darmowy hosting obrazków
::księga gości::

2011
październik
wrzesień
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
stara handlowa prawda głosi, że każdą sprawę najlepiej jest oprzeć o bufet

Haneczkę ktoś musiał poinstruować, że z takim zestawem akcesoriów, to marnuje się ona w sektorze budżetowym. I że powinna spróbować swoich sił w sprzedaży bezpośredniej. Tak czy inaczej, porzuciła ona posadę w naszej firmie i rozpoczęła karierę w salonie oferującym nowobogackie wyposażenie wnętrz, a konkretniej ultranowoczesne kuchnie oraz łazienki.

I chyba się w tej nowej rzeczywistości ekonomicznej odnalazła, bo wczoraj, podczas małego babskiego wieczoru w zaprzyjaźnionej restauracji zasłyszałam jej rozmowę z Jadwinią. Całego haneczkowego expose nie przytoczę ze względów technicznych, gdyż trochę się mimowolnie zbombardowałam, co z kolei wpłynęło na lekki cud niepamięci. Ale jeden fragment wrył mi się szczególnie, a szło to mniej więcej tak:
- Jak się ma dobre cycki, to MOŻNA zaśpiewać tyle, ile facet MA.  A jak się ma cycki słabe, to TRZEBA zaśpiewać tyle, ile facet DA.

Kurwa, ja jednak jestem z innej planety.



elka-gra 2011-10-25 23:20:27
skomentuj (18)
ne do zadku

Ja, jak powszechnie wiadomo, mam do pornografii stosunek niechętny. Ale w wersji humorystycznej to czemu nie. Poza tym czeskie porno, to tak jak ruskie westerny albo polskie sajens fikszyn. Zgrywy, siermięga i nic więcej. Ale po kolei.

Waldemar, który ma zainteresownia tyleż szerokie, co dyskusyjne, zaprezentował mi w zeszły weekend taki dość niezwyczajny serial dokumentalny zatytułowany Czech girls do everything for money. W czołówce każdego odcinka twórcy zapewniają widza, że to zero scenariusza i czysta akcja oraz kompletna improwizacja. Niechaj i tak będzie. Dla mnie to śmierdzi ustawką, ale nie ma sprawy, bo com się uśmiała to moje.

Każdy bezscenariuszowy odcinek przebiega mniej więcej tak, że reżyser-kamerzysta zaczepia niewinne dziewczę. Na ulicy, przystanku, ewentualnie w jakimś punkcie gastronomicznym. I najpierw się zapoznaje, krzywo zapina, stawia lemoniadę tudzież drinka, po czym, bez wstępów oferuje harmonię czeskich korun. Za pokazanie majtek albo podniesienie bluzki. 

Dziewczęta się wzbraniają, ale na poziomie dziesięciu tysięcy są już skłonne. Udają się więc na półpiętro, do piwnicy, toalety, względnie za śmietnik, tudzież w krzaczory, gdzie dochodzi do krótkiej szamotaniny oraz defragmentacji odzienia. Wtedy prowadzący akcję podwaja stawkę i zachęca do przejścia na wyższy poziom zażyłości.

Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na kręcone z ręki ujęcia dalszego ciągu, czyli nieporadnych i do bólu aseksualnych robótek ręcznych. Ręce i nogi (oraz reszta) opadają, ale na otarcie łez zawsze jeszcze pozostają rozkoszne, oryginalne dialogi...

Po zapoznaniu się z kilkunastoma odcinkami tego jakże frapującego cyklu, na zdecydowane prowadzenie w moim prywatnym rankingu wysuwają się dwa motywy, które muszę tu przytoczyć, bo w przeciwnym razie coś mi pęknie.

Motyw pierwszy, czyli trochę już napita Lenka, która z fajką w kąciku ust grymasi i krzywi się na ofertę piętnastu tysięcy korun.
- Weź - kusi kamerzysta - to kupa forsy. Pojedziesz se na fajne wakacje, na przykład do Tunezji...
- Byłam siedem razy - czkając odpowiada Lenka, po czym zeskakuje z sedesu (bo akcja toczy się w łazience), kompletuje odzież, wymija kamerzystę i wraca na parkiet.

Motyw drugi, plenerowy urywa się w najlepszym momencie, bowiem nasi filmowcy raczej skłaniają się ku softowej i niezdecydowanej wersji zdarzeń, toteż wielki finał pozostawiają wyobraźni i pomysłowości zgromadzonej przed komputerami publiczności. Tak czy inaczej, Petra rozrzuca na trawniku kilka chwilowo zbędnych sztuk garderoby, po czym opiera się o murek śmietnika, przyjmuje postawę zasadniczą i mówi do reżysera:
Miláčku, ale ne do zadku...

Kurtyna.





elka-gra 2011-10-03 22:33:57
skomentuj (10)
nie gniewaj się, waldek

Pamiętacie Waldiego, co pod nieobecność Karoliny grał koncerty w pelerynie z koca w panterkę? I z rurą od odkurzacza... 
Ja go wtedy od razu polubiłam, jak mi tylko Karolina opowiedziała o tych jego wyczynach. Skończyła się ta cała historia niezłym ambarasem, bo - jak pewnie pamiętacie - wszystko to było nagrywane kamerką szpiegowską, natomiast co smaczniejsze hity Karola zasunęła Waldiemu podczas jednego z obiadów czwartkowych. Moim zdaniem chamstwo. Ale było minęło. Waldek, nie mogąc unieść ciężaru swego blamażu, wycofał się naówczas z Karolinego życia i tak trochę zniknął nam wszystkim z oczu. Ale moja wielka doń sympatia pozostała. 

No i żeby nie przedłużać, to Wam powiem, że tego Waldka napotkałam czas jakiś temu i trochę ze sobą zamotaliśmy, nieprawdaż. Jadwinia co prawda usiłowała z tego zrobić wielkie halo. I zaczęła rozgłaszać wszem i wobec, że ja niby odbiłam przyjaciółce faceta i tak dalej. Ale zawezwałam ją na solo w celu dokonania konfrontacji. Otóż, porównawszy daty oraz inne zdarzenia peryferyjne, doszłyśmy do zgodnego związku, że się chłop bujał w stanie wolnym przez ponad rok. Więc jakie odbicie??? 
I musiała Jadwinia odszczekać wszystko pod stołem. Tym samym zmazałam durne uśmieszki z tej jej krzywej gęby.

A propos gęby - Jadwinia zdążyła zapomnieć jakie to przeboje były całkiem niedawno z doktorem Wyciorem. Zapomniała jak jej popuszczały nitki, jak jeździła na siedem sesji poprawkowych i jaki to był dla niej (oraz wszystkich powierników jej gorzkich żali) stres, płacz i zgrzytanie zębów.

I oczywiście postanowiła się upiększać dalej, a ponieważ korpus i nogi ma podobnież posągowe, to się czepiła obszarów od dekoltu wzwyż. Toteż rozpoczęła serię eksperymentów medycznych na podbródku, szyi, czole oraz nosie, a jakże. Nie wiem, może ona pracuje na tytuł jednej z ofiar chirurgii plastycznej, w każdym razie, na chwilę obecną urodę posiada bardzo charakterystyczną i zdecydowanie dyskusyjną. 

Widziałam swego czasu w amerykańskiej telewizji takiego pooperacyjnego zombiaka prowadzącego So You Think You Can Dance. Leah Miller się nazywa. Wypisz wymaluj nowa morda Jadwini. Ale cóż, jej brocha. Ja już swoje w tym temacie powiedziałam i dalej języka strzępić nie zamierzam.

A do Waldiego wracając, to muszę stwierdzić, że jest to postać nietuzinkowa. I te koncerty z niewidzialną gitarą, to był tylko mizerny promil jego możliwości. Właśnie mi wczoraj, z błyskiem w oku, zasunął rewolucyjnego newsa natury higieniczno - medycznej. 

Otóż, po długiej wędrówce albo sportowym wycisku (bo z Waldiego jest kolarz, maratończyk, wspinacz i w ogóle murarz-tynkarz-akrobata), tudzież po morderczym dniu w robocie, gdy już zawiodą wszelkie żele do kąpieli i inne substancje mydłopodobne, to nie ma dla zmęczonych stóp lepszej kuracji jak potraktowanie ich pastą do zębów. Powaga.

A najlepiej z mikrogranulkami.





elka-gra 2011-09-02 18:23:01
skomentuj (10)
się żyje

No dobra, nie ma opierdalania się, jak mawia Hardkorowy Koksu. I trzeba wrócić do pisarstwa. Się nazbierało trochę, ale powiem Wam, że w sumie to nic się nadzwyczajnego w międzyczasie nie wydarzyło. Nuda i chała, dzień podobny do dnia, roboty huk i tylko w weekendy jakiś względny melanż i heca heca. Ale zacznę może od takiej smutnej trochę nuty.

Zanikła nam na dobry tydzień Karolina. Urlop podobnież wzięła i wyparowała. Komórka milczała, żadnych newsów i nawet na fejsie cisza. A to już poważny objaw, bo Karola wielką fanką fejsa jest. Jadwinia zaryzykowała nawet taką śmiałą teorię, że może Karolina pojechała gdzieś się tajniacko wyskrobać. Z przeproszeniem.

A jest coś w tym temacie na rzeczy, bo miałyśmy tu niedawno podobny przypadek. Gdyż swego czasu do naszej paki przystała taka jedna Lucy, z którą ja kiedyś jeszcze chodziłam do szkoły powszechnej. I zapomniałam już o niej prawie całkowicie, ale Lucy się niespodziewanie zmaterializowała w zaprzyjaźnionej instytucji, z którą my się niekiedy służbowo komunikujemy. 

A że dziewczyna podobnie jak my robi w hardkorze, to się wespół w zespół zwłóczyłyśmy parę razy. No i gruchnęła kiedyś wieść, że Lucy coś na zdrowiu podupadła. Wolne zaczęła brać i jakieś badania tajemnicze robić. Gdzieś jeździła, po czym wracała w coraz gorszym nastroju. Spicniała jakby przy okazji, poszarzała i chwilowo powietrze całe uszło z niej. Oraz żar imprezowy. 

Dopiero potem się zgadało, że to był manewr poważniejszy, nieprawdaż. Bo Lucy gdzieś tam na gościnnych występach nie pouważała i w rezultacie zaszła. A dziecko to chyba było jej nie za bardzo po drodze, bo jedno już ma. Prawie dorosłe. I sytuację z facetami nieustabilizowaną. Ledwie takiego jednego pijaka pogoniła, co jej glebę robił i pod blokiem z kolegami jabcoki obciągał. A ona przecież wielka pani magister administracji i zarządzania. Nieważne.

Potem taki urzędniczyna z magistartu do niej startował. Ale wybredny gnojek był i faszystowsko wymagający względem jej sytuacji rodzinnej. I już ten młodzieniec wspomniany mu przeszkadzał, a co dopiero kolejne bejbi, na dodatek niewiadomego pochodzenia. Toteż Lucy wzięła sprawy w swoje ręce i jeśli wierzyć plotkom, udała się za południową naszą granicę, ażeby sprawę zwekslować.

Co jej się podobnież nie tak do końca udało, bo wystąpiły w związku z wiadomym zabiegiem pewne komplikacje natury internistycznej, które ciągnęły się w nieskończoność. W sumie to już od dawna po wszystkim i Lucy na powrót nabrała kolorów oraz powróciła na imprezowy szlak, ale co przeżyła to jej. 

Więc na zasadzie prawa serii myślałyśmy, że podobne przeprawy ma teraz Karolina. Ale nie. Inna zupełnie sprawa. Banał w sumie, chcociaż czy taki zaraz banał... Otóż do matki rodzonej pojechała ona, na drugi koniec Polski. Bo się tej matce znacznie pogorszyło, a od zawsze coś tam u niej ze zdrowiem było nietęgo. Wylew za wylewem, więcej czasu w szpitalu spędzała niż w domu, gdzie zresztą też w większości na leżaka. No i podobnież końcówa nadeszła oraz pożegnalnego czuwania czas, co nadspodziewanie krótko potrwało. 

No i niby nie ma się czym podniecać, bo to normalna sprawa. Ale niejako przy okazji naszły i mnie takie niewesołe refleksje. Bo ja z moją matulą to nigdy przesadnie blisko nie byłam i w sumie to tak sobie w tym życiu mignęłyśmy. Szczególnie w ostatnich latach tak sobie tylko migamy... 

Ale jeśli i ona powiększy grono aniołków... Brrr, niewesoła perspektywa. Co wtedy? Kto do mnie zadzwoni z tym newsem? Stary? Czy może Moja Durna Siostra? Kto się zajmie pogrzebem? Przecież ojciec nie da rady. Kromki chleba se chłop sam nie umie uszykować. I to już nawet nie w tym problem, że znowu wszystko na mojej głowie. Bo ja dam radę. Ale ogólnie jakoś tak dziko może się zrobić.  

Dobra, nie ma co krakać. A swoją drogą, to trzeba tam do nich wpaść kiedyś i zobaczyć, co i jak. Ale co mnie się na takie tematy zebrało, to sama nie wiem.

Starzeję się widocznie.




elka-gra 2011-06-10 20:15:05
skomentuj (32)
gloria victis, czyli... elka na gali

Mission accomplished, motherfuckers. Czyli bardzo Wam dziękuję, Kochani, za wsparcie. A skoro już się rypło, to Wam przynajmniej opowiem, com tam przeżyła i com widziała. 
A więc od początku.

Podjechawszy do kwatery w hotelu Szopę, zrzuciłam graty i wyskoczyłam na róg, gdzie nabyłam flakon dżeka. Na wypadek wygranej. Albo przegranej.

Następnie się przekimałam półtorej godzinki we wannie. Strasznie lubię spać we wannie. Od spania we wannie, to tylko bardziej lubię strzelanie sobie we wannie gola. Ale nieważne.
Wiem, że takie drzemki, to niebezpieczne są i nawet się mój kolega z podstawówki swego czasu utopił w ten sposób na śmierć. Ale co ja poradzę?

Trzeba tylko być wyposażonym w umiejętność dopuszczania nogą ciepłej wody. Dla mnie to pikuś, bo ja nogami umiem robić bardzo wiele rzeczy. No, ale nieważne.
Ostatni raz spałam we wannie jeszcze na studiach. Potem się tak jakoś nie poskładało. A w domu nie mam. Nieważne.

Po czym spróbowałam tego dżeka, czy nie oszukiwany. Następnie usiłowałam się wystroić, ale chujowy miałam ten mój wystroiczek. Co tu kryć, przebieranki nie są moja najmocniejszą stroną. A potem, to już poszłam wiadomo gdzie. Resztę znacie.

Pani Maria bardzo OK. Pani Prezydentowa Jolanta takoż. I chyba śmy się tak poniekąd zakolegowały. W każdym razie, na całej Gali spędziłam z nią statystycznie najwięcej czasu.
W sensie, że na solo.

Zdarzyła mi się też jedna straszna żenuła. Bo się w pewnej chwili zaszyłam w kątku, ażeby coś nareszcie przetrącić. I wtedy do mnie podeszła taka piękna dziewczyna, której nazwisko mnie w tej chwili umkło. Niechaj mi ona wybaczy, ale ja jestem zwierzę wybitnie nietelewizyjne. W każdym razie wiecie, która. Prowadziła kiedyś super program zatytułowany Przebacz mi.

No, i wystartowała ona do mnie z witką. A ja akurat w jednej ręce dzierżyłam trofeum, w drugiej zaś kanapeczkę z białym serem półpłynnym. No i usiłowałam ja tę kanapeczkę szybko pożreć, ażeby uwolnić kończynę i się móc przywitać. I się w trakcie pożerania ujebałam tym serkiem haniebnie. Ale tak maksymalnie - od nosa do dekoltu. Straszliwa sytuacja, ale się, przy pomocy paczki chusteczek jakoś wykaraskałam.
I śmy wtedy dokończyły mityng.

No, a potem wróciłam do numeru, gdzie sobie do lustra wypiłam tego dżeka. Fajny był, zimniutki, bo go uprzednio, na czas Gali schowałam do mini baru. Reasumując, bardzo mile przepędziłam afterparty, podczas którego zgasłam, nie wiedzieć kiedy.

Obudziłam się później, niż zwykle. Wstałam z łóżka, a w niewyłączonym od wczoraj telewizorze była muzyka. A ja niezawodnie poczułam, że w wydychanym powietrzu nadal mam ze czternaście promili.

Chociaż przyznać muszę, że i tym razem dżek mnie nie zawiódł. Bo po takiej samej gramaturze jakiegokolwiek innego trunku pewnie bym konała w męczarniach. A tu ani tupotu białych mew. Ani, z przeproszeniem, kac-kupy.
Pełna kultura.

I super. Przyodziałam się elegancko, czyli we wczorajszy żakiet oraz koszulkę Motorhead. Którą Jadwinia mi swego czasu kupiła jako tak zwany jajcarski prezent. I zeszłam na śniadanie, gdzie na dzień dobry wypiłam im cały ten dozownik z sokiem grejpfrutowym. Bo mnie smażyło nieludzko. A potem się solidnie nafutrowałam. Gdyż po wytężonym spożyciu, nie ma to jak dobre futro.

Po czym stwierdziłam, że co tak będę sama siedziała w tej stolicy. Uprzątnęłam więc pokój, bo taką mam hotelową zasadę, że w nocy to może być impreza typu Gunsi w Ritzu, ale rano sprzątam na błysk. Z szacunku dla ludu pracującego. Czyli śmieci do wora. Kiepy do klopa. Pościel w kostkę. I tak dalej.
Jakby był odkurzacz, to bym pewnie i poodkurzała.

No i zdałam numer, po czym pocisnęłam na dworzec. Ale jeszcze w drodze dotarła do mnie groza sytuacji. Czyli piętnaście godzin w towarowym. A jakby mnie w międzyczasie ten dżek zaczął puszczać... Kupiłam więc w spożywczaku na Jana dwa piwa reanimacyjne i półtoralitrową kolę.

Jak już wsiadłam do składu i zobaczyłam całą tę klientelę, jadącą z Białegostoku do Małkini, to od razu poczułam, że się muszę napić. Tak na zaś. Chociaż była dopiero dziesiąta rano.
Ale się ostatecznie chwilowo powstrzymałam.

To może ja tych moich współpasażerów tak z grubsza naszkicuję. Naprzeciwko jechał taki fajny pakerek, ale nie za durny, bo miał laptoka i legitymację studencką. Piękne miał też oczy, takie wilcze. I nawet tak pomyślałam przez moment, żeby się z nim pomieniać jakimiś numerami, tudzież płynami ustrojowymi. Ale odpuściłam. Nie mogę ja być aż taka swędzibrocha, bo to, kurczę, rzeczywiście nie wypada.

Obok pakerka siedział taki biedny dziadeczek. Który patrzył na mnie śmiertelnie przerażony. Szczególnie, gdy wyjęłam z torebki browara.

Obok dziadka dwie wieśniary. Najgorszy typ. Wieśniary - studentki.

Jedna miała blizny po syfach, lekką solarkę, tragiczne spodnie i okrutne kozaki. I obgryzione do kości paznokcie.
I ciągle do niej dzwonił Bogdan, którego gasiła, ale on był wybitnie niespławialny. Więc dzwonił dalej, a ona wznosiła oczy do nieba i robiła do tej drugiej takie cierpiętnicze miny.

A ta druga to już była porażka maksymalna. Miała straszne włosy, straszną szminę, straszne nachy i najstraszniejsze buty w galaktyce. Taki niby obcol, niby koturn, wykonane ze skajki niepękajki. I z nadżerką od soli ulicznej. Aż chciałam zdjęcie tych butów komórką zrobić, ale pomyślałam, że może bez przesady i nadmiernej egzaltacji.

I jeszcze ta druga takie szanowne ręce miała. Jakby całą zimę na polu zapierdalała bez rękawiczek.
Ale nic to.

Obie gwiazdy albo czytały sobie na głos Glamour, albo posuwały takie dołki, że niech się Moja Siostra schowa.

Po drugiej stronie siedział sobie taki młody karczek, który zresztą potem wysiadł w Pabianicach. A obok niego dziewczę z arbuzami trzy razy większymi od Haneczkowych. Na pół przedziału. Pewnie jakaś operacja barbarella. Albo push-up. Ta amerykańska mechanizacja, to umie zdziałać cuda.

Z tego wszystkiego postanowiłam grzmotnąć tego pierwszego tyszczaka, com go sobie kupiła w drodze na stację. Nie był to pomysł najbardziej fortunny, bo po spożyciu nastąpiła w moim organizmie dziwna kumulacja. I nawet mnie na parę chwil oblał zimny pot deliryczny. Ale po drugim browarze powróciłam do pionu oraz stanu względnej używalności.

Po czym mi się przysnęło, a gdy się obudziłam, tu już dojeżdżaliśmy do mojej miejscowości.
Po czym przyszłam do domu i napisałam notkę tę.

Tyle.





elka-gra 2011-02-18 23:58:28
skomentuj (38)
święty walenty, módl się za nami

Cierpliwych Pan nagradza hojnie.
Podróżnik ożywił się mianowicie.
I napisał mi w nocy esemesa.
Za dużo o Pani myślę.
Tandetne, ale lepsze, niż nic.

Znakiem tego, mój urok osobisty zadziałał bez pudła.
Bo ja to jestem ogólnie git dziewucha.
Z całą skromnością.

Sprawdzę jeszcze, czy mu się numery nie pojebały.
I jadziem.

Ha.




elka-gra 2011-02-14 20:34:01
skomentuj (173)
olo kontratakuje

Olek, czyli mąż Mojej Durnej Siostry wygrał jakiś unijny projekt.
I zaprosił wszystkich na oblewanie.
Do swojej ulubionej knajpy na wiosce.
Ale jaja.

Cała rodzina bułkę przez bibułkę.
Czyli pięćdziesiątka metaksiorki na cały wieczór.
Albo drinki z parasolkami.
A Olka nosiło.

Więc co piętnaście minut szliśmy niby do klopa.
Czyli na bar.
I buch po stakanie dżeka.

Narżnęliśmy się jak zwierzęta.
A tamci przy stoliku zero kumania.
Siedzieli i słuchali krzywych opowieści Mojej Siostry.
Która pierdoliła tak że zęby bolały.

Po czwartym dżeku Olka rozebrało.
I zaczął końskie zaloty.
Oraz wiersze najszczersze.
I wyznania.

Że Gosiaczek durny.
Że glebę mu robi na każdym kroku.
I nawet w ciążę zajść nie potrafi.

A ja to niby co innego.
Babka z klasą.
Zaradna.
Z błyskiem w oku.

I te klimaty.
I że może byśmy coś tam razem.
I buch za kolano.

O, nie.
Ja rodziny rozbijać nie będę.

Szczególnie swojej.






P.S. A poza tym...
Ja facetowi jestem w stanie wybaczyć wiele.
Nawet szczególne talenta.
Nawet wybitny intelekt.
Ale jak się najebać nie umie z klasą to C-Ya.






elka-gra 2011-02-13 00:11:24
skomentuj (11)
sraka na maksa

Wkurwili mnie ci lamerzy z tepsy.
Bo poszłam tam na kontrol.
Cała gotowa i drżąca.
Najlepsza kiecka.
Bożole w ręku.

A Podróznik mi mówi, że miało być cztery mega.
A tu ledwie zero osiem.

Na dodatek zaczął mnie opowiadać o Żonie w Australii.
Jakiej żonie?
O żonie nie było gadki.

Wypilim to bożole.
Pooglądalim początek Telekamer.
I chata.

Poracha straszna.





elka-gra 2011-02-07 20:59:36
skomentuj (31)
yes, yes, yes

Podróżnik współpracuje aż miło.
I sam się pcha na ruszt.
Zadzwonił wczoraj i się mi poskarżył, że nikt z nim nie chce podpisać umowy na internet, bo to nie jego mieszkanie.

Nie ma najmniejszego problemu.
Internetów ci u nas pod dostatkiem.
Już podpisałam umowę z tepsą i jutro montery wchodzą na obiekt.

A kole weekendu można by sprawdzić, jak ten internet mu hula.
I tak ogólnie obadać, jak się chłopak urządził, nieprawdaż.

Tak z gospodarskiej troski.


 


elka-gra 2011-02-03 19:22:32
skomentuj (17)
przybywa jeździec

Poprosiła mnie Matka w zeszłym tygodniu, żebym się zajęła opyleniem albo wynajęciem mieszkania po takim Wujku Chujku. Że niby ja taka najbardziej operatywna. Nawet nie wiedziałam, że my nadal ten lokal kontrolujemy... 

A chata jest przewyborna. Trzy pokoje na starówce, estetyka przedwojenna, na ścianach kossaki, meble szwabskie, widok wypierdoza i klimat takoż. Bajkowa chata dla jakieś kumacza, tudzież artysty. 
Sama bym tam się wbiła, ale... mam złe skojarzenia. Bo jak miałam ze dwanaście lat, Wujcio mnie tam zapraszał, landrynkami częstował, stare albumy pokazywał, a potem kable pchał pod sukienkę. 

A ja nie jestem, nieprawdaż, taką klasyczną ofiarą molestunku. Po drugim razie Ojcu powiedziałam. Ojciec z kolei zawsze miał chroniczną niechęć do współpracy z milicją i rzadko się na pomoc systemu zdawał, toteż sam do Wuja poszedł, spuścił go ze schodów, przyprawił o złamanie podstawy czaszki i w ten sposób wujowe amory względem mnie zakończył.

Wujas potem po sanatoriach się włóczył i coraz to nowe dupy ściemniał, aż mu się skończyła moc na wtryskarce, a na dodatek przyplątało się zapalenie biodra. Jednego, a zaraz potem drugiego. Samo życie. 
I jako inwalida o dwóch kijkach, żywota swego grzesznego dokonał ze dwa roki temu.
A chałupa została.

Najsamwprzód na ogłoszenie odpowiedziała jakaś debilka, którą od razu znielubiłam. Potem jakieś dwie studentki gołe w pysk, więc by na bank co miesiąc było ściganie za komorne. Potem jakieś takie małżeństwo kostropate.
A na koniec... mru.

Przyszedł chłopaczyna taki koło czterdziestki. Fajny, wesoły, bajerant i w ogóle, a waniało od niego jak z peweksu na Hożej. I taką ściemę mi zasuwa, że podróżnik, że na trochę wraca w rodzinne strony, że bez nałogów, spokojny i te klimaty. Tak go troszkę słabo słuchałam, bo mi się, nie wiedzieć kiedy, pojawił świąd interesowny. Ale się opanowałam. Nie mieszajmy biznesu z namiętnością, nieprawdaż. 

Jak się koleś trochę rozgości oraz oswoi, to się zapowiem i wpadnę spisać jakieś liczniki albo coś w tym stylu. I wtedy go zjem. 
Albo mu w ogóle zrobię niespodziankę.

Bo mam drugie klucze.






elka-gra 2011-01-31 08:21:48
skomentuj (30)
koniec trasy

Mój subaru jest podobnież do wywalenia po tamtej nocnej akcji. Powiedziały mechaniki, że coś tam się z przodu złamało i się nie pyli naprawiać. Ale znaleźli mi żyda na te szczątki. Tak jak jest. Bardzo dobra cena. No i super. Kupię coś nowego. Choruję na beemę piątkę z lat dziewięćdziesiątych.

Czerwoną.





elka-gra 2011-01-30 18:46:11
skomentuj (4)
ale urwałam

Zaczęło się od tego, że mi się przedwczoraj zrypał komp. To znaczy zniknął windows. Więc zadzwoniłam do takiego jednego mojego byłego narzeczonego i on się podjął akcji naprawczej. Przyjechał, zabrał rzęcha i pojechał.

Zadzwonił wieczorem, że gotowe i że można przybyć po odbiór. W ostatniej sekundzie zadzwonił, bo już miałam wypite jedno piwo i otwarte drugie. Ale nic to. Ubrałam się, odśnieżyłam samochoda i kita. Pięknie się jechało, bo wszędzie bielutko, śnieg napierdalał jak wściekły i w ogóle fajnie mi było na świecie. 

Nawet sobie trochę podriftowałam w środku miasta, bo na drogach ani żywej duszy. Cieniasy.

A ten komputerowy magik, to mieszka gdzieś na głębokim zadupiu, o czym - przyznam się - wcześniej nie wiedziałam. No i jak zaczęłam szukać tej jego chałupy, to się wbiłam w taki off-road, że zdziczałam. A potem się okazało, że to nie tam, więc musiałam zawrócić. I chciałam tak zawinąć w miejscu i przyrypałam w taki niewidzialny murek.

Ale tak przyrypałam, że się koło prawie urwało. I oczywiście pół przodu odleciało. Co za szmelc. I jak tu teraz wezwać gliny jak nie wiedziałam, ile nadmucham. Zadzwoniłam do Jadwini - piła. Potem do Karoliny - właśnie otworzyli winczano. Ja pierdzielę. 

W końcu mnie ten koleś od kompa poratował, bo przyjechał, zamieniliśmy się na samochody i powiedział, że on już wszystko załatwi. Fajny herbatnik z niego, trzeba będzie mu kupić jakiegoś dżeka.

No i przyjechałam do domu, przylałam sobie nafty żeby się trochę uspokoić, potem odpaliłam kompa, a tu dzwonek do drzwi. Kurier z firmy Bukiecik. I daje mi wiązankę z lilii oraz bombonierkę Merci. Od tego biedulka, co to u mnie stacjonował z grypą przez dwa dni.  

Się, kurwa, wzruszyłam.





elka-gra 2011-01-25 13:40:51
skomentuj (13)
gorączka sobotniej nocy

Znacie schemat takiej randki, która się zaczyna w punkcie gastronomiczno – rozrywkowym, a kończy w domu, nie? Każdy zna. W końcu ogląda się te filmy, a poza tym człowiek trochę już się w życiu nabrykał, nieprawdaż.

A więc wiadomo – yeah yeah, idzie dziewczę do klubu tudzież pubu, a tam już czeka nieznany jej dotąd koleś. Taki bardzo very macz yes yes, jak by powiedział Artysta Młynarski. No i się poznają, rozmawiają, popijają drinki z parasolką albo i bez…

I z chwili na chwilę atmosfera robi się coraz bardziej yeah yeah. Potem, wiadomo, nadchodzi czas aby wstać i wyjść, więc wstają i wychodzą z tego klubu, tudzież pubu. Po czym, taksóweczką, ewentualnie z buta cisną na dowolnie wybrany kwadrat.

Oczywiście, po drodze niezbędne są kwestie typu: napijemy się u mnie kawy?, albo może kieliszek wina na dobranoc? (chociaż w knajpie wyrąbali już po zero siedem na głowę), ewentualnie jasne postawienie sprawy w rodzaju: u ciebie czy u mnie.
A potem, w domu to już standardowo - piwo, wino, wódka, dżez.

Ale najważniejsze jest rano. Opcja pierwsza:  ona w nocy uznała, ze to Ten, więc go zostawia w pościeli, uśmiecha się do niego śpiącego i mu zostawia karteczkie typu: yeah yeah bejbe bejbe, teraz cisnę do biura, ale już się nie mogę doczekać popołudnia, kiedy znów się znajdę w twoich mocarnych ramionach. Po czym go cichutko zamyka w mieszkaniu i kurtyna.

Opcja druga: on wstał pierwszy, więc się cicho ubiera, muska ją swymi usty i zostawia karteczkie typu: yeah yeah jesteś słodka, ich liebe dich, gdzieś ty była całe moje życie... I wychodzi.

Znacie te schematy? No, musowo. To posłuchajcie, jak to wygląda w wersji Cioci Eli. Poszłam w zeszłą sobotę do restauracji jak Pan Bóg przykazał. Ładnie się odziałam i spsikałam, wiadomo. I póki co, to było jeszcze bardzo standardowo. Potem trochę wygulałam, a potem przy barze się zjawił On. Fajny facet, młodzieżowy, schludny, może i nawet przystojny, ale ja już byłam po czterech drinkach, a wtedy to więcej się trochę widzi, a i świąd interesowny się pojawia. 

Przyjemnie się nam gadało, potem nawet jakieś pląsy były i wychodzenie na cigareta przed restaurację, bo we środku już się nie pali, nieprawdaż.
W końcu nadejszła wiekopomna chwila i mówię mu, ze wyrywamy stad, bo pora na dobranoc. Tośmy wyrwali, nieprawdaż. Po drodze nastąpiła jeszcze romantyczna przejściówka przez mój ulubiony park, co mnie każdorazowo stroi bardzo miłośnie.

W końcu doszliśmy do mojej chałupy, gdzieśmy sobie zrobili – ze zacytuję Artystkę Dodę – mega tajski wieczór. Czyli konkretny masaż, wołowinę z zielonym curry i takie tam… Po czym się walnęliśmy spać.

Kole piątej zaczęło mnie jakby smażyć, więc wstałam, przyniosłam sobie wody i przyszło mi do głowy, że można by tak obudzić kolegę mego i może wykorzystać jeszcze tę czarowną noc. Zadumałam się więc na moment, przypomniałam sobie jego imię i do niego sunę. A tam, słuchajcie… jakieś UFO.

Facet leży w moim łóżku w pozycji embrionalnej, pod czterema warstwami poduszek i kołder, rozpalony do białości i dyszy, świszczy, mamrocze coś, zawodzi…. Próbowałam go dobudzić, ale bezszansie totalne. Zwłoki. A przecież aż tak dużo to przecież nie wypiliśmy poprzedniego wieczora, więc to nie to.

Zdziczałam kompletnie. Znalazłam w kuchni termometr, przyłożyłam kolesiowi gdzie trzeba i od razu 39,9. To już nie mierzyłam dalej, bo się przestraszyłam, tylko poszłam do drugiego pokoju, żeby zadzwonić do Jadwini. I mówię jej, jaka sytuacja. Że byłam wczoraj na baletach, przygruchałam sobie kolesia, przyszliśmy do domu i tak dalej, a teraz on leży nieprzytomny w moim łóżku i paruje.

Jadwinia się o dziwo wcale nie przejęła tylko zarżała, a potem mi powiedziała, że to grypa. I że Bogu-nie-miła też podobno w piątek była wieczorem na jakiejś gali, a przed świtem już do niej wzywali karetkę, bo nikogo nie poznawała tylko mamrotała bez przerwy „Misza, Misza”…

- Ty, no ale co ja mam zrobić? – zakończyłam dramatycznym pytaniem.
- Zajmij się kolegą – zarechotała Jadwinia. – I nie pozwól mu się ziębić, bo to niebezpieczne – dodała i się wyłączyła.

No i dobra, skracamy już tę historię, bo sama dostaję dreszczy. Facet był incommunicado do popołudnia. Nie mogłam na to patrzeć, więc mu podawałam co parę godzin jakiś apap, coldrex i co tam było w domu. A on nic. Brał, popijał i z powrotem buch pod kołdrę. A od tej gorączki, to chyba nie wiedział, gdzie jest. No, po prostu komedia. Albo tragedia. Albo jedno i drugie. Czułam się jak w ukrytej kamerze. I tak do wieczora.

Całą następną noc przy nim chodziłam, bo jęczał jak potępieniec. Kompresy na głowę, aspirynki, sucha piżamka, pićku, termometr, te klimaty. Chociaż nawet nie wiedziałam, jak się nazywa. Tak mnie ta schiza zmęczyła, że kole szóstej obudziłam go i mówię:
- Mój drogi, nie wiem, co to za jazda, ja ci bardzo współczuję, ale masz dwie godziny na złapanie pionu, bo ja wychodzę do firmy. I przykro mi, ale dłużej tu pozostać nie możesz.

Spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem, rozejrzał się po mieszkaniu, coś jakby skojarzył, po czym zaniósł się piętnastominutowym kaszlem. Następnie wstał, trochę się podgarnął, wezwał taksówkę i poszedł.

Jadwinia od czterech dni ma ubaw po pachy i gdy się mijamy we firmie to kwiczy z radości. Ale powiedziałam jej, że jak komuś piśnie o tym moim romantycznym kochanku, to zabiję.

Że też ja się zawsze w coś muszę wpakować. 




elka-gra 2011-01-19 08:36:47
skomentuj (26)
czerwony autobus przez ulice mego miasta mknie

Już wszystko git.




elka-gra 2011-01-07 02:50:35
skomentuj (26)
kinder niespodzianka

I wszystko byłoby super pięknie, ale zdaje mi się, że jestem z Adasiem w ciąży. Powaga. Bo Ten Radosny Czas miał nadejść jeszcze w zeszłym tygodniu i jakoś nie nadchodzi. Może to stres, może jestem jakaś rozstrojona, ale obawiam się najgorszego. Jak powiedziałam o tym Jadwini, to się zadławiła milką z bakaliami.


Ale siupy.




elka-gra 2011-01-06 17:33:53
skomentuj (13)
wyjście awaryjne

Sylwestra nie doczekaliśmy w komplecie, nieprawdaż. Nie dało rady. Pragnęłam rozwiązań bezkrwawych i cywilizowanych, sami wiecie, ale opór materii mnie przerósł.

Owszem, za Waszą radą schowałam mu trzy klocki (na nieoddawane, bo natychmiast spuściłam je w klopie), ale to miało być tylko takie działanie zaradcze sił pokojowych. Ale potem sobie pomyślałam, że ile ja mam lat? Dwanaście?

Ale do rzeczy.

Przyszedł czwartkowy wieczór (czyli wigilia Sylwestra), Adaś skończył układankę (czyli nie skończył, bo te trzy klocki, nie?), po czym spojrzał mi głęboko w oczy i wycedził, że wie iż to moja robota. Bo te puzzle od Mamusi to była nówka folijka, a on nie gubi klocków. Czyli że to na pewno ja. Więc jestem małostkowa, nikczemna i tania.

Po czym zostawił mnie na środku pokoju kompletnie zaskoczoną, pospiesznie się odział i wyszedł. Przyznam się Wam, że nawet poczułam ulgę i coś na kształt podziwu, że jednak gnojek umie sprawę załatwić honorowo i po męsku. Bo trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść, tak czy nie?

Jaka ja jestem durna, jaka naiwna. Aż mi siebie, kurwa, żal, że jestem taką gęsią. Bo Adaś wrócił po czterdziestu minutach, niosąc dwa nowe pudełka puzzli. Wyszło na to, że wcale się, dupek, nie uniósł honorem, o co go w swoim debilizmie podejrzewałam. Tylko pojechał do hipermarketu kupić sobie nowe klocki.
Ja pierdolę, co za odlot.

Po czym odwiesił kurtkę na wieszak, demonstracyjnie obszedł mnie szerokim łukiem, spojrzał  w moją stronę z mieszaniną pogardy i triumfu, by następnie zabrać się za rozpakowywanie pierwszego pudełka.

Wtedy coś we mnie pękło. I mu powiedziałam, że ma dwadzieścia minut na spakowanie swoich gratów. A sekundę po tym terminie wypierdolę mu część rzeczy na klatkę, a resztę przez balkon.

Adaś przestał zajmować się puzzlami i przez parę chwil patrzył na mnie w milczeniu.
- Siedemnaście minut – oświadczyłam zwięźle.
Wówczas Adaś, zajebawszy stosownego focha, powolutku zaczął składać na kupkę swoje rzeczy porozkładane na stoliku, po czym niespiesznie włożył je do reklamówki.

- W tym tempie nie skończysz przed północą – powiedziałam. – Pierwsze ostrzeżenie nawigacyjne – dodałam.
A ponieważ moje słowa nie zrobiły na Adaśku żadnego wrażenia, tedy otworzyłam balkon i szurnęłam przezeń ulubioną bluzą Adasia, dotąd zajmującą honorowe miejsce na oparciu mojego ulubionego fotela.
- Mówi ci to coś? – powiedziałam do Adasia, który patrzył na mnie oczami wielkości pizzy rodzinnej. – Za wolno się ruszasz, tak więc przechodzimy do drogi lotniczej – stwierdziłam, podnosząc z podłogi dżinsy, z którymi ruszyłam w stronę okna.
- Jesteś chorrrrra – wychrypiał Adaś, wyrywając mi spodnie z ręki.

- Robimy tak – przemówiłam z uśmiechem – lecisz na dół, bo szkoda bluzy. Jak mnie nie będziesz wkurwiał, to resztę rzeczy dostaniesz drogą lądową. Czyli teraz wychodzisz i grzecznie czekasz na klatce aż ci wystawię wszystkie twoje bambetle, rozumiemy się? A jeśli spróbujesz mi wtargnąć do mieszkania, to ci wyjebię z dziewiątki. Cokolwiek to znaczy… - w tym miejscu przerwałam, bo twarz Adasia zaczęła przybierać odcień trupiej bladości.
I koniec akcji.

Czekał na schodach ze trzy kwadranse, po czym grzecznie, bez słowa (za to z trupimi czaszkami w oczach) zabrał swoje walizki, pudełka oraz plecak ze stelażem i zniknął.
A ja sobie wygulałam dwie kwaterki żołądkowej gorzkiej, a następnie, trochę ochłonąwszy, napisałam notkę tę.

 

elka-gra 2011-01-04 22:14:26
skomentuj (29)
guess who's back

Nie wierzę. Powiedzcie mi, że to tylko omamy hipnagogiczne i ja się z tego obudzę. Ale po kolei.

No więc zrealizowałam moje plany wigilijne co do joty, chociaż przyznać muszę, że obyło się raczej bez szału. Normalna wigilia, żadnych sensacji.
I nawet moja durna siostra jakaś taka wyciszona i niewkurwiająca. Posiedziałam z nimi do jakiej dziesiątej, po czym niespiesznie przeteleportowałam się do mojego mieszkania, gdzie równie niespiesznie nagrzmociłam się żołądkową gorzką.

Na pełny żołon wchodziła, co prawda, jakoś tak leniwie, ale w końcu przełamałam opór materii. Jako tło obyczajowe posłużyła mi jedynka Psów, których nie oglądałam chyba ze trzy miesiące, toteż podnieciłam się dziko. Gdzieś tak w połowie projekcji skosiło mnie troszkę, ale postanowiłam oglądać do samego końca. Mojego lub jej.
Nie wiem, czy dotrwałam do wielkiego finału, ale pamiętam jak przez mgłę, że w pewnej chwili, wycedziłam dramatyczne wypierdalać i w ubraniu zwaliłam się na łóżko, po czym w ciągu trzech sekund zasnęłam.

Następnego dnia o świcie, czyli kole jedenastej zadzwoniła Jadwinia i powiedziała, że mnie zaprasza na śniadanie wielkanocne. Strasznie mnie już smażyło, toteż w ciągu pół godziny byłam gotowa do drogi.
I powiem Wam, że było bardzo fajnie – pogadałyśmy, postukałyśmy się jajkami, wygulałyśmy ze dwie kwaterki i tak kole wieczora poczułam, że nareszcie trochę odskoczyłam od tego całego Babilonu.

We wspaniałym nastroju wróciłam na kwadrat, patrzę ja, a na dywanie siedzi ten debil i układa puzzle. Bo się okazało, że dostał pod choinkę od Mamusi.
- Jak tu wlazłeś? – spytałam, walcząc z nadchodzącą falą wściekłości.
- Normalnie – odparł Adaśko. – Mam przecież klucze – dodał, po czym oznajmił, że mi przyniósł od mamusi trochę ciasta oraz sałatki i że sobie mogę zjeść jeśli jestem głodna.
A następnie znów zatopił się w układaniu tych pierdolonych klocków.

Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na moje expose, którym go raczyłam przez piętnaście minut. Wywaliłam mu wszystko, co miałam na wątrobie. Powiedziałam, co sądzę o nim, o jego mamusi i o zostawianiu mnie samej w wigilię. Po czym, w ramach uwalniania złej energii, poinformowałam go, jak mnie wyprowadza z równowagi tymi obiadkami, serwetkami, kadzidełkami i całym tym cholernym nadskakiwaniem…


Nic, nul, zero reakcji i totalne zen. Może ze dwa razy podniósł głowę i spojrzał na mnie niewidzącym wzrokiem, po czym wracał do układanki.


Słuchajcie, ta sytuacja trwa w niezmienionym kształcie od pięciu dni. Od pięciu, kurwa, dni. Wstaję z łóżka (demonstracyjnie waląc girami o parkiet w drodze do kibla) – Adaś układa puzzle. Oglądam telewizję (demonstracyjnie posapując i jęcząc) – Adaś układa puzzle. Wychodzę z domu (demonstracyjnie napierdalając drzwiami) - Adaś układa puzzle. Wracam - Adaś układa puzzle. Kładę się spać (demonstracyjnie trzaskając drzwiami od sypialni) - Adaś układa puzzle.


Ze trzy razy usiłowałam z nim porozmawiać i jakoś do niego, kurwa, dotrzeć. Bezskutecznie. Bodajże przedwczoraj doczekałam się dłuższej wypowiedzi, z której wynikało, że mam problemy emocjonalne, przesadzam, czepiam się i powinnam ochłonąć i zejść z niego, bo on przecież nic złego nie robi.


No, nie wiem, co się dzieje. To jakaś totalna okupacja obiektu. Skończyły mi się pomysły, a koleś jest totalnie niewypierdalalny.


Czy ja jestem mało asertywna?





elka-gra 2010-12-30 03:12:28
skomentuj (18)
alleluja

Mając na uwadze najświeższe zdarzenia, zdrobnienie w ostatnim zdaniu poprzedniej notki wydaje mi się bardzo nie na miejscu. Bo należało rzecz ująć po żołniersku. Ale po kolei.

Adaś oświadczył mi dzisiaj (tj. dwudziestego trzeciego dnia grudnia, o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści), że on raczej na Wigilię pojedzie do mamusi, która co prawda pomieszkuje w odległości osiemnastu kilometrów od mojej chałupy, ale nie wiadomo, jakie będą warunki drogowe, toteż on się już raczej w rzeczonym dniu u mnie nie stawi.

Teoretycznie mogłabym pojechać razem z nim, ale jego rodzice jeszcze od czasów szkolnych są o mnie nienajlepszego zdania i całe to spotkanie mogłoby wyjść niezręcznie i krępująco. Zatkało mnie.

To ja temu złamasowi chciałam urządzić taką piękną wieczerzę u nas na kwadracie... Z dwunastoma, kurwa, potrawami, prezentami, siankiem, kolędami, dzwoneczkami, świecami i cholera wie czym jeszcze. A on mi taki numer wywalił. O, święta naiwności.

Ale nic to. Fajnie się składa, bo mnie akurat Moja Matka wczoraj spytała, czy bym do nich nie wdrepnęła na Wigilię. Pewnie że wdrepnę. Posiedzimy, pośmiejemy się, będzie okazja rozgadać parę spraw. Oczywiście nie omieszkam skorzystać ze sposobności żeby ponabijać się z tej debilki Mojej Siostry, która na pewno nie zawiedzie swojej wiernej publiczności.

A potem wrócę do domu i tak się złoję, że mnie rodzone koty nie poznają.

Postanowione.




elka-gra 2010-12-24 02:29:34
skomentuj (16)
dlaczego mi to robisz? (część czwarta i ostatnia)

Ja to ogólnie jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jeśli pewnego dnia odwiozą mnie do Tworek, to przynajmniej wiedzcie dlaczego. Powody mogą być z grubsza cztery. Ostatni z nich nazywa się PIZDECZKOWATOŚĆ. Ale po kolei.

Adaś popełnia ten sam poważny błąd taktyczny, który w mglistej przeszłości był problemem Chudego. Pamiętacie Chudego, prawda? To był ten gruby strażak z Bostonu, z którym tak mi się niezbyt poukładało.

Ale powróćmy do Adasia, który, kurcze,  źle mnie czyta. I kompletnie nie czai moich potrzeb oraz wymagań wobec faceta. W związku z czym robi masę rzeczy, których robić nie musi, ba, nawet nie powinien. Ale po kolei.

Wracam załóżmy z pracy, kole siedemnastej, czyli już po ćmoku. Trochę zjebana, ale bez przesady. Z ciężkimi zakupami, ale bez przesady. Trochę zmielona przez cały dzień użerania się we firmie, ale bez przesady. Adaś załóżmy skończył wcześniej i czeka w domu.

Już od drzwi cała chawira pachnie pożywną zupką, a wszędzie pozapalane są kadzidełka, świeczki oraz inne bździki. Na stole białe serwetki, talerze, kieliszki i jeszcze więcej bździków. Sztućce poukładane pod linijkę, ten nożyk do tego, ten widelczyk do tego, obok miseczka z sosikiem, a na gazie wesoło pyrkają kartofelki.

A w przedpokoju wita mnie Adaśko w fartuszku, z miną stroskanej mateczki i kopystką tudzież chochelką w garści. Kurwa, jak ja tego nienawidzę. Jak ja tego nie chcę. Chcę normalnie. Nie jestem jakąś osraną księżniczką, którą trzeba wachlować, rozwijać czerwony dywan przez całą klatkę schodową albo sypać kwiatki pod nogi.

Czasami sobie myślę, że ten Adaśko to jakaś cholerna kopia Chudego. Albo odwrotnie. Słabo mi się robi, gdy wspomnę te wszystkie kąpiele z bąbelkami, szlafroczki przewieszone przez oparcie fotela, pojedyncze różyczki we flakoniczkach i pościel spryskaną jakimiś fiołkowymi spryskiwaczami. Albo bzowymi.

Przy Adaśku powoli zaczyna się ta sama szopka. A ja bym wolała chłopa. Chłopa z jajami. Który by przyszedł w nocy, otworzył drzwi z futryną i wtargnął do mieszkania. Choćby nawet brudny, choćby nawet zrypany, umorusany, bumiący albo z krwią na koszuli...

Może mi nawet odburknąć, może zajebać focha, walnąć szklanę whisky i bez mycia dać po sprężynach. Ale niech pokaże, na co go stać. Niech przyniesie jakiegoś Pulitzera, jakieś Camel Trophy, jakiś czek na milion dolarów, jakiś skalp, cokolwiek.  

A tu taka pizdeczka po domu mnie chodzi.



 

elka-gra 2010-12-16 00:28:47
skomentuj (40)
dlaczego mi to robisz? (część trzecia)

Ja to ogólnie jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jeśli pewnego dnia odwiozą mnie do Tworek, to przynajmniej wiedzcie dlaczego. Powody mogą być z grubsza cztery. Trzeci z nich nazywa się SAMOCHÓD.
Ale po kolei. 

Na wstępie drobne info dla niestrudzonych tropicieli nieścisłości rzekomo pomieszczonych w mojej twórczości. Zacznę od kotów, których miałam, mam i chyba będę w życiu miała milion. Jedne przychodziły, drugie odchodziły, uciekały, umierały albo zostawały oddawane w lepsze od moich ręce.

Teraz wątek zasadniczy czyli subary, których w zasadzie to miałam prawie dwa, choć w sumie i na dobrą sprawę to jeden. Owszem, nie zaprzeczam, że wyjeżdżając do Bostonu zamiarowałam mojego samochoda opchnąć, ale nie otrzymawszy żadnej sensownej oferty, powierzyłam wóz Olkowi, któren mi go przegarażował.

Tym samym subarem się kiedyś stuknęłam z facetem, któremu strasznie zależało żeby sprawy nie nagłaśniać, pamiętacie?
I tego samego subara ukradli mi małoletni złodzieje, którzy byli za krótcy na takie auto, toteż się roztrzaskali i mi poniszczyli samochodzika. Ale sobie naprawiłam i jeżdżę dalej.

I tu się, nieprawdaż, zaczyna zasadniczy problem. Bo Adaś nie rozumie, że to jest MÓJ samochód. Mój, kurwa, i niczyj więcej. I że jest nieodstępowalny, niepożyczalny, a najlepiej to niewsiadalny do środka.
W ostateczności jako pasażer. Ale wtedy zapinamy pasy, wzrok kierujemy przed siebie i morda w kubeł.

Niestety, Adaś regularnie usiłuje te moje święte zasady pogwałcać. Tyle dobrego, że w końcu zrozumiał, iż za kierownicą mojego subara zasiądzie dopiero wtedy, gdy mina przeciwpiechotna urwie mi obie ręce oraz nogi.
A może i nawet wtedy nie.

W każdym razie odpimpał się ode mnie i już nie próbuje pożyczać kluczyków. Poza tym ma swojego seata i niestety musi być zdany wyłącznie na niego. Powinien też o niego dbać, bo wie, że gdyby mu ten seat kiedyś zdechł albo odmówił posłuszeństwa, to nie będzie zmiłowania tylko kita na przystanek i bliższe spotkanie trzeciego stopnia z komunikacją miejską. Mogę mu nawet dać na bilet.

Nie da się jednak jeździć na romantyczne wycieczki w dwa samochody, toteż trzeba wybierać. A wybór jest trudny, bo wiadomo. Ale ja jestem skłonna złożyć ofiarę na ołtarzu miłości i jeździć z Adasiem jako pasażerka. Chociaż jeździ fatalnie. No, po prostu fatalnie. Jak baba.
Ale nic to – siedzę, gryzę się w język i oglądam krajobrazy.

Z kolei kiedy jedziemy subarem, Adaśko nie może sobie podarować komentarzy na temat moich umiejętności jeździeckich. Raz już go wysadziłam na samiuśkim środeczku skrzyżowania, bo mi pierdolił za uszami, że nie widziałam gościa po lewej i że muszę częściej sprawdzać blind spot.

Niczego go ta wysiadka nie nauczyła, jak słowo honoru. 
Zajebał focha na trzy dni i to wszystko.
Dalej komentuje, mądrzy się i struga wielkiego znawcę.  

Wyrzucę go kiedyś w biegu na pobocze.

Powaga.




elka-gra 2010-12-06 03:49:38
skomentuj (26)
dlaczego mi to robisz? (część druga)


Ja to ogólnie jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jeśli pewnego dnia odwiozą mnie do Tworek, to przynajmniej wiedzcie dlaczego. Powody mogą być z grubsza cztery. Drugi z nich nazywa się RAZ SIĘ KLIKA.

Ale po kolei.

Kiedy tylko zasiądę do komputera, zaraz zjawia się dyżurny informatyk w postaci Adaśka, który nieproszony udziela mi szeregu jakże niezbędnych rad, porad oraz wskazówek. Jedną kocham szczególnie, a brzmi ona: raz się klika. Wiecie o co chodzi, nie?

Prosiłam, błagałam, mówiłam jak mnie to drażni, ale to jest chyba od niego silniejsze. Są zatem dwie opcje. Kiedy następnym razem Adaś powie, że raz się klika, to albo zduszę to w sobie, coś mi pęknie i mnie powiozą na sygnale wiadomo gdzie. Albo go urżnę pierwszym lepszym przedmiotem jaki mi tylko wpadnie w ręce.

Powaga.




elka-gra 2010-12-06 02:20:15
skomentuj (12)
dlaczego mi to robisz? (część pierwsza)

Ja to ogólnie jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale jeśli pewnego dnia odwiozą mnie do Tworek, to przynajmniej wiedzcie dlaczego. Powody mogą być z grubsza cztery. Pierwszy z nich nazywa się DZWONECZKI.
Ale po kolei.

Adaśko przyniósł do mnie takie dzwoneczki, które się wiesza na balkonie żeby dyndały i dzwoniły na wietrze. Zgodziłam się, nie przeczę, bo Adaś powiedział, że mu bardzo zależy, gdyż jest to przedmiot szczególnie bliski jego sercu, gdyż go sobie przywiózł z jakiegoś Meksyku albo innej Brazylii.
Ale nie wiedziałam o dwóch rzeczach – że te wisiorki napierdalają jak jakieś kuranty od najmniejszego powiewu najlżejszej nawet bryzki. No i nie miałam pojęcia, że ja jestem na to aż tak uczulona.

I teraz tak to wygląda, że w nocy Adaś śpi jak zarżnięty, a ja nie mogę zmrużyć oka, bo się to cholerstwo tłucze i barabani. Ja wiele rzeczy umiem znieść, ale tym razem czuję, że nie zdzierżę.

Powaga.




elka-gra 2010-12-04 01:23:51
skomentuj (9)
drogi kłamco


Mam dziś wyjątkowo dobry humor, toteż serii Twoich rozpytań poświęcę osobną strofę, dobrze?

Kwestia pierwsza:
Kot popuścił trochę sików na trafiejny szalik. Jeśli miałeś kiedy kota, wiesz zapewne, że na wskutek popuszczenia, wartość użytkowa obsikanej rzeczy spada do zera bezwzględnego. Z jednakowym skutkiem można ją prać, perfumować, wietrzyć lub też zastosować inną, dowolnie wybraną technikę.


Kwestia druga:
Zdobycie takiego numeru telefonu jest, Mój Drogi, bardzo proste w teorii. A w praktyce wyglądało to tak, że pewnego dnia, z mgły wynurzyli się jacyś faceci, którzy przybyli z jakiejś szkoły menedżerskiej na jakieś praktyki. Ich ewentualny dziennik praktyk (zawierający pewnie jakieś dane personalne) mógł mieć ktokolwiek. Którakolwiek ze stu osób pracujących we firmie.

Powiedzmy, że dotarłabym do dziennika. Przy założeniu, że byłyby tam numery telefonów (co jest dość wątpliwe), musiałabym obdzwonić każdego z jedenastu bodajże praktykantów. Pewnie w siedemdziesięciu pięciu procentach przypadków wbiłabym się na ich żony, tudzież partnerki.
Co dalej? Po przejściu zapory w postaci bab – strażniczek domowego ogniska, musiałabym przystąpić do bardzo oryginalnej zapinki pod hasłem czy nie zostawił pan u nas szalika? 
 

Aż tak bardzo mi nie zależało.




elka-gra 2010-11-08 23:30:43
skomentuj (27)
krótko

Koleś nie przyszedł po zgubę.
Nie wiem, jaki to zapach.
I już się nie dowiem.
Bo dałam szalik kotom do zabawy.
I jeden z nich trochę popuścił.

Koniec filma.


 

elka-gra 2010-11-08 05:03:27
skomentuj (2)
rock-a-rolla 1

Dałam Jadwini powąchać ten szalik i też odleciała. A potem dodała, że faceta, który tak pachnie to by schrupała bez popitki na pierwszej randce. Ale ja trwam przy swoim. Tym bardziej, że chwilowo romanse z młodzieżą mnie nie interesują. I z dorosłymi też.

Bo fajnie mi z tym moim Adaśkiem. Komfortowo, spokojnie, jesiennie, bez szaleństw i świrowania. Nie codziennie się widzimy, albowiem Adaśko ma syna w maturalnej klasie, który to chłopaczyna śpi niekiedy u niego, co sprawia że nie każdego dnia może on do mnie przychodzić. Adaś znaczy, nie syn.  Ale sobie dzwonimy kontaktowo parę razy dziennie. Albo jakiego sms-a wklepiemy. I jest git.


Powiedziała mi wczoraj Jadwinia, że ja i Adam to klasyczni fuck friends. O, nie zgadzam się. Po pierwsze, to zawsze było troszkę więcej, niż tylko fuck. Po drugie, nie jest to dla nas jakaś sprawa wiodąca, nieprawdaż. Bywają wieczory, że sobie tylko urządzamy maraton filmowy, albo grzebiemy przy samochodach, albo łupiemy w skrable, ewentualnie coś czytamy.

A przedwczoraj, na ten przykład, to robiliśmy takie eksperymenty jak w ogólniaku, czyli popijaliśmy rolki winem.

Kop straszliwy.





elka-gra 2010-10-29 18:42:43
skomentuj (16)
smells like nirvana

Byli u nas dzisiaj we firmie praktykanci z jakiejś szkoły menedżerskiej. Chłystki takie, po dwadzieścia parę lat. Nie ma o czym gadać. Połazili, popytali, poprzekładali trochę papierków. A pod fajrant kazał mi Ten Nowy Dyrektor jakąś tam symulację dla nich zrobić, normalka.

Potem sobie poszli, ale jeden zostawił na wieszaku szalik. A ja mam takie natręctwo, że wącham. Może nie wszystko, ale większość. Ubrania wącham, książki, gazety, nawet jedzenie. Zawsze mi matka mówiła, że to niegrzeczne, szczególnie w gościach. Bo niby sugeruję nieświeżość. No, ale co ja poradzę, skoro to ode mnie silniejsze?

No więc poniuchałam ten szalik, a tam, proszę ja Was, odlot. Jakby świeży cytrus,orient i przygoda, ale pomieszane z ogniskiem, burbonem, cygarami i cholera wie, czym jeszcze. Ciężki jak Kolumb albo XS, ale to nie dokładnie to samo. W każdym razie miks zabójczy.

Na razie zawinęłam ten szalik do domu, tadam. Ale jutro oczywiście biorę go do firmy, bo mam nadzieję, że koleżka wróci po zgubę. Jeśli jednak uważacie, że planuję coś z gościem przykręcać, to jesteście w grubym błędzie. Zamierzam go tylko spytać, co to za zapach. Potem go kupię i będę sobie psikać na poduszkę.

Dobry plan?




elka-gra 2010-10-27 19:47:52
skomentuj (12)
droga pani z telewizji

Jestem dziś sfrustrowana, więc sobie rzygnę, dobra?
Otóż w mojej metropolii są aż trzy telewizje lokalne.
Ja odbieram jedną z nich, bo akurat mam w pakiecie kablówkowym.

I występuje tam taka piczka, która czyta wiadomości.
Cudo michajłowe, miss świata, co-to-nie-ja i top model w jednym.
Jak to oglądamy razem, to Jadwinia zawsze rzuca w telewizor kapciami.
I kurwuje, na czym świat stoi.
Nieważne.

Parę tygodni temu nazad przyczaiłam rzeczoną koleżankę na fejsbuku, a tam, rozumicie, festiwal próżności i góralskiej muzyki.
Sesja taka, sesja śmaka, sesja w majtkach, sesja bez majtek…
Na castingu do teledysku PIN-a i pod mankiet z Kasią Burzyńską.
Tapir do sufitu.
Full tapeta sylwestrowa.
I rzęsy na ćwierć metra.
A na każdym zdjęciu mina, jakby sobie właśnie aplikowała kabaczka. 

Poza tym – standardowo.
Fota na plaży w Hiszpanii.
Nóżka na murku we Włoszech.
Narcioszki w Alpach.
Drink z parasolką na Mallorce.
I pod piramidami z moim Misiaczkiem.
Te klimaty.
No, taki żal, że słów brak.
Ale nic to. 

Poszłam wczoraj do apteki na Słowackiego, ażeby nabyć kolejną zgrzewkę heparegenu, patrzę ja, a kto przede mną stoi?
Nasza Gwiazda, proszę ja Was. 
Zasmarkana, zacharkana, na głowie cztery włoski na krzyż.
I mordka stroskanego żółwia…
Poza tym chuchro z metra cięte.
Ani cycka, ani dupy... 

Jestem rozczarowana.


 

elka-gra 2010-10-12 23:48:45
skomentuj (23)
long time no see

Cześć, trochę już odpoczęłam i w głowie mi jakby trochę lepiej. Sporo się zdarzyło w międzyczasie, nieprawdaż. W sumie, to mnie to wszystko wali, ale kronikarska rzetelność przede wszystkim. Więc może od początku.

Sprawa pierwsza. Nie było sensu się pałować i napalać na stołek po Who-is-the-kingu. Bo nie było żadnego konkursu świadectw, tylko przyszedł jakiś kolo w charakterze pełniącego obowiązki i został. Nieszkodliwy, mijamy się bezstykowo, a poza tym mam ważniejsze sprawy na głowie, więc na firmę chwilowo kładę miecz. Jeśli tak to może ująć białogłowa.

Jadwinia znormalniała. Poprawka poprawki udała się nad podziw, więc przynajmniej nie jęczy. Nawet się przedwczoraj trochę spiłyśmy i ponawydurniały w miejscu publicznym. To już nie to samo co kiedyś z hulankami, swawolami i całonocnymi wędrówkami po Petrochemiach, ale na upartego może być.

Nie wiem, może to jesień, może starość i frustracja jakaś, ale odnoszę wrażenie, że wszystko się ostatnio pozmieniało i poszarzało. Gdzie ta banda, gdzie ten rokendrol, te występy pijackie? Wszyscy jacyś się tacy zrobili bezjajeczni. Młodość, miłość, macierzyństwo, menopauza, kurwa jego mać.

Ale dobra, dosyć smętów. Tym bardziej, że trza się radować, gdyż mam nowego narzeczonego. W sumie to starego, ale poniekąd nowego. Bo się z Adaśkiem znamy od czasu liceum i tak do siebie przez całe życie podskakiwaliśmy raz na kilka lat. Żuraw i czapla. Jak jedno chciało, to drugie zajebywało focha albo akurat miało jakieś komplikacje życiowe.

Zaostrzenie objawów nastąpiło kiedy jeszcze mieszkałam z Andrzejem. Nawet się miałam rozwodzić i wić gniazdko z Adasiem, ale coś tam się skwasiło i znowu nastąpiła hibernacja. A tak ładnie wtedy żarło...

Pamiętam takie zjebane Andrzejki wiele lat temu, kiedy to zwaliło się do nas masę znajomych. Może niekoniecznie moich znajomych, a głównie mojego ślubnego. Atmosfera była taka, że pękało powietrze, więc się kole dziesiątej ulotniłam z chaty i pojechałam z Adasiem w jakieś krzaki za miastem. Powaga. Jedna z najlepszych randek, jakie przeżyłam. Jeździłam wtedy zielonym passatem i w tej passacie, na leśnym parkingu koło autostrady fikaliśmy ze cztery godziny.

A poza tym wszystko w normie. Adaśko miał ze trzy żony, ja miałam ze trzech mężów. W czym problem? Są z grubsza dwie opcje. Albo się zdążymy zejść na dobre, albo nie zdążymy. Póki co trwa kolejne podejście. Moim zdaniem to najwyższa pora. Bo z jednej strony, to patologicznie nie znoszę jak mi się ktoś po chacie kręci, ale z drugiej to fajnie do kogoś gębę otworzyć. Bo te moje koty to jakieś takie mało kontaktowe.

A jeszcze jak byłam na wczasach to mi się chuligany włamali do garażu. I zabrali foresterka, którego rozbili przejechawszy trzysta pięćdziesiąt metrów. A tacy byli najebani, że się od razu dali pojmać i chyba nawet nie pokojarzyli, co się z nimi działo.

Nic im jednak nie zrobią, bo po pierwsze był to krótkotrwały zabór mienia, po drugie zaś najstarszy ze zbójów miał szesnaście i pół roku. Po trzecie niska szkodliwość społeczna, a po czwarte to sobie w wypadku porozbijali ryje. Co zdaniem milicji sprawi, że tylko będą ich w sądzie żałować. I udowadniać, że zasłużoną karę już ponieśli.
Dobrze, że przynajmniej nie muszę chujkom zwracać kosztów leczenia.

No i strasznie mnie wątroba napierdziela. Chyba za stare grzechy.
Żrę heparegen paczkami i nic.
Ale ogólnie ducha nie gaszę.
Czego i Wam życzę.

Do rychłego.




elka-gra 2010-10-10 23:28:32
skomentuj (11)
...

Zrobię sobie parę dni przerwy, dobra?
Nie mam aktualnie aż takiego ciśnienia, ani tym bardziej melodii, żeby Wam pisać o tym moim robaczywym życiu.
Poza tym przefajnowałam na wakacjach, w związku z czym prawdopodobnie udam się na pewien czasokres do szpitala.
Bierę laptopa, ale korespondencyj nie przewiduję.

Chyba żeby.




elka-gra 2010-09-19 23:46:50
skomentuj (52)
przyznaję się do winy...

Macie rację, wąchole i stałe bywalczynie Hurghady. Chciałam Was nakitować, ale się nie udało. Nie ma pierwszej klasy. Ani w czarterze, ani też w normalnym samolocie dalekobieżnym. W ogóle nie ma klopa. Trzeba trzymać albo walnąć do reklamówki. A tak naprawdę, to ja samolotem nigdy nie leciała. Stąd w moich śmiałych fantazjach tyle nieścisłości i błędów. 

I nie byłam na żadnej Riwierze, tylko w Dźwirzynie. Gdzie oczywiście nie było żadnego nurkowania, kładów ani innych ekscesów. O przepraszam, raz byłam na takim wieczorku tanecznym, gdzie zapoznałam miłego pana, w towarzystwie którego wypiłam chyba ze dwie filiżanki naparu z dziurawca.
Bardzo ekscytujący wieczór.
 
I raz wybraliśmy się osinobusem na wycieczkę do Mrzeżyna. Ale nic z tego nie wyszło, bo po drodze był most rozebrany i zamiast niego była tylko taka kładka dla pieszych. W sumie to odechciało nam się tej wycieczki jak nam jeden facet powiedział, że musimy wziąć objazd przez Głowaczewo, Karcino i Roby.

Tylko nas gościu uprzedził, że na odcinku Roby - Mrzeżyno droga jest słaba, bo są tylko byle jakie, dziurawe betonowe płyty. Nasz kierowca z osinobusa zgodził się z nim i przyznał, że niedawno jechał z Mrzeżyna do Dźwirzyna przez Rogowo i szosa, co prawda,  nie jest komfortowa, ale przez Roby jest znacznie gorzej.

Z tego wszystkiego wróciliśmy na ośrodek, gdzie najpierw z koleżankami troszkę poszydełkowałam, potem poszliśmy po leki, a po kolacji był przyjemny występ, bo się okazało że jedna pani bardzo ładnie gra na pianinie.
 
A poza tym, wiadomo. Spacery, różne fajne zajęcia na świetlicy i oczywiście zabiegi. Najbardziej lubiłam kąpiele kwasowęglowe i fasony siarczkowe. A taka pani, z którą byłam w pokoju to przywiozła całą masę rozmaitych ziółek, któreśmy sobie co wieczór parzyły. Żeby tak nie siedzieć o suchym pysku podczas naszych partyjek remibrydża, kanasty albo garibaldki. I tak w sumie przez cały turnus.
 
Pewnie Was interesuje, czy była tam jaka erotyka. A jakże. Był u nas na turnusie taki starszy, schludny pan, który przyjechał leczyć artretyzm. No i potem gdy już wracaliśmy jelczem do Trzebiatowa, żeby się przesiąść na kolej, to on tak na mnie przez całą drogę popatrywał.
 
Oj, jak popatrywał.



 

elka-gra 2010-09-12 20:10:13
skomentuj (44)
listy wrzucać
tutaj
statystyka