. Zaprawdę powiadam Wam, nic nie wiemy o swoich bliskich. Nic a nic. Ale po kolei. Jadwinia jest dosyć bywawsza na wspomnianym portalu, czego nie mogę powiedzieć o sobie, bo jakoś tak wcześniej nie miałam przyjemności, ba, nawet trochę stroniłam. Ale dzięki temu czekało tam na mnie wiele pysznych niepodzianek. Na pierwszy ogień poszedł Who-is-the-king. Jakoś wcale mnie nie zdziwiło, że dał on na swoim profilu same prehistoryczne zdjęcia, na oko sprzed dziesięciu lat. Mallorca, Egipt, z motorem, z furą, na wspinaczce, zero grubej żony. No, jednym słowem kawaler do wzięcia. Pośród jego tak zwanych znajomych znalazłyśmy kilka biuściastych szesnastek oraz masę znajomych pysków. Ale nie o nim tu chciałam. Ochłonąwszy po pierwszych silnych wrażeniach, przystąpiłyśmy do poszukiwania dziewczyn z pracy. Bo co to za frajda oglądać obcych, nieprawdaż. Konta Agaty oraz Wandeczki trochę nas rozczarowały, bo drętwe. Ale laski wiedzą, że jak już się maksymalnie wywija w realu, to przynajmniej w sieci trza być ostrożnym. I już miałyśmy sobie dać spokój z dalszymi poszukiwaniami, ale Jadwinia się uparła, żeby odnaleźć Bogu-nie-miłą, bo – jak stwierdziła – czuje w moczu, że czekają nas niezłe wzruszenia. Oj, czekały. Swoją drogą nieźle się ta nasza Bogu-nie-miła schowała, bo nie dość, że nie wyrzucała jej wyszukiwarka, to jeszcze stara krowa przed swoim nazwiskiem umieściła wdzięczne imię Bogunia, czego się tak trochę nie spodziewałyśmy i co nam nieco utrudniło akcję poszukiwawczą. Ale dla atomówek nie ma rzeczy niemożliwych, toteż w końcu ją dorwałyśmy. Wtargnęłyśmy na jej profil i… zapanowała kłopotliwa cisza, przerywana tylko dźwiękiem otwierania kolejnych butelek z heinekenem. Galerię zdjęć zablokowała (ciekawość mnie zżera, co też byśmy tam zobaczyły), ale lista znajomych niestety (albo stety) jest jawna i dostępna dla każdego. To może ja, bez dłuższych wstępów wyliczę CZĘŚĆ profili i klubów, do których należy Bogu-nie-miła. Kto jeszcze nie siedzi, niech usiądzie. Jadziem: * Cztery fankluby Kasi Cichopek, * Siedem fanklubów Pawła Małaszyńskiego, * Wierni na Zawsze, * Wszystkie Piękne Polki z Dużym Biustem, * Wszystkie Które Kochają Swoich Mężczyzn, * Anioły Dobroci, * Piękne i Szczęśliwe Żony, * Lady Incognito, * Cudowne, Wspaniałe i Naturalne Kobiety, Dziewczyny i Żony, Naturalne, Spontaniczne, Szalone i Zawsze Piękne, * Dółlandia (Dół, Załamkii i Smutkii) * Zdradzone i Zranione Serducha, * Smutek, Cierpienie i Oszusztwo, * Miłość to Uczucie o Które Warto Walczyć, Miłość Zwycięży!!!, * Klub Pożeraczy Żelków Pod Każdą Postacią, * Fan Klub Dire Straits, * Spragnieni Miłości, * Wszyscy Którzy Lubią Się Uśmiechać I Kochają Słońce, * Troskliwe Misie (N.D.S.K.F.), * Samotni w Tłumie, Samotność To Taka Wielka Trwoga, * Wielka Pustka i Ogromna Tęsknota, * Radość i To Co Jeszcze Może się Wydażyć, * Szpital W Leśnej Górze, * Szczęśliwy Kwiatuszek, * Jestem Sobą, Stop Pozerom, * Wszystkie Dziewczyny Kochające Błyszczyk, * Słonik Na Szczęście, * Piękne Niezależne Flirciary, * Ludzie Kochający Polskę, * Najpiękniejsza Opalenizna, * Fan Klub Kotów i Koteczków. Pasuje Wam taki zestaw? Myśmy zdziczały. Pisownia oryginalna. Jestem zażenowana. Nie wiem, jak mam jej jutro we firmie spojrzeć w oczy. Chyba nie dam rady być poważna. 2009-11-10 19:59:21 skomentuj (51) do wtorku żarty na bok Nie wracajmy do tematu Mariana, bo to było jakieś piramidalne nieporozumienie. Koleś był podstawiony przez CBŚ, czy co... Nie wnikam. A poza tym, jest to chwilowo jak gdyby nieważne, bo mam inny problem na głowie. Coś mnie zaniepokoiło parę tygodni temu, potem zaniepokoiło moją lekarkę i potem jeszcze paru kolesi. I we wtorek odbieram przełomowe wyniki. Dygam. Bądźmy w kontakcie. 2009-11-07 16:48:36 skomentuj (28) lepiej by mi chyba było skoczyć z mostu, niż do domu gada wpuszczać, pani zofio... Może ja powinnam się zobaczyć z jakimś lekarzem, co? W związku z tymi moimi skokami i wahnięciami. I kompletną nieumiejętnością zdrowej oceny sytuacji. Tak, dobrze myślicie – Maniek mnie zaczyna gnieść. Czy ja pisałam, że on jest nieinwazyjny? Chyba miałam jakieś zatrucie metylakiem. Wpierdziela się w moje życie, odbiera moje telefony, zagląda mi do komórki, sprawdza moje maile. No, kurwa, nie taki był plan. Jadwinia oczywiście triumfuje i mówi, że to przeze mnie on się tak rozgościł. Bo za wcześnie zamieszkaliśmy w jednym lokalu. Dobra, sama namieszałam, to sama to muszę jakoś rozkminić. Zmiana tematu. Gadałam z Chudym. Strasznie smędził. Dowiedziałam się między innymi, że żyć beze mnie nie może. I że wznowili to jego śledztwo i znów go zawiesili. Poza tym poinformował mnie, że jest nieszczęśliwy, bez forsy i w szponach hazardu. A ponadto przytył trzydzieści pięć kilo. Mistrz autoreklamy, nie? Ale z tymi facetami to jest sraka.
2009-10-28 22:18:30 skomentuj (24) olo ma dość Dałam wczoraj Maniusiowi wychodne, a sama zorganizowałam konferencję na szczycie z moim szwagrem Olem, który w rozmowie telefonicznej oświadczył, że ma problem nie lada. I że tylko ja mogę mu pomóc. Tadam. Jak powszechnie wiadomo, uwielbiam czuć się potrzebna, a ponadto zadymę mam we krwi, więc zgodziłam się bez wahania. Kiedy już zasiedliśmy przy fajce i butelce, okazało się, że problemy Ola mają charakter trochę jakby egzystencjalny. A rozchodzi się oczywiście o moją durną siostrę. Jak pewnie pamiętacie, mieli oni niedawno napocząć dziecko. Ale z pewnych względów nie napoczęli. I dobrze się stało, bo nieco ochłonąwszy, Olo zaczął się zastanawiać nad przyszłością tego związku. Niby wszystko gra, bo Gosiaczek (zakurwia mnie do bólu kiedy Olo tak ją nazywa) jest bardzo dobrą żoną. I troskliwą, i gospodarną i w ogóle. Ale jest, zdaniem Olka, tragicznie durna. Tragicznie, bezbrzeżnie i nieuleczalnie. Dla mnie to w sumie żadna nowość, bo od zarania dziejów był to w rodzinie powód do silnego i uzasadnionego niepokoju. Nawet moja matka, pomimo matczynej bezstronności i ślepego dla swych dziatek uwielbienia, nie raz i nie dwa załamywała ręce. Ojciec się raczej nie wypowiadał, ale on się rzadko wypowiada. Taki typ. Nie wnika. Takie ma życiowe motto. Po kim ta moja siostra taka pusta, tego nie wiem. Ale to największy pokemon i wieśniara w galaktyce. Olek też może nie należy do asów intelektu, ale przynajmniej ma odrobinę wyczucia. A z Gosiaczkiem to wstyd się gdziekolwiek pokazać. Bo jak akurat nie pali irysów z odgiętym paluszkiem, to gada tak, że tylko się ze wstydu schować pod stół. Mówi Olek, że poszli w zeszły weekend na jakiegoś grilla do jego kierownika z pracy i moja durna siostra dała taki popis, że Olo poważnie brał pod rozwagę pójście na chorobowe, żeby tylko tych ludzi w poniedziałek nie spotkać. Póki na stole były karkówki i kiełbasy, wszystko było cacy, bo miała zajętą gębę. Ale potem zaczęła tak pierdolić, jakby się naćpała. Ludzie kwiczeli ze szczęścia. Olo ją ponoć uspokajał, trącał i próbował zmienić temat, ale nie było na nią bata. O wszystkim chciała dyskutować. O polityce, piłce nożnej, gospodarce i tańcu z gwiazdami. Gleba ponoć była kosmiczna. W czym problem? To najlepsza żona na świecie. Gotuje, sprząta, pierze i prasuje Olowe koszule. Zawsze na niego czeka, piętnaście razy dziennie do niego dzwoni, nadskakuje mu i w ogóle pył sprzed stóp omiata. A jak Olo idzie się kapać, to ona przyłazi do łazienki i mu myje głowę szamponikiem dla dzieci. Total. Wywaliwszy z siebie wszystkie żale, Olo się chyba trochę rozpędził i zaczął mnie rwać. Jak bum cyk cyk. Mizdrzył się i opowiadał, jaka to ja mądra, ładna i roztropna. Niby wszystko się zgadza, ale musiałam go osadzić, bo nie były to akurat wyznania na tę okazję. A poza tym, niech se chłopina nie robi nadziei, bo po pierwsze, nie ma o czym gadać, a po drugie, to chyba za duża wolta jak na jedną statystyczną rodzinę. A poza tym to chyba nie Olo, tylko wódka tak głupio gadała. Ale mniejsza o to. Wypiwszy, co było do wypicia, rozstaliśmy się z problemem raczej nierozwiązanym. Na koniec podałam mu rękę, żeby ją sobie chwilę potrzymał dla otuchy i nawet go chyba parę razy poklepałam ze współczuciem. Ale co tu poradzić na taki ból… Zawsze się mówiło, że jak ładna to głupia. I odwrotnie. Ale moja siostra to pasztet jakich mało. Dał się ten Olo podejść jak mały lisek. Podobnież wiele lat temu nazad złapała go ona na jedną ze swoich rozlicznych urojonych ciąż. A jak się okazało, że lipa, to już było po ślubie. Czyli w sumie nie taka głupia. 2009-10-21 02:18:42 skomentuj (29) teraz ja Nie pisałam Wam o pewnym wątku przez dłuższy czasokres, bo chciałam sprawdzić, czy się nie ciachnie. Nie ciachnęło. Ale po kolei. Poszłyśmy razu pewnego z Jadwinią do takiej jednej restaurancji, gdzieśmy zapoznały dwóch fajnych kawalerów. Godka godka, piwo, wino, wódka, dżez i w rezultacie, jeszcze tej samej nocy Jadwinia wylądowała z tym swoim wybrankiem w łóżku. Ja nie taka szybka, ja się wolę całować i szeptać słodkie kawałki (byle bez przesady), toteż o świcie skończyliśmy na jakiejś Petrochemii, po czym on poszedł w swoją stronę, a ja w swoją. Wymieniwszy się uprzednio wszystkimi danymi operacyjnymi. A ponieważ podejrzanie mnie do niego ciągło, toteż się zbytnio nie wzbraniałam przed następną randką. Ależ to frajda, mówię Wam, mając lat niepiętnaście chodzić na randki z facetem. I do kina, i na zakupy i tak dalej. A ponieważ starość nie radość, a młodość nie wieczność, to mu powiedziałam po tygodniu czy dwóch, żeby się nie obczajał tylko przeprowadził do mnie. I jest git majonez. A tak apropos i bynajmniej bez satysfakcji, to powiem tylko, że Jadwini się z takim gościem oczywiście rozpierdoliło, a mi przeciwnie. Som widoki. Panoramiczne. Trochę porypany ten mój narzeczony i ma swoje fisie. Ale nic to, bo trafił swój na swego. Płyt do mnie naniósł cztery tony i tyle samo filmów, książek oraz szmat. Ale co mi tam, chata duża i pustawa, to się pomieścimy. A hobbystycznie tośmy się zwąchali jak w korcu maku. Tak na marginesie. Zbój trochę z Mariana tak na pierwszy rzut oka, ale zbój z wdziękiem. Delykatny, kulturalny, z wyższym wykształceniem salonowym i w kobiecych potrzebach obeznany. Miał dwie żony, ale to złe kobiety były. Jakoś tak go kocham i jakoś tak mu ufam. Nie powiem mu za szybko, że jestem nim podjarana, bo jeszcze mnie się chłopina zepsuje. Ale podjarana jestem do białości. Aż mam jakieś zmiany osobowościowe. Widać? Żem się już milion razy na facetach sparzyła, ale tym razem będzie cacy, wiem to. Co by Wam tu jeszcze? Moc na wtryskarce chłopak posiada przepisową, ale wcale to nie jest dla mnie najważniejsze. Bardziej to całe jego jestestwo. Gadamy godzinami, aż szkoda iść spać. I bawi mnie gościu i rozczula, co aż takie łatwe nie jest w moim przypadku. Ponadto Maniek pięknie i artystycznie przeklina, a to trzeba umieć. Ale poza tym polszczyznę ma taką kunsztowną, że wymiękam. Zawsze mnie to w chłopach kręciło, ale się wstydziłam przyznać, że lubię, jak facet gada składnie, do rzeczy i bez błędów. Inna sprawa że spotykałam samych takich co gęgali i zdania budowali jak inżynierowie z Petrobudowy. Trochę niebogaty jest Marian w pieniądze, ale jak już pisałam, nie wnikam. Coś tam robi, coś tam pisze i wysyła, z kimś tam się spotyka i doradza. Dajemy radę. Poza tym, w rozsądnych granicach gotuje, sprząta i pierze, ale o dziwo wcale mnie to nie pieni. W ogóle mało co mnie przy nim pieni. Bo Maniuś czai jak mało kto i wie, jak działać żeby mi na odcisk nie wejść. Kumaty jest oraz nieinwazyjny. I za to go lubię. Nie pije, ale go nauczę. Papierosy pali, ale na balkonie. Chyba mu nawet pozwolę jarać w mieszkaniu, bo na dworze zaczyna z lekka pizgać, nieprawdaż. Jeszcze mi się przeziębi. 2009-10-16 23:53:13 skomentuj (28) z miłości No i cała nasza misja w pizdu. Bogu-nie-miła zdecydowała się powrócić do tego złamasa beznadziejnego. Właściwie to już jest faktem, bo przedwczoraj rozpoczęła wprowadzkę na stare śmieci. Zrobili to z miłości do dziecka, jak się zgrabnie wyrazili. I ona mu uroczyście puszcza w niepamięć tę sekretarkę oraz wyczyny choinkowego dziadka (bo się okazuje, że o wszystkim wiedziała, tylko cierpiała w milczeniu). Stachurski komisyjnie przyobiecał wrócić na drogę cnoty i już się nie łajdaczyć, natomiast Bogu-nie-miła przez łzy oświadczyła, że będzie lepszą żoną. Żenuła do sześcianu. Jadwinia powiedziała, że po raz ostatni wzięła udział w podobnym cyrku. Po czym pierdolła drzwiami i opuściła zebranie. A Stachurski zaczął nakrywać do stołu i zaproponował, żebyśmy się z tej okazji napili. Co za ciota, jak pragnę wakacji… Nam jest tu znany taki przypadek nierozważnych i romantycznych działań z miłości do dziecka. Do niczego dobrego to nie prowadzi, a w krócaku historia przedstawia się tak. Jadwini brat rodzony, leszczyna jakich mało, paręnaście roków temu związał się był z dziewczęciem. Po przepisowym czasie dziewczę powiło dziecię płci męskiej, po czym oddaliło się do zadań służbowych. Czyli rzuciło w wir kariery. A ten mosiek został poniekąd z dzieckiem na głowie. A dokładniej przy cycku. I tu zaczyna się komediodramatyzm sytuacji. Bo żadna baba na dłuższą metę nie będzie się podniecać siedzącym w domu śledziem. W poplamionym kaszką dresie, ze smoczkiem w jednej ręce i osranym pampersem w drugiej. Nie mieszajmy pojęć. Bejbi to jedna sprawa, a fafluśniak i słodkopierdzący karampuk to druga sprawa. Choćby nawet ojciec tego bejbi. No i z czasem dziewczęciu się zaostrzyły objawy, bo w wirze kariery zapoznała Prawdziwego Mężczyznę, który nigdy nie był poplamiony ani zmiętolony. Przeciwnie – zawsze wyprasowany i popsikany adidasem. Reszty się domyślacie. Przy Prawdziwym Mężczyźnie w dziewczęciu się obudziła Prawdziwa Kobieta. I rozpoczęli góralskie tańce. A jadwiniowy głupi brat postanowił z miłości do dziecka tkwić w tym pojebanym układzie i czekać na morele z kopca. No i stało się to co miało się stać. Dziecię płci męskiej chowało się chwalebnie, dziewczę pod postacią Prawdziwej Kobiety nadal korzystało z życia swego, tylko leszczynie coś ten cały układ jakby przestał służyć. W każdym razie psychicznie zaczął czuć się niezdrowy i po dwuletniej nierównej walce z oporem materii wypisał się on na własną prośbę z tego małżeństwa. Na chwilę obecną sytuacja ma się tak, że Prawdziwa Kobieta z Prawdziwym Mężczyzną wychowują dziecko jadwiniowego brata. Może wychowują to niewłaściwe słowo, ale w każdym razie to oni kontrolują sytuację. Jadwiniowy brat natomiast od kilku już lat, w wódczanej malignie zastanawia się, w którym miejscu popełnił błąd. Tyle plotek. 2009-10-06 19:18:18 skomentuj (65) last christmas Ależ z tego Stachurskiego to jest pizduś. Nie wierzę. We wtorek przyszedł do mnie osobiście i poprosił, żebym mu pomogła odkręcić całą sytuację z Bogu-nie-miłą. Bo on się zapomniał, a tak w ogóle to bardzo ją kocha. Oraz Bartusia. Jego słowa. Moja reakcja była oszczędna oraz spowolniona tylko poprzez fakt, że akurat miałam morderczego kaca i tylko marzyłam żeby znaleźć jakiś cichy kąt i spokojnie skonać. Ewentualnie wypić piwo reanimacyjne. Spojrzałam tylko na niego oczami angory i powiedziałam, żeby rwał na szczaw, bo ja w tym maczać palców nie zamierzam. Odpowiedział mi - chamisko bezczelne - że za późno, bo już zamoczyłam całą rękę. I jeśli dobrze życzę swojej przyjaciółce, to mam mu pomóc. Najgorsze, że Bogu-nie-miła o niczym innym nie marzy. Bo sobie kompletnie nie radzi. Z dzieckiem, z forsą, z tym mieszkaniem, z pracą, z depresją, ze swoim życiem, kurwa z wszystkim. A ja jej nie chcę dobijać. Bo w ślad za ostatnimi wyczynami Stachurskiego przeprowadziłam drobiazgowe śledztwo, które pokazało, że ten fiut jest kompletnie, ale to kompletnie niereformowalny i nieprzyszłościowy. Może posłużę się pierwszym z brzegu przykładem. Ja, jak wiadomo, spędziłam cudowny czas Bożego Narodzenia w Bostonie. A w tym czasie tu odchodziły niezłe cyrki. Ale po kolei. Stachurski, poprzez te swoje gaśnice i inne środki ochrony roślin, ma kontakt z różnymi magikami i innymi leśniczymi. Tak więc od kilku sezonów organizuje dla całej naszej paczki piękne choinki i nawet osobiście rozwozi je po domach. I podczas takiego rozwożenia, z zimną krwią wystukał taką naszą koleżankę Mariolkę. Pamiętam, pamiętam dokładnie, gdzieś tak w listopadzie, gdy na parę dni zjechałam do Polski, miała miejsce dzika impreza u Haneczki i oczywiście obrabialiśmy wszystkim dupy. I chyba Jadwinia wtedy zażartowała, że Mariolka jakaś taka spicniała, z chłopem jej się nie klei i byłoby dobrze, gdyby w ramach dobrego uczynku ktoś ją wystukał. Miesiąc potem, zgodnie z wytycznymi wystukał ją Stachurski. Mąż pierdolniętej Bogu-nie-miłej, która w tych żartach na temat Mariolki brała udział i świetnie się bawiła. No ja pierdolę, ale schiza. Rozumiem, że święty węzeł małżeński, podstawowa komórka społeczna i ten Bartuś na dodatek, ale kurwa mać, przecież ten Stachurski to się nadaje do utylizacji. Gdy Jadwinia wróci ze stolicy, to się naradzimy. 2009-09-11 18:39:21 skomentuj (75) atomówki Troszkę czasu nie pisałam, zgoda, ale brałam udział w akcji ratowania Bogu-nie-miłej. Ale po kolei. Tydzień temu Bogu-nie-miła w towarzystwie Stachurskiego oraz dwurocznego dziecka udała się nad morze, gdzie miała wykupiony czternastodniowy pobyt rekreacyjny w miejscowości wczasowej Władysławowo. Pobyt dla siebie jeno oraz dziecka, bo Stachurski ich tylko odwoził, gdyż musiał wracać do firmy, gdyż jego wspólnik się rozchorował. Podobnież nie za bardzo się Bogu-nie-miłej taka perspektywa solowych wakacji podobała, ale trudno. Dobrze, że chociaż odwiezie – pomyślała sobie – to nie trza będzie dyndać w bydlęcym wagonie. Całą drogę na wzmorie małżonkowie rozmawiali sobie o dupie Marynie, czyli że zara po wakacjach muszą zmienić wykładzinę w dużym, na jesieni kupią sobie nową euro kuchnię, a na święta pojadą razem do Karpacza albo innego Szczyrku, nieprawdaż. Po czym dojechali, po czym Stachurski dopomógł Bogu-nie-miłej dopełnić czynności meldunkowych, po czym wniósł do numeru jej bagaże, po czym posadził ją przy stole i oznajmił, że ma babę. I powiedział, że Bogu-nie-miła ma dwa tygodnie żeby to sobie jakoś w głowie zaaranżować. Przy czym nadmienił, że przypomina iż mieszkanie kupili jego rodzice, a fura jest mu niezbędna do pracy, nieprawdaż. I jeszcze wspomniał, że służy pomocą przy wyprowadzce i tak dalej, ale najchętniej to by się już z Bogu-nie-miłą nie widywał. Po czym grzecznie się pożegnał, pierdolnął drzwiami i odjechał, pozostawiwszy Bogu-nie-miłą czterysta kilometrów od rodzinnego sioła, z dwuletnim dzieckiem we wózku oraz killem w sercu. Dowiedziawszy się o zaistniałej sytuacji, stwierdziłam, że zajebiemy gnoja później, a na razie trzeba reanimować koleżankę. W tym celu, od szwagra mego Olka pożyczyłam rakietę marki Opel Astra, którą pomknęłam do Władysławowa. Upewniwszy się, że w nowych okolicznościach przyrody Bogu-nie-miła nie pragnie pozostać na wzmoriu i wdychać jodu, wrzuciłam ją oraz jej dobytek na pakę i heja z powrotem do Miasta. Gdzie z bólem serca oddałam matce z dzieckiem jeden pokój, sama zaś zabrałam się za sprzątanie i wyrywanie chwastów. W pierwszej kolejności zadzwoniłam na komórkę Stachurskiego i mu powiedziałam, że do wieczora nie ma wjazdu do swojej chaty. Po czym się tam udałam w towarzystwie Jadwini, ażeby pobrać majątek ruchomy Bogu-nie-miłej, która w międzyczasie leżała w spazmach na mojej sofie. A ponieważ osobniczka chwilowo nie kwalifikowała się do pełnienia funkcji rodzicielskich, zawiozłyśmy dziecko Bogu-nie-miłej do jej matki, która jest starą czekistką i w podobnych okolicznościach poligonowych współpracuje jak mało kto. Po czym powróciłyśmy na pierwszą linię frontu i nim jeszcze słońce zaszło za jezioro Bogu-nie-miła dysponowała nową metą. A to dzięki Karolinie, która posiada w nieruchomościach absztyfikanta, z którym już w zasadzie wszystko skończone, ale jeszcze ich łączy przyjaźń erotyczna, w związku z czym świadczą sobie drobne grzeczności. Koleś zadziałał ekspresowo, w wyniku czego wytrzasnęła się spod ziemi całkiem fajna kawalerka w całkiem fajnej dzielnicy. Było do wzięcia jeszcze jedno mieszkanie, trzy ulice od mojego kwadratu, ale nie zamierzam ja do końca życia robić za niańkę, pogotowie energetyczne i pocieszycielkę strapionych. Zrobiłam swoje? Zrobiłam. Zostawiłam przyjaciółkę w potrzebie? Nie zostawiłam. Odbyło się to kosztem mojego czasu oraz życia prywatnego? Odbyło. To teraz wydupaka. Skończywszy przeprowadzkę, na wielki finał pojechałyśmy do firmy Stachurskiego, który na przedmieściach sprzedaje jakieś gaśnice i inne środki ochrony roślin. Ma złamas szczęście, że akurat nie było żadnych klientów, to przynajmniej oszczędził se wstydu publicznego, gdy go Jadwinia wyciągnęła zza biurka i bez większych wstępów zamalowała dwa razy w papę. Kulturalnie, z liścia, jako przejaw naszej dobrej woli oraz gotowości do partnerskich rozmów. Po czym Stachurski wywiesił wywieszkę, że zamknięte i przystąpiliśmy do negocjacji. Może to nie jest najwłaściwsze słowo, bo w negocjacjach biorą udział obie strony, tymczasem w tym akurat przypadku myśmy mówiły, a Stachurski słuchał. Poinformowałyśmy go z grubsza, w jaki sposób ma zaspokoić Bogu-nie-miłą, ustaliliśmy też podstawowe roszczenia finansowe oraz podobne sprawy organizacyjne. Po czym Jadwinia mimochodem wspomniała, że byłoby dobrze gdyby Stachurski się z tą nową dupą zbytnio nie afiszował, bo może to spowodować jakieś nieprzyjemne konsekwencje natury towarzyskiej. Chyba zrozumiał, bo tylko siedział i potakiwał. Pozostawiwszy Stachurskiego sam na sam z jego nowym zadaniem domowym, udałyśmy się do śródmieścia, gdzie w umówionym miejscu zwróciłam Olowi kluczyki od Rakiety. Po czym, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, w zaprzyjaźnionej restauracji odreagowałyśmy. Ale tak że iskry szły. 2009-08-13 05:41:29 skomentuj (281) cze Kołobrzeg jest przereklamowany. Miliony śmierdzących wczasowiczów, banda zgredów i szpanerów. Ale nic to. Zaopatrzenie w płyny spirytystyczne mają tam należyte, toteż trzymałam pion. I się oczywiście już drugiego dnia uwikłałam z miłym chłopcem pod czterdziestkę. Tak mi się z perspektywy czasu wydaje, że chyba po to pojechałam, tadam. No, ale powróćmy do chłopca. Fajniusi. Poecinka skryty, jeszcze nie odkryty, ale bajerant. Oczywiście goły w pysk, za to z dużym wdziękiem jadł i pił za moje pieniądze. Ale nie ma sprawy, tego akurat mam pod dostatkiem. Rozwiedziony, czyli był w Syfie. Stosunek do poprzednich związków uregulowany. Czyściutki, schludny, bez żadnych kolczyków, dziar czy innego fisiowania. Tak jak lubię. No i żeśmy tak sobie przepędzili ponad tydzień, trochę w łóżku, trochę nad morzem zasyfiałym, trochę w wódczanej malignie. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Za gorąco na myślenie. Powiedział, że napisze. Z jednej strony to pierdolę, a drugiej to bym chciała. Jak nie napisze, to ja go wydzwonię, a co? Nie wolno? Dlaczego ja się ciągle wiążę z popaprańcami i nieudacznikami? To tak wszystkie baby mają? Jezu, ale upał. 2009-07-27 19:38:02 skomentuj (44) nuda Jestem taka zmęczona. Wszystko w proszku. Ten pajac Who-is-the-king nadal nie może się zdecydować, czy mam wracać na ten staż do Bostonu, czy siedzieć we firmie. Chodzę więc do biura, nic nie robię, snuję się jak smród za wojskiem i mi się odechciewa wszystkiego. A że Who-is-the-king naciska, żebym wzięła urlop, to chyba wezmę. I się pojadę trochę sponiewierać. Na przykład do Kołobrzegu. Śmiga ktoś ze mną? 2009-06-26 08:10:59 skomentuj (23) ta mała piła dziś Jezu słodki, jeszcze nie byłam chorsza. Zaczęło się od tego, że ta pierdolnięta Jadwinia zadzwoniła do mnie i powiedziała, że jej zdaniem odbyłam wystarczającą kwarantannę i już się można ze mną spotykać. Więc się wczoraj poszłyśmy złoić. Przeszłyśmy legendarny szlak bojowy od naszej knajpy, przez tańce, Petrochemię, aż do makdonalda, w którym o piątej trzydzieści wypiłyśmy kawę. A ponieważ po tej kawie trochę jakby odżyłam, wstąpiłyśmy do całodobowego sklepu, gdzieśmy pobrały po jednym piwie reanimacyjnym. Oj, potrzebne mi było to piwo jak kurwie dziecko w karnawale. Z początku było fajnie, bo piwko o szóstej rano na miejskich plantach to w zasadzie poezja. Ale wtem nagle poczułam, że coś zaczynam słabować. Teleportowałyśmy się więc do mojego mieszkania, gdzie do południa na przemian wołałyśmy do muszli. Następnie spałyśmy do wieczora, po czym Jadwinia zawinęła się do domu. Bo musiała coś na poniedziałek przygotować do pracy. Ja chwilowo nie pracuję i jadę na oparach tych bostońskich pieniędzy. To znaczy mam jeszcze trochę oszczędności, ale chcę znów kupić wóz. Miałam jutro jechać na giełdę, ale gdzie ja w takim stanie pojadę po samochód… Nie godzi się. Kurde, a poza tym to nie wiem, czy kupować ten samochód, czy nie. Bo jak znowu pojadę do Bostonu, to co wtedy? Nie wiem, co się dzieje, strasznie mi źle. Na żołądku i w ogóle. Nie chcę tu zostawać w Polsce, ale w sumie, to co ja tam będę robić w tej Ameryce? Wszędzie jest chujnia i noł fjuczer. Wczoraj, podczas tego picia dowiedziałam się, że Szczękoblaszakowiec już nie jest z tamtą babą, co wtedy. Jest z inną, za to spodziewają się dziecka. To już chyba jest bezszansie, co? Ale ja mam przesrane. Jestem na jakimś pieprzonym zakręcie. Żebym tak umiała się ustatkować i chociaż trochę spierniczeć. Bym gotowała obiady, sprzątała dom, doglądała mężusia, dbała o niego. Może bym wtedy nie skończyła jako stara wywłoka. Słuchajcie, ja tu straszne farmazony posuwam, wiem. Ale otworzyłam sobie małego jacka danielsa, który był schowany na czarną godzinę. Tak mnie napierdalała głowa i tak mi się strasznie chciało rzygać, że uznałam, iż czarna godzina nadeszła. I otworzyłam i sobie piję. Jutro skasuję te brednie, nie martwcie się. Narka. 2009-06-14 01:03:02 skomentuj (24) jak żyć? Chudy bez przerwy wydzwania i jęczy. 2009-06-05 22:24:41 skomentuj (26) zabić to mało Sorry, że się nie odzywałam przez parę dni, ale nie byłam w nastroju. Laska która opiekowała się moim mieszkaniem jest beznadziejna. Żal mi jej, że taka dupa wołowa, ale musiałam ją wywalić. Bo pod moją nieobecność pozwoliła Andrzejkowi wynieść pół mieszkania. Ale po kolei. Dawno, dawno temu, w czasach bimbru i carmenów, kiedy jeszcze tworzyłam z Andrzejkiem podstawową komórkę społeczną, razu pewnego zapoznałam taką jego sympatyczną Ciocię, która samotnie mieszkała sobie gdzieś przy 1-go Maja. I pewnego dnia ta jego sympatyczna ciocia powiększyła grono aniołków. Zaraz się tam rzuciła ekipa szabrownicza złożona z bliższych i dalszych familiantów, którzy w trymiga zawinęli sztućce, obrusy, szkło i temu podobne trofea. Andrzejek, ma się rozumieć, w tej akcji nie uczestniczył, a wezwali go dopiero jak potrzebny był chłop do opróżnienia mieszkania i taszczenia pudeł. Wtedy się okazało, że ci złodzieje zostawili bardzo piękne, stare meble, przywiezione przez ciocię jeszcze z Kresów. I od słowa do słowa Andrzejek pozyskał gigantyczne lustro w wielkiej ramie, co się chyba nazywa tremo. Poza tym zajebisty przyłóżkowy stolik z marmurowym blatem (zawsze mnie wkurwiała jego nazwa - nakastlik) oraz nieziemską toaletkę z nieznanego mi rodzaju drewna. Jak mi na ogół takie fanty wiszą i powiewają, to w tych akurat eksponatach zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Andrzejkowi były kompletnie obojętne, toteż dwa roki później, wyprowadzając się ze wspólnego gniazdka nawet na meble nie spojrzał. I myślałam, że to koniec tematu, aż tu wtem nagle, kiedy siedziałam w tym Bostonie, pewnego wieczora Andrzejek wparował z czterema Bolkami, laska mu otworzyła (bo go znała), grzecznie się przywitał, po czym oświadczył, że w uzgodnieniu oraz porozumieniu ze mną zabiera swoje dziedzictwo. Tak powiedział. A ta durna piczka, jak usłyszała, że w porozumieniu ze mną, to im oczywiście pozwoliła zabrać wszystko, co uważali. I jeszcze im, pinda jedna, drzwi od windy trzymała. Jaka perfidia, no kurwa nie wierzę. Nic nie wziął kutafon poza tymi trzema meblami, nic. Ani garnuszka, ani talerzyka, ani nawet zdechłej książki albo płyty. Chociaż były na wierzchu. Chociaż niby jego. A jaki wersal odpierdolili. Zawartość szuflady nakastlika przełożyli mi do pudełka po butach, a miałam jeszcze na tej toaletce nawieszane różnych koralików i łańcuszków, to mi je piękne, ostrożnie ułożyli na łóżku. Dzwonię do tego złamasa od tygodnia, ale nie odbiera. Co ja mam zrobić? Przecież mi chatę opierdolił na żywca. 2009-05-20 19:58:29 skomentuj (29) no jestem Jaki kanał w tej Polsce. Ale po kolei. Wyleciałam parę dni później niż planowałam, bo mi Who-is-the-king kazał coś tam jeszcze pozałatwiać w Bostonie. No i zgodnie z planem, na lotnisku kupiłam sobie zero siedem jacka danielsa, żeby się potem na pokładzie nie prosić u tych piczek. Potem się odprawiłam, wsiadłam, zjadłam na kolację ten lotniczy dżank (żeby nie sikać na pusty żołon), po czym przystąpiłam do niespiesznej konsumpcji. Obok mnie na szczęście nikt nie siedział, toteż nie musiałam się zbytnio obczajać. Nie cierpię, co prawda, pić z plastikowego kubeczka, ale szklanek nam jakoś nie dawali. Nie ma sprawy. Wypiwszy troszkę ponad pół butelki, postanowiłam pooglądać telewizję. I nie wiedzieć kiedy zeszłam. Gdy się obudziłam, w samolocie było ciemno jak w dupie i zimno jak na Kamczatce, a wszyscy spali pod siedmioma kocami i czterema kurtkami. Ja szczękałam zębami i czułam się koszmarnie, bo oczywiście przycięłam komara w cieniutkim sweterku (pięknie eksponującym moje jakże bujne wdzięki) i najnormalniej w świecie się zaziębiłam. Prewencyjnie tęgo sobie gulnęłam z gwinta, ale już było za późno. Na Okęciu wylądowałam z katarem, kaszlem i dreszczami. Nie licząc kaca i karbidowego oddechu. W takim też stanie, cztery godziny później dojechałam do uprzednio przyklepanej hotelawki (moje stare mieszkanie wynajmuję takiej jednej sympatycznej dziewuszce, a z pewnych względów nie informowałam jej, że przyjeżdżam), gdzie się ogarnęłam, odświeżyłam i wyruszyłam w miasto. Postanowiłam zrobić Jadwini niespodziankę, więc bez uprzedzenia zajechałam do niej na chatę. Chyba z pięć minut stałam tam pod drzwiami dzwoniąc, charkając i smarkając. Ale ta pinda po otworzeniu drzwi wcale się nie ucieszyła, tylko zrobiła dwa kroki wgłąb przedpokoju i powiedziała żebym nie podchodziła bliżej, bo mogę mieć świńską grypę. Po takim gorącym przyjęciu odwróciłam się na pięcie i solo poszłam do zaprzyjaźnionego baru, skąd zadzwoniłam do Karoliny, Bogu-nie-miłej oraz Haneczki, próbując sholować je na jakąś bibkę. Karolina powiedziała (troszkę jakby nieszczerze), że sory, ale właśnie ma gości. Bogu-nie-miła oznajmiła, że właśnie jest w Kerfurze czy innym Tesco i że po zakupach się odezwie. Natomiast Haneczka, jako jedyna szczerze mi wywaliła, żebym się nie wysilała, bo Jadwinia przed chwilą obdzwoniła wszystkich, informując, że przywiozłam ze Stanów świńską grypę. A to sucz jedna. W takiej sytuacji napiłam się jeszcze trochę, po czym powróciłam do bazy, zakupiwszy po drodze flakon starej dobrej Żołądkowej. Jeszcze tylko przez chwilę pomyślałam o tych świniach niewdzięcznych, które uważałam za przyjaciółki. Ale OK, jak się komuś nie podoba moje towarzystwo to wypad. A te prezenty, które dla nich miałam, to dam matce albo nawet Mojej Durnej Siostrze. Będzie się debilka cieszyć. Z tym postanowieniem zabarykadowałam się w mieszkaniu i rozpoczęłam przygotowania do kolejnej samotnej imprezy. Żywota dokonałam w fotelu, skacząc po kanałach i jarając się polską telewizją, która jest bezkonkurencyjna jako tło do spożycia. Będziemy w kontakcie. 2009-05-02 02:58:31 skomentuj (44) wiem, kim jesteś Ale Chudy dał na koniec popis. Ale z niego wyszła świnia morska. Ale sobie wszystko w jednej chwili przesrał. Dobra, po kolei. W poniedziałek go odwiesili, a wczoraj poszedł do firmy na pierwszą naradę. A ja, wiadomo, reisefieber w fazie ostrej, pakowanie, załatwianie ostatnich spraw, jeszcze jednej babce pomagałam zrobić podatki, no zapiernicz okrutny. Chudy wrócił z fabryki wieczorem, sztywny jakby mu ktoś wsadził kołek w dupę. I jakiś taki oficjalny, drętwy... Nie zwracałam na to uwagi, bo miałam jeszcze milion rzeczy do zrobienia, więc Chudzielec usiadł przy kompie i zaczął mi coś tam burczeć. Przez godzinę go skutecznie olewałam, co mu się bardzo nie podobało. W końcu wywalił kawę na ławę i spytał, gdzie jest obiad. Zdziczałam. A ten burak pastewny się pogrążał coraz bardziej. I coś tam pierdolił pod nosem, coś mi tam mendził i o wszystko się czepiał. To mu zaczęłam tłumaczyć, jak komu dobremu, że wyjeżdżam, że się pakuję, że mam mało czasu i że zaraz gdzieś pójdziemy coś oszamać. A on mi na to, że jak ja pracowałam a on miał wolne, to codziennie były ciepłe obiady, kawki, herbatki, majtki, srutki, prutki i kąpiele z pianką. No żesz, kurwa, w tym momencie to mi podniósł ciśnienie do dwustu pięćdziesięciu i z trudem się opanowałam, żeby mu nie powiedzieć, jakie to niespożywcze gówna dla mnie gotował i jak mnie podkurwiał tymi swoimi kąpielami, śniadankami i innymi prześladowaniami. Ale stwierdziłam, że niech pozna moje chamskie serce, pokażę swoją wyższość i nie będę mu już przed wyjazdem robić przykrości. Ale ponieważ wyszedł z niego samiec, dziadyga i kutafon niewdzięczny, to mu oświadczyłam, żeby wyrywał do swojej chaty, bo sobie nie życzę, żeby mi się ktoś kręcił po mieszkaniu, gdy będę w Polsce. I wtedy zatkało kakało, zrobił oczy jak spodki, strzelił karpia i przez parę minut nie mówił nic. Potem tylko spytał, czy ja tak poważnie. Więc mu oświadczyłam, że nigdy nie byłam poważniejsza i powtórzyłam, żeby rwał na szczaw. I demonstracyjnie zamknęłam się w kiblu z książką (Dancing w kwaterze Hitlera, znacie? Zajebioza, czytam to chyba po raz czwarty i mam ciary). Kiedy wyszłam po dwudziestu minutach, Chudy stał w przedpokoju z neseserkiem i dwoma reklamówkami - żulówkami, gdzie sobie spakował swoją kolekcję butów, bo to jest butowy maniak. Stał, lampił na mnie z zawilgłym okiem i najwyraźniej próbował mnie wziąć na litość. Ale złą sobie wybrał planszę do tej sceny i słabe dialogi, bo w pewnej chwili powiedział, że daje mi ostatnią szansę na zmianę zdania. On MI daje ostatnią szansę, no chyba pojebało gnoja do końca. Tak mnie zaszokował, że zaniemówiłam. Ale szybko wróciłam do pionu i stać mnie było tylko na jedno słowo: - WYPAD. Czemu towarzyszyło otwarcie drzwi na oścież. Chudy wynalazł w sobie resztki godności i krokiem defiladowym wymaszerował na korytarz. Ale jeśli myślał, że ja działam w afekcie, a on jest taki sprytny, to się srodze pomylił, bo mu jeszcze przypomniałam o kluczach od domu. Oraz od garażu, piwnicy i samochodu. Cofnął się, spojrzał na mnie jak na zbrodniarkę i chyba coś jeszcze chciał powiedzieć, ale słusznie uczynił milcząc, bo sytuacja dojrzała do tego, że za jeszcze jedno słowo to już by wyłapał w ryja. Więc tylko oddał mi te klucze, odwrócił się i ruszył do windy. Ależ go chciałam dogonić i dać mu szpica w dupę. Ledwo się powstrzymałam. 2009-04-18 02:10:11 skomentuj (46) nowa notka Wątek pierwszy. Wy chyba macie spaczone pojmowanie strażaka. Dziwnym jest to, bo wydaje mi się, że w Polsce to też jest wypas i szpaniawka. Mojego koleżki ojciec był szefem jednostki ratowniczo - gaśniczej i z tego, co pamiętam, to był z niego wielki Dziewul, antyterrorysta i ogólnie maczo. Otaczał go zawsze wielki szacun, kobity i tak dalej. Z Chudym jest podobna historia. Zasłużony i niepokonany w bojach, pińcet razy wynosił z płomieni skamlące szczeniaczki, oczadziałe dzieci oraz baby w ciąży. Teraz w sztabie za biurkiem, bo to taki awans. Mówią, że jest zajebistym oficerem prowadzącym i świetnym fachurą. I to mnie boli. Że taki kozak, a w domu się zamienia w śledzia. Wątek drugi. Jadę popojutrze do Polski. Bez Chudego, który histeryzuje i mnie szantażuje emocjonalnie, że jak go nie zabiorę ze sobą, to nie mam po co wracać. I tu jest koleżka w błędzie, bo jeśli nawet wrócę to na pewno nie do niego i nie dla niego. Bo MI się nie stawia warunków.
2009-04-16 04:40:52 skomentuj (13) powiem tak Wam to się tak fajnie pierdoli i mnie poucza, a nie rozumiecie, że ja przez takie jazdy tracę do tego człowieka szacunek. Ale po kolei, boście niektórych faktów mogli nie znać. A ponieważ sytuacja dojrzała do pewnych objaśnień, to mówię, jak jest. Otóż Chudy jest strażakiem, ale nie żadnym tam starszym sikawkowym tylko oficerem. Na akcje, co prawda nie jeździ, ale swoje się już najeździł, a teraz ze sztabu koordynuje działania chłopaków. No i gdy pracował, to przychodził do domu w mundurze, odpierdolony i taki zacny. Chłop a nie szelki. A teraz ja wracam z pracy, a on na kolanach składa moje szmaty, bo akurat skończył pranie. Goła dupa mu wystaje z rozciągniętego dresu, a na kuchence świeżutkie, choć niespożywcze risotto. Albo inne kalafiorki. No kurwa, kto by takie coś wytrzymał? Ja nie wyrabiam. Tyle wytłumaczeń, teraz newsy. W przyszłym tygodniu jadę do Polski, jak dobrze pójdzie to na stałkę. Who-is-the-king mnie ściąga na naradę, a jak się dobrze naradzimy, to mnie z tego stażu zaocznie wyprzęgnie. Bo już mi się trochę odechciało. Nuda i chała, a ci Amerykanie jacyś tacy rozmemłani. I teraz najlepsze – Chudy chce jechać ze mną. Wstawiłam mu taki kit, że jadę na tydzień i zaraz wracam. Więc stwierdził, że i tak jest zawieszony i nic nie robi, więc może jechać ze mną. Muszę go jakoś z tego pomysłu wyleczyć, no bo gdzie on tam pasuje? A jak się okaże, że zostaję, to dopiero będzie płacz i zgrzytanie zębów. A poza tym ja już mam wszystko pomyślane i od razu po przyjeździe zamierzam się ostro zwłóczyć, spotkać z Jadwiniami, trochę powalczyć i tak dalej. A jak przyjadę z kawalerem, to po pierwsze będą ploty, a po drugie zacznie się łażenie po chałupach, odwiedzanie Starych, Cioci Sabrinki i oczywiście Olów. No bo jakże to – przywiozła narzeczonego i nie przyjdzie się pokazać? W życiu. Nie może ze mną jechać. Na dodatek nienawidzę latania samolotem w czyimś towarzystwie. Zawsze latam sama. I przez całą drogę sobie dyskretnie łoję. No, wprost uwielbiam pasjami. Jak nie dadzą z rozdzielnika, to zawsze mam swoje w plecaczku. Nigdzie tak nie wchodzi, jak na jedenastu tysiącach metrów. 2009-04-06 03:55:35 skomentuj (20) jest sprawiedliwość Załatwiłam Chudego taktycznie. Korzystając z faktu, że trochę się wczoraj podziębił, smarkał i cherlał, wieczorem wmówiłam mu, że ma gorączkę, po czym zasunęłam mu podwójny NeoCitron, świetny lek, który skutecznie leczy dolegliwości grypopodobne, ale wcześniej kładzie delikwenta na łopatki. Chudy wypił, poskładał się jak scyzoryk, owinął w koc i tak pozostał. Przez parę minut patrzył na mnie niewidzącym, szklistym wzrokiem, po czym na czworakach powlókł się do łóżka, gdzie go po chwili zastałam bez życia, z kompresem na głowie. I o to chodziło. Wykluczywszy przeciwnika z gry, rzuciłam się w wir rozmaitych, nikomu niepotrzebnych prac domowych. Zaczęłam od zrobienia sobie kawy z tłustym mlekiem i najprawdziwszym cukrem. Potem posprzątałam swoją kuchnię, pozmywałam swoje naczynia, uprałam swoje ciuchy i nażarłam się niezdrowych tłustych kanapek z boczkiem, jajkiem i sosem farmerskim. Żadnych śmierdzących kalafiorków i zupek na wegecie. Po czym z posiedmiornym drinkiem poszłam do wanny, gdzie oczywiście nie słuchałam żadnej osranej Anastacii ani tym bardziej Coldplaya. Tylko Muse w ilościach przemysłowych, tadam. Nareszcie. Koło północy, kiedy bosko nagrzana snułam się po swoim domu, przestawiając swoje rzeczy i na powrót wieszając krzywo swoje obrazki, Chudy jak gdyby odżył, wstał i półprzytomny, w pelerynie z koca zaczął mamrotać o myciu garnka po kalafiorze. Delikatnie (po alkoholu jestem bardzo delikatna i subtelna) acz stanowczo zmierzyłam mu gorączkę i podałam jeszcze jeden kubeczek NeoCitronu. Tym razem odjęło mu zasilanie w ciągu dwóch minut. Więc się jeszcze do pierwszej posnułam, trochę się dopiłam i z poczuciem absolutnego spełnienia poszłam spać. A wcześniej jeszcze wyłączyłam budzik w telefonie Chudego, bo ten maniak, nie wiedzieć kiedy, nastawił go na za piętnaście szósta, żeby mnie znowu dręczyć. Nic z tych rzeczy. Rano Chudy spał jak zarżnięty, pod trzema kocami i siedmioma kołdrami. Więc nie było żadnego robienia kawy ani żadnych śniadanek do pracy. Ani odprowadzania do drzwi. Kiedy wróciłam do domu, drzwi były zamknięte (bo je zamknęłam rano), nikt nie czekał na mnie z obiadem, a z głośników nie leciały żadne gówna. Nic nie leciało. Chudy - spocony, szary i półżywy - siedział przed ściszonym maksymalnie telewizorem. Od razu lepiej – pomyślałam, zamawiając przez telefon wielgachną porcję chińszczyzny i robiąc sobie kolejną kawę z najtłustszym mlekiem i największą zawartością cukru w cukrze. Żeby mi tylko za szybko nie wyzdrowiał. 2009-03-30 17:16:14 skomentuj (30) mars napada Chudy stracił pracę. Właściwie to nie stracił definitywnie, bo w tym fachu jest to trochę niemożliwe. Jego komando miało w zeszłym miesiącu małą wpadziochę i wszystkich zawieszono do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego. Nieważne. Chudy siedzi w domu (moim) i się zadręcza. A ponieważ nie znosi czuć się bezużyteczny, stara się być użyteczny. To nie na moje nerwy. Ale po kolei. Koleś wstaje przede mną i najpierw robi mi kawę (nienawidzę kawy z chudym mlekiem i słodzikiem), potem robi mi śniadanie i lunch do pracy (nienawidzę jak ktoś decyduje, co mam jeść). Potem odprowadza mnie do drzwi (nienawidzę jak ktoś mnie odprowadza do drzwi) a sam zostaje w domu (nienawidzę jak ktoś zostaje w domu, podczas gdy ja muszę iść do tyry). Poza tym Chudy sprząta (nienawidzę jak ktoś u mnie sprząta), robi zakupy (nienawidzę jak ktoś robi dla mnie zakupy), pierze (nienawidzę jak ktoś pierze moje rzeczy), zmywa naczynia (nienawidzę jak ktoś zmywa moje naczynia) i gotuje obiad (nienawidzę jak ktoś dla mnie gotuje). Kiedy wracam z roboty Chudy czeka na mnie w wysprzątanym mieszkaniu (nienawidzę jak Chudy sprząta) z jakimś swoim specjałem (nienawidzę jak ktoś czeka na mnie z obiadem). Zawsze pachnący, czyściutki i radosny (nienawidzę jak ktoś jest pachnący, czyściutki i radosny, podczas gdy ja jestem spruta, brudna i zmęczona). Wchodzę do domu, zjebana i wściekła, bo już od windy wiem, że zaraz wkurwię się jeszcze bardziej. Chudy mnie wita w otwartych drzwiach (nienawidzę zastawać otwartych drzwi, bo zawsze mi się wydaje, że rano zapomniałam zamknąć) i odbiera ode mnie teczkę (nienawidzę jak ktoś rusza moją teczkę). Wszystko w mieszkaniu jest poukładane i na swoim miejscu (nienawidzę jak coś jest poukładane i na swoim miejscu), a z głośników leci Anastacia albo Coldplay (nienawidzę Anastacii oraz Coldplaya). Jak jeszcze raz usłyszę Cowboys and Kisses to mi odpierdoli, słowo honoru. Poza tym po tej diecie Chudy pilnuje kalorii i pichci jakieś świństwa w stylu zupy kapuścianej, kalafiora z wody albo kotlecików drobiowych na parze (nienawidzę takich zup, takich kalafiorów oraz takich kotlecików). Wszystko smakuje identycznie – wegetą, sosem sojowym i marchewką. Po obiedzie Chudy natychmiast się podrywa z krzesła i zbiera naczynia (nienawidzę jak ktoś od razu zbiera naczynia). Potem zapierdala do kuchni i od razu zmywa (chyba już mówiłam, że nienawidzę jak ktoś zmywa w moim mieszkaniu). Potem robi mi kawę i znów wlewa do niej chude mleko (nienawidzę chudego mleka). Potem sobie robię drzemkę poobiednią, a Chudy się krząta (nienawidzę jak ktoś się krząta podczas mojej drzemki poobiedniej). Wieczorem Chudy robi mi kąpiel (nienawidzę jak ktoś mi robi kąpiel) i wlewa do niej jakieś bąbelki albo sole (nienawidzę nie wiedzieć, w czym się kąpię). Poza tym, w ramach robienia nastroju Chudy rozstawia wszędzie świeczki i kadzidełka (nienawidzę świeczek oraz kadzidełek). Gdy się kąpię, Chudy przynosi do łazienki jamnika i mi puszcza Anastacię albo Coldplay (nienawidzę Anastacii i Coldplaya). Następnie mi podaje szlafrok (nienawidzę jak mi ktoś podaje szlafrok). Potem idziemy spać, a następnego ranka wszystko się zaczyna od początku. Niech się to jego śledztwo już skończy. 2009-03-25 18:19:25 skomentuj (157) myślę, że jestem wyrazicielką woli ogółu... 2009-03-19 16:25:22 skomentuj (16) jak to się robi w ameryce Uwaga, czynności przedstawione w tej historii wykonywane były przez fachowców i pod opieką fachowców. W żadnym razie nie zalecamy powtarzania tego w domu. Niezastosowanie się do powyższego ostrzeżenia może skutkować poważnymi i nieodwracalnymi następstwami natury zdrowotnej. W ujęciu zarówno psycho, jak i somatycznym. Do rzeczy. Chcę Wam przedstawić odchudzanie w wydaniu Chudego. Efekt jest powalający do tego stopnia, że niech się schowa dieta intergalaktyczna Milli Jovovich oraz Harley Pasternak ze swoim programem Five Factor. Najpierw informacje podstawowe – otóż wszelkie kuracje, diety kapuściane i inne czyszczenia jelit można rozbić o kant dupy. Chudy jest w tej dziedzinie weteranem i mówi, że nie działa. Takoż mordercze bieganie albo inny jogging, który jest dobry wyłącznie do tego żeby podrywać laski w parku, zaś z odchudzaniem nie ma nic wspólnego. Żeby schudnąć trzeba NIE JEŚĆ. Amen. Teraz przechodzimy do konkretów. W pierwszej kolejności udajemy się do psychiatry, najlepiej chujowego i taniego, bo nie ma sensu sztucznie windować kosztów operacji. Tam wstawiamy gadkę o depresji. Depresja jaka jest, wie każdy głupi, a jak przypadkiem nie wie, to się warto podszkolić na jakimś forum. Ja musiałam Chudego trochę wyedukować (bo to baranek boży i naiwniak), ale za to potem zdał celująco. O czym warto lekarzowi wspomnieć? Zmęczenie, bezsenność, nerwowość, posępne, powracające myśli, noł fjuczer i tak dalej. A z jakiego powodu? A byle jakiego – brak roboty, brak partnera, cokolwiek. I finito. Chujowy psychiatra nie pokieruje na żadną grupę wsparcia tylko wypisze leki i do widzenia. Ewentualnie zasugeruje ponowną wizytę za jakiś czas, ale i tak tam trzeba kiedyś pójść, żeby wypisał dalsze leki. Tera o lekach – obecnie nie ma już psychotropów, które by działały jakoś tak wybitnie psychotropowo. A już na pewno nie prozaki i inne odmiany fluoksetyny. Wchodzą jak witamina C. No, prawie jak witamina C, ale w sumie to nie ma strachu. Najważniejsze żeby zablokowały ośrodek żarłoczności, co przy pierwszej w życiu kuracji ma się jak w banku szwajcarskim. Przed całą akcją można się swobodnie nawtranżalać. Bez ograniczeń, na co tylko przyjdzie ochota. Kurczaki, golonki, frytki, tort, sernik, majonez – zero stresu, bo wkrótce i tak to zejdzie w oka mgnieniu. Poza tym następna wyżerka nieprędko, więc dla higieny psychicznej można sobie na koniec zrobić dobrze. A potem cóż, idziemy do apteki, wykupujemy specyfik i wpierdalamy. Najlepiej jak najmniejszą dawkę, bo to w końcu leki, a my się przecież nie chcemy leczyć tylko czitować. Poza tym budżet. Chudy dał siedemdziesiąt baksów za dwieście tabletek, co stanowi naprawdę najs prajs. Pod warunkiem że się tego nie wprowadza po osiem dziennie. Tylko jedną. Efekt jest natychmiastowy – lekkie mulenie, jakby mdłości i totalna cofka przed jedzeniem. A słodycze to już w ogóle mission impossible, rzygać się chce na sam widok. I super. Potem organizm zaczyna się bronić – może boleć głowa, można się troszkę pocić, ale czego się nie robi dla sprawy. Poza tym jak się kto wykąpie trzy razy dziennie to nawet lepiej dla środowiska, czyli otoczenia. W ujęciu międzyludzkim Chudy przez pierwsze dni był trochę jakby obcy, trochę się zawieszał, czasami się nam rwał kontakt werbalny, ale przez cały czas pacjent utrzymywał, że ogólnie czuje się dobrze. Teraz działania profilaktyczne – mnóstwo wody, milion litrów dziennie. Koniecznie trzeba też się zmusić do jedzenia witamin. W pierwszej fazie nie ma mowy o owocach czy marchewkach, ale wtedy przynajmniej jakiś gówniany stabilizator – ultrawit, centrum, vitamax, czy co tam jest w aptece. W dawce uderzeniowej. Potem można spróbować coś w wersji płynnej. Jakieś soki, nektary, może jaką cienką pochlopkę… Po trzech dniach takiej hardkorowej diety pojawia się ssanie w żołądku, bo nie ma cudów. Ale żołądek swoje, a głowa swoje. Chudy twierdzi, że wiele razy myślał o zabiciu tego głodu jakąś paszą, niestety – nie ma którędy jej zaaplikować. Nie wchodzi. Sama widziałam, jak pewnego wieczora wprowadził kanapkę z serem, ale tylko pomemłał, pomemłał i wypluł do zlewu. Bo mu rosło w gębie. Innym razem poszliśmy na sushi. Puknął półtorej rolki i koniec wyżerki, nie da rady, pełny po brzegi. Spadła mu też do zera tolerancja na wszelkie rzeczy w tonacji słodkiej. Przed samą godziną zero kupiliśmy półtorakilogramową pakę batoników Nature Valley. Sześćdziesiąt sztuk. Od miesiąca nietknięte. Sorry, ja zjadłam dwa. Ale Chudy nawet nie spojrzy, chociaż wcześniej wpylał te batoniki pasjami. Po dwadzieścia dziennie. Ponieważ to tylko taka zmyłka dla mózgu, po tygodniu trzeba już coś uradzić. Dosyć dobry wślizg mają pomidory pokrojone w ćwiartki więc podstępem udało mi się wcisnąć mu parę sztuk. Chlipnął też parę razy trochę zupy. Z bólami, ale chlipnął. Zapomniałam o najważniejszym – waga zwariowała od pierwszego dnia, zjazd makabryczny, po trzy funty dziennie. Aż się przestraszyliśmy. No, ale czy nie o to chodziło? O to. Ponadto strasznie ten specyfik nakręca. Chudy sobie miejsca nie mógł znaleźć. Trochę mnie wkurwiało, kiedy przychodził wieczór, ja siadałam na dupie przed telewizorem, a on robił kilometry po mieszkaniu. Z sypialni do kuchni, z kuchni na balkon, z balkonu do łazienki, z łazienki do składziku, ze składziku do przedpokoju, z przedpokoju do sypialni i tak w kółko. Albo w salonie, od ściany do ściany. Strasznie wpieniające. Jakby się jakichś prochów nażarł… A poza tym - to na rower, to do siłowni (daleko nie miał, bo jest w piwnicy piękna salka do ekskluzywnego użytku mieszkańców), to schodami pożarowymi w górę i w dół… Za dużo się nie najeździł ani nie naćwiczył, bo to przecież organizm osłabiony i kondycja nie za bardzo, ale przez te wszystkie rozpaczliwe wysiłki jeszcze bardziej pożądane efekty podpędził. Po dwóch tygodniach wszystkie ciuchy były do wymiany, więc powyciągał z pawlacza jakieś prehistoryczne bluzy i dżinsy jeszcze z czasów koledżu. Sama radość. Miał nawet Chudy takie jedne buty ulubione, które zawsze go trochę cisnęły. Nie wiem, jak można sobie kupić za małe buty. Mówi, że rozmiaru nie było, ale kolor fajny. Teraz te buty bajka, idealne. Krążą na temat prozaków różne takie obiegowe opinie, jakoby spadała moc na wtryskarce. Niniejszym dementuję. Moc jest. Inna sprawa, że Chudy mnie jakoś tak unikał przez pewien czasokres. Coś tam jeszcze majsterkował wieczorami, siedział długo w kompie, snuł się, wymyślał sobie setki zajęć i widziałam, że mu do alkowy niespieszno. Ale śmy to rozwiązali w sprytny sposób, bo nabyłam fajny środek, co się nazywa biosteron. Przeznaczony w sumie dla zwiotczałych dziadków, co by im przywrócić dawny wigor, kondycję i chęć do życia. Stosowany u chłopa w sile wieku daje niezły napęd, co się pięknie zharmonizowało z tym psychotropom, tak więc Chudy się płynnie zrestartował i znów był, że tak powiem, przydatny do użytku. A poza tym prawdą jest, że nie ma impotentów, są tylko chujowe partnerki. Tak więc wspólnymi siłami daliśmy radę, nieprawdaż. Wystąpił jeden mały problem o kryptonimie operacyjnym aj kent get noł satysfakszyn. Czyli trudności z kończeniem. Oczywiście jego kończeniem, bo ja tam zawsze zwarta i gotowa. A jak jest fajny podkład i klimat, to mi wystarczy pokiwać paluszkiem i już fruwam. Ale nie o mnie... Cośmy się nachodzili po stołach, łóżkach, prysznicach i dywanach, żeby chłopu ulżyć, to nasze. Wszystko według zasady, że jak nie urok to sraczka. Przed kuracją Chudy należał do takich szybkich lopezów co to rach ciach i po sprawie. Teraz dla odmiany toczymy wielogodzinne boje i aż mi tego Chudego czasami żal. Chociaż ja tam prywatnie nie narzekam, tadam. Powróćmy do sedna, czyli kuracji. Przyuważyłam, że Chudego nic nie rusza w temacie kulinarnym. Nic a nic – odporny jest na najdziksze podniety. Byliśmy przedwczoraj w centrum handlowym, gdzieśmy się niechcący zapuścili do fudkortu, czyli takiego zagłębia restauracyjnego, gdzie się znajduje siedemnaście straganów na metrze kwadratowym. Chińczyki, taje, hindusi, dżankfud, pizza, pierogi, fachitas, makdonald, wszystko w życiu. Zapachy takie bajeczne, że się przewracałam. A Chudy nic. Zero reakcji. Chcąc być z nim solidarna i choć trochę go wspierać, nie dałam po sobie poznać, że konam z głodu, chociaż język mi uciekał do gardła. Za to, gdy Chudy poszedł do fryzjera, to wróciłam do tego fudkortu i na szybko wciągnęłam mega porcję makaronu z kurczakiem słodko-kwaśnym. I potem jeszcze metrową tortillę w KFC. Wykończy mnie ta jego dieta i to ukrywanie się. Ale do rzeczy. Jak się pacjent odzwyczai od żarcia to już z górki. Nie można tylko zapominać o tej wodzie i witaminach. Dietę prowadzimy aż do skutku. Koncert życzeń. Chudy na chwilę obecną stracił ponad trzydzieści funtów i ja uważam, że wystarczy. Chłopak się zrobił jak sosna, nie powiem, robota zrobiona, ale nie przeginałabym na jego miejscu. I niech mi nikt teraz nie pierdoli o jakimś jojo srojo i wracaniu do dawnej wagi. Jak już się dostanie taki dar od losu i zrzuci pół tony, to się trzeba cieszyć i docenić. Jak kto kumaty, to coś z tym zrobi i się postara znowu nie zapuścić. A jak ktoś jest cienias, to znów zacznie wpierdalać makowce, skrzydełka w panierce i potrójne cheeseburgery. I tyle byłoby słów świętych przeznaczonych na uroczystość dzisiejszą.
2009-03-08 23:35:16 skomentuj (69) haneczka A było to tak. Haneczka miała Męża Jurka. Ale po jakimś czasie zapoznała takiego jednego Chłopa. I się bardzo pragnęła z tym Chłopem widywać. Ale Mąż Jurek marudził, że gdzie ona tak ciągle wychodzi i wychodzi. Więc się Haneczka oficjalnie zapisała na flamenko. Trzy razy w tygodniu po dwie i pół godziny. Ale chodziła tylko raz w tygodniu. A dwa razy do tego Chłopa. A ten klub flamenko ćwiczył i ćwiczył. I jak przychodziły jakieś dni miasta albo inny festyn to dawali popis. Haneczka z Mężem Jurkiem zawsze chodzili na takie spędy. Bo on jakoś tak lubił te wszystkie karkówki, piwa i stragany. Więc przy okazji oglądali te występy flamenko. I ten Mąż Jurek zawsze pytał, dlaczego Haneczka z nimi nie występuje. Więc ona wymyślała, że ma kontuzję. Albo że krawcowa jej zrypała strój. Albo że coś tam, coś tam. Bo jak miała występować skoro prawie nie chodziła na próby? A ten Mąż Jurek tak wszystko łykał bez popitki. Pewnego dnia ten klub flamenko się rozwiązał.
2009-02-16 03:35:39 skomentuj (18) chyba arrivederci boston Chudy się odchudza. W związku z czym kupił wagę oraz biega codziennie przez dwie godziny po lesie. I nawet początkowo zrzucił trzy funty, ale co z tego skoro potrafi on wrąbać na kolację całą lasagnę, osiem bułeczek jagodowych i pięć batonów zbożowych nature valley. I sześć piw. No, ale bądźmy szczerzy – zanim Chudy będzie gruby jak antałek, to mnie tu już dawno nie będzie. Po pierwsze - nie jestem ja sercem i duszą niewolniczo do niego przywiązana, po drugie zaś – zaczyna do mnie wydzwaniać Who-is-the-king, który najwyraźniej chce mnie sholować do bazy. A nie ma sprawy, bo ta Ameryka jest mocno przereklamowana i z wolna zaczyna mi doskwierać. Jedyny zgrzyt polega na tym, że mi Jadwinia uprzejmie doniosła, iż Who-is-the-king zamierza wysłać na moje miejsce kogo? No oczywiście, że tę debilkę Wirdżinię. I to jest klasyczny przykład myślenia jajami. Bo prawda jest taka, że Wirdżinia naprawdę jest cieniutka, a Boston to nie jest konferencja w NRD, gdzie się można od roboty wymigać migreną i zamknąć w pokoju hotelowym. Albo wrobić kogoś innego, w tym przypadku Mła. No ale mniejsza. Niech to się nareszcie skończy… Powiedziała mi też Jadwinia, że się do naszej firmy przyjęła Haneczka. To się będzie działo i w takiej sytuacji to ja mogę wracać do bazy. Bo Haneczka to jest ekstraklasa w te klocki, które lubię. Jutro opiszę szczegółowo jej największy występ. Bo teraz się trochę spieszę. 2009-02-08 21:18:09 skomentuj (19) no i super Nie no, to jest jakieś chore. Napisałam maila do tej laski, a potem z jej inicjatywy się wieczorkiem zdzwoniłyśmy. I się okazało, że ta moja afektacja to nie była taka całkiem bezprzyczynowa, bo ona stwierdziła, że też jej się spodobałam od razu, pierwszego dnia i takie tam bla, bla, bla. I jeszcze powiedziała, że tak w ogóle to ona jest bi, tylko że ten mój koleżka to jest jedyny facet w jej życiu. Ale dziewczyny czemu nie. A on się, ten mój kolega, na takie klimaty niby zgadza. I jeszcze wspomniała, że w tym Wankuwer należy do takiego randkowego portalu i że miewa kontakty z kobietami. To ja takiej ściery nie chcę. 2009-02-04 01:40:33 skomentuj (38) |
księga gości
2009 listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 listopad październik wrzesień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2007 grudzień listopad październik lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień listy wrzucać tutaj |